Blog

  • Kartka dla bliźniaków – wcześniaków! – dołącz do akcji

    Wiktor i Norbert urodzili się prawie o 4 miesiące za wcześnie.

    Walczyli o życie, teraz walczą o zdrowie.

    Za 2 tygodnie kończą roczek. Zachęcam do wzięcia udziału w akcji wysyłania i kartek urodzinowych.

    Więcej znajdziecie na wydarzeniu

    „Kartka dla bliźniaka – wcześniaka!”

  • Matka, żona i kochanka… praczka, sprzątaczka i kucharka… czyli pokaż kotku co masz w środku

    Kim jest dzisiejsza kobieta? Kim jestem? Zastanawiałaś się kiedyś? Nigdy? Często? Kim jesteśmy i kim chcemy, żeby były nasze córki?

    Kiedyś było wiadomo. Kobieta prowadzi dom, wychowuje dzieci, dba o męża. A potem okazało się, że czasy się zmieniły. Emancypacja kobiet, wojny, prawa wyborcze, feminizm… zmieniło się wszystko. Dziś kobieta może wszystko. I przeważnie robi wszystko. Dom, kariera, dzieci, mąż, sport, znajomi, pasja… Wszystko, a jednak czasami czujemy się jakby to wszystko było jak nic. Chcemy być równie dobre lub lepsze od mężczyzn, chcemy być lepsze niż koleżanki, chcemy być perfekcyjne, musimy być… W ciągłym biegu, ciągle coś mamy na głowie, ktoś na nas czego, coś na nas czeka… Gubimy siebie, znika nam z oczu to co najważniejsze. Często nawet tego nie zauważamy. Dostrzegamy to dopiero na starość, albo w ogóle. Czy chcemy dla siebie takiego życia? A dla naszych córek. Bo one nas widzą, wzrastają w poczuciu, że tak wygląda życie kobiety i tak będzie wyglądać ich życie. Oczywiście część się zbuntuje i poszuka własnej drogi, ale tylko część. Inne będą brnęły dalej. Znam dziewczynę, a właściwie kobietę, która właściwie nigdy nie przepadała za dziećmi. W sumie pracowała z nimi trochę i szło jej nieźle, ale nie „rozpływała” się na widok niemowlaka, nie marzyła z zapartym tchem o macierzyństwie. Ale kiedy zaczęła się zbliżać do trzydziestki znalazła mężczyznę, który nadawał się na męża – bo tak trzeba, tak jest kolej rzeczy. Pokochała go. Postanowiła, że czas na dziecko – bo tak trzeba. Pokochała je. A potem drugie. Pokochała je. Ale czy tak naprawdę pragnęła takiego życia. Chyba sama tego tak naprawdę nie wie. Czy jest szczęśliwa? Mam nadzieję, że tak. Czy o tym marzyła? Nie wiem.

    Ja chciałabym aby moja córka świadomie podejmowała decyzje co do swojego życia. Aby się w nim odnalazła. Aby szukała swojego szczęścia. Jak chcę to zrobić? Na swoim przykładzie. Chciałabym aby dorastają obserwowała swoją mamę, która jest szczęśliwa. Która dokonała wyborów w życiu i ich nie żałuje, która świadomie podejmowała decyzje co do swego życia prywatnego i zawodowego. Ale aby tak było JA muszę wiedzieć kim jestem i jakie są moje priorytety. JA muszę się czuć dobrze sama ze sobą, z tym jaka jestem i co robię. Czy tak jest? Pracuję nad tym intensywnie 😉

    Życie dzisiejszych kobiet nie jest łatwe, bo z prawami otrzymałyśmy bardzo wielką odpowiedzialność. A same często chcąc pokazać, że jesteśmy silne dokładamy sobie jeszcze zadania. Warto czasem zatrzymać się na chwilę i zastanowić się czy jestem szczęśliwa? Czy to jak żyje daje mi poczucie spełnienia? Czy jestem wzorem dla mojej córki? Czy chce dla niej takiego życia? To trudne pytania, ale bardzo ważne. Bo czasami wystarczy maleńka zmiana w myśleniu i zmiana się bardzo wiele. Bo po zadaniu sobie takich pytań może się okazać, że właśnie jest dobrze. Że właśnie tak chciałam żyć i jestem szczęśliwa. Wtedy warto dbać o to, aby było tak nadal. Aby nasze córki, ale też i synowie widzieli, że można… że można być szczęśliwym. Kiedy się wie, czego się pragnie i to się realizuje.

    Czego i Wam i sobie życzę 🙂

  • Po pierwsze profilaktyka. Matka Polka diagnozująca

    Wczoraj Marianka miała badanie wzroku pod znieczuleniem ogólnym. Podejrzewaliśmy, że może mieć wadę wzroku, a nie pozwoliła się zbadać tak „normalnie”. W związku z Jej przebytą retinopatię i zabiegiem, woleliśmy to sprawdzić. I choć okazało się, że wszystko jest w porządku to nie żałuje, że zdecydowaliśmy się na to badanie. Oczywiście znieczulenie ogólne niesie za sobą pewne ryzyko, ale ja jestem zawsze za diagnostyką. Wiedzieliśmy, że jeśli rzeczywiście Marianka ma wadę wzroku to wczesna interwencja może Jej bardzo pomóc. A zwlekanie tylko sprawiłoby, że byśmy żyli w ciągłej niewiedzy i niepokoju. A z pewnością nie pomogłoby to Mani.

    Zawsze zachęcam rodziców aby jeśli mają jakąkolwiek wątpliwość co do zdrowia lub rozwoju swego dziecka po prostu to sprawdzili. Udawanie, że nie ma problemu nie pomoże nikomu. A zawsze wczesne wykrycie daje duże możliwości. Sama kilkakrotnie kierowałam dzieci do diagnozy do poradni pedagogiczno – psychologicznej lub do lekarza. Niektórzy rodzice szybko reagowali i chcieli sprawdzić, co się dzieje z ich dzieckiem. Inni woleli odpuścić. Czasami to ja miałam rację, czasami oni. Często moje (oraz moich koleżanek z pracy) obserwacje i podejrzenia się potwierdzały. Wtedy jednak wcale nie cieszyłam się, że miałam rację. Powtarzam rodzicom, za każdym razem kiedy proponuję konsultację z pedagogiem specjalnym, psychologiem czy lekarzem, że chcę się mylić. Proszę, że jeśli się ze mną nie zgadzają, niech mi to po prostu udowodnią, mi oraz innym osobom, które mówią, że z dzieckiem jest coś nie tak. Chętnie przyznam się do błędu. Kiedyś miałam w grupie chłopca, którego zachowanie mnie niepokoiło. Większość poleceń trzeba było powtarzać mu kilkakrotnie, a on stał i się na mnie patrzył jakby mnie nie rozumiał. Potrafił się zagapić i uderzyć w ścianę bo nie patrzył gdzie idzie, jak to się mówi „potykał się o własne nogi”. Nie pamiętał zasad panujących w grupie. Potrafił rozpłakać się bez widocznego powodu. Postanowiłam porozmawiać z mamą i zachęcić do głębszej diagnozy. Okazało się, że mama tez obserwowała takie zachowania. Ustaliłyśmy, że najpierw odwiedzą laryngologa aby sprawdzić czy ze słuchem i błędnikiem jest wszystko dobrze. A następnie udali się do psychologa dziecięcego. Ostatecznie chłopiec okazał się po prostu „gapciem”, który z tego wszystkiego wyrósł. Ale mama była zadowolona, że sprawdziła to wszystko i niczego nie zaniedbała. Wiedział, że z synkiem jest wszystko dobrze. A to już bardzo dużo.

    Każdy z nas wie, że lekarze mówią – im wcześniej wykryjemy jakąś chorobę, tym łatwiej jest ją pokonać. Najważniejsza jest profilaktyka. Zadbanie o to, aby nasze dziecko nie zachorowało. Tak samo jest z rozwojem. Najpierw trzeba go wspierać, aby nie pojawiły się problemy, a jeśli jednak wystąpią… to nie załamywać się, tylko pomóc. To my jesteśmy rodzicami i na nas ciąży odpowiedzialność. Dziecko nie pomoże samo sobie. Wiem, że trudno zaakceptować problem. Ale unikanie niczego nie rozwiąże.

    Kiedy dowiedziałam się, że Marianka miała wylewy dokomorowe musiałam zmierzyć się z wieloma myślami. Zaakceptować to, że może rozwijać się inaczej niż większość dzieci. Zaakceptować, że może mieć problemy w rozwoju ruchowym lub intelektualnym. Zaakceptować, ale nie poddać się. Bo akceptacja problemu nie oznacza bezczynności. Dziś już mamy wiele pracy za sobą, ale jeszcze więcej przed nami, a właściwie przed Manią. Nadal nie wiem, jak będzie się dalej rozwijała. Ale wiem, że Jej pomogę, bo zawczasu staram się zadbać o wsparcie Jej rozwoju, ćwiczyć umiejętności, które już posiada… wychodzić naprzeciw problemom, które się pojawiają. Jednak nie byłoby to możliwe, bez diagnozy specjalistów, którzy pokazują mi kierunek w którym mamy iść.

    Zachęcam wszystkich rodziców aby się nie bać i jeśli trzeba stanąć naprzeciw problemowi twarzą w twarz. Nie bójcie się, że ktoś nazwie Was panikarzami czy przewrażliwionymi. To Wasze dziecko i macie prawo sprawdzić czy wszystko jest ok. Bo zawsze lepiej wiedzieć i walczyć, niż chować głowę w piasek. Choć czasem trudno zmierzyć się z niektórymi problemami czy schorzeniami… Wiem… Ale ja zawsze wolę sprawdzić niż, żałować że przez strach coś zaniedbałam… Ale może tylko ja tak mam…

  • Szanuj potomka swego, jak siebie samego

    „Dzisiejsza młodzież to nikogo nie szanuje” – takie stwierdzenie można usłyszeć często podczas rozmów o młodym pokoleniu. Kiedyś zastanawiam się dlaczego tak jest. Im dłużej pracowałam z dziećmi i młodzieżą tym częściej spotykałam się z tym, że rodzice mają problem z tym aby ich szanowano. Przez ostatnie 18 lat wiele rzeczy się zmieniło w podejściu do wychowania w rodzinach. I stąd m. in. wynikają takie problemy z szacunkiem i autorytetem.

    Po mimo iż ja w kontaktach z moimi podopiecznymi nie miałam takich problemów, zaczęłam się jakiś czas temu intensywnie zastanawiać gdzie tak naprawdę jest pies pogrzebany. Obserwując dorosłych i ich kontakt z dziećmi oraz analizując swoje metody wychowawcze doszłam do kilku wniosków. Najważniejszym był ten, że my jako dorośli często nie traktujemy dzieci jak ludzi, a jak przyszłych ludzi… dorosłych. A dokładnie? Nie rozmawiamy z dziećmi, a jedynie komunikujemy to co mamy do powiedzenie. Dokonujemy przy nich czynności higieniczno – opiekuńczych nie informując co tak właściwie i po co robimy. Podejmujemy decyzje. Omawiamy sprawy dzieci z innymi dorosłymi, kiedy one to słyszą. Mogłabym wymieniać dalej. A wyobraźmy sobie, że ktoś nas tak traktuje. Czy czulibyśmy się dobrze? Czy odpowiadałoby to nam? Czy szanowalibyśmy tę osobę? Czy wiedzielibyśmy czym w ogóle jest szacunek? A dzieci muszą to znosić. A wierzcie mi, nie jest im to obojętne i bardzo dużo rozumieją.

    O tym pisze również Tracy Hogg w swojej książce „Język niemowląt”. Podstawą każdego kontaktu z dzieckiem, nie ważne w jakim jest wieku powinien być szacunek. Kiedy czytałam o tym wydało mi się to tak banalne, że nie warte aby o tym pisać. Ale za chwilę uświadomiłam sobie, że dla mnie jest to naturalne ale nie dla wszystkich dorosłych. Nie każdy chce rozmawiać z dzieckiem mniejszym czy większym jak z rozumnym człowiekiem. Nie każdy informuje dlaczego coś teraz będziemy robili i po co. Nie każdy włącza dziecko w proces decyzyjny dotyczący jego osoby i spraw rodzinnych. Nie każdy… Nie zrozumcie mnie źle, jestem daleka od „dziecikracji”, ja tylko uważam, że każdemu człowiekowi od urodzenia należy się szacunek. A jeśli pozna te uczucie od małego, to będzie w stanie szanować osoby zarówno te, które go tego nauczyły, jak i inne tego warte. Jeśli wytłumaczymy dlaczego coś będziemy robili, łatwiej to dziecko zaakceptuje. Jeśli będzie mogło podejmować najpierw małe decyzje dotyczące np. swego ubioru (z dwóch czy trzech propozycji przygotowanych przez rodzica), czy zabawki zabieranej do przedszkola, jeśli będzie mogło się wypowiedzieć w sprawach rodzinnych. To nie tylko okażemy dziecku szacunek, ale również pokażemy jak ważne jest samodzielne i odpowiedzialne decydowanie o sobie.

    Jeśli czytaliście o okresie kiedy urodziła się Marianka i była w inkubatorze to pewnie wiecie, że od początku z Nią rozmawiałam. Tłumaczyłam, opowiadałam, kiedy trzeba przepraszałam. Ona z pewnością nie rozumiała sensu moich słów, ale już intonacje i intencję jak najbardziej. A poza tym, ja przyzwyczajałam się aby właśnie w taki sposób się do niej zwracać. Kiedy ją przewijam mówię co będę robiła, kiedy gdzieś się wybieramy opowiadam Jej o tym. Chcę aby wiedział co się dzieje. Często zadaję Jej pytania, dając szansę na odpowiedź. I choć na razie są to dźwięki, to za chwilę nasze rozmowy staną się bardziej zrozumiałe. Wiecie też, że jestem zwolenniczką wyznaczania granic, w ramach których dziecko się porusza. To też wyraz szacunku, bo jasno określam co i dlaczego. Granice i ich rozszerzanie w procesie dorastania, rozmowa o nich to też wyraz szacunku zarówno do dziecka jak i do rodzica.

    Po między wychowaniem dyrektywnym, a uległym jest złoty środek. Wychowanie demokratyczne – naznaczone szacunkiem do dziecka. Wychowanie, które poprzez granice daje poczucie bezpieczeństwa i wolności. Uczy samodzielności i szacunku. To jest wychowanie, które sprawi, że dziecko będzie szczęśliwe a rodzice będą odczuwali radość i satysfakcję.

    Jeśli my nie będziemy traktować od urodzenia dzieci z szacunkiem, to nie możemy wymagać aby one nas szanowały. Bo niby skąd mają wiedzieć czym jest szacunek. Z tą wiedzą się nie rodzą, muszą ją posiąść w trakcie dorastania. Nie można powiedzieć szanuj mnie, ni można opowiedzieć czy jest szacunek. Trzeba go pokazać, dziecko musi go poczuć. A wtedy żadne dodatkowe tłumaczenie nie będzie potrzebne.

    To jest mój przepis na sukces, choć nie jest on prosty… a może właśnie jest?

  • Czasem trzeba pożegnać najlepszych. Pomóc trzeba tym, którzy zostają

    Pamiętacie wpis o przyjaźni i harcerstwie, którego autorką była Agnieszka – wspaniała kobieta, cudowna mama i przede wszystkim niesamowity człowiek? Niestety wczoraj w godzinach rannych Aga zginęła w wypadku autokarowym w Szwajcarii. Była jedyną żywicielką rodziny. Bardzo proszę abyście nie tylko jako rodzice, ale przede wszystkim jako ludzie pomogli jej rodzinie.

    Jak pomóc? Można 23 października w Galerii Białej w Białymstoku w godz. 12.00 – 14.00 obejrzeć pokazy taneczne, będą tam zbierane fundusze. Można 29 października wziąć udział w warsztatach tanecznych prowadzonych przez choreografów z Warszawy i Białegostoku (połata za warsztaty dowolna – oczywiście na wsparcie rodziny Agnieszki).

    Więcej przeczytajcie tutaj

  • Być w formie. Zadbać o siebie nie tylko dla dzieci

    Od zawsze byłam gruba. No może jako niemowlę byłam w normie, ale nie wyrosłam z dziecięcego tłuszczyku. Wręcz przeciwnie z czasem było mnie coraz więcej. Od kiedy zaczęło mi to przeszkadzać? Chyba od momentu kiedy zorientować się, że jestem inna. To znaczy od kiedy pierwszy raz usłyszałam, że inne dziecko nazwało mnie „grubaską” – było to w podstawówce. Oczywiście przeszłam różne diety, jako nastolatka ćwiczyłam w „Klubie Kwadransowych Grubasów” (ktoś jeszcze pamięta, że coś takiego było?). Bardziej niż przezwiska przeszkadzało mi, że nie mogłam założyć tego co koleżanki, że z każdych zakupów wracałam z płaczem. Moja mama była gotowa zapłacić każde pieniądze, żebym tylko coś wybrała. A w moim rozmiarze można było kupić albo dresy albo coś dla starszych pań. Najbardziej chyba jednak przeszkadzało mi, że nie jestem tak sprawna jak rówieśnicy. Miałam kłopoty ze stawami, nie mogłam jeździć na łyżwach czy rolkach, z czasem również na nartach. Nie biegałam na dłuższych dystansach, szybko się męczyłam. Na pierwszych wdówkach harcerskich było mi tak ciężko, że szłam i płakałam.

    Z czasem zaczęłam sobie radzić. Miałam w podstawówce cudowną panią od WF-u, która wymagała ode mnie abym dała z siebie jak najwięcej, ale nie porównywała z innymi. W szkole średniej miałam po prostu zwolnienie. Nauczyłam się chodzić… na wędrówkach i pomimo, że było trudno pokochałam zwłaszcza te górskie i po Puszczy Białowieskiej.

    Co jakiś czas próbowałam się odchudzać, ale kończyło się na jo-jo. I to pomimo rezygnacji ze słodyczy, smażonych rzeczy i chodzenia trzy razy w tygodniu na basen. Moje zdrowie znacznie się pogorszyło, zwłaszcza kiedy zaczęłam zbliżać się do 30-tki. Kiedy 3 i pół roku temu trzech lekarzy powiedziało, że za kilka lat grożą mi leki na ciśnienie, cukrzycę i stabilizatory na stawy… sięgnęłam dna. Byłam sama, gruba i tylko… no właśnie tylko co?

    Postanowiłam sobie pomóc. Dzięki koleżance znalazłam dietetyczkę, zapisałam się na kurs zdrowego odżywiania. To zmotywowało mnie do zmian w życiu. Wyznaczyłam sobie cel, dostałam dużo wiedzy, miałam wsparcie. Dzięki ruchowi i zdrowemu, mądremu odżywianiu w ciągu kursowych trzech miesięcy schudłam 13 kg (efekt na zdjęciu), a przez kolejne pół roku w sumie 27 kg. Ale nie to było najważniejsze. Dzięki zdrowemu odżywianiu moje ciało odzyskało wigor, nie potrzebowałam już drzemek w ciągu dnia, głowa mnie nie bolała, kwitłam. I jakoś tak życie, które do tej pory było intensywne ale czegoś w nim brakowało zaczęło się układać. Poznałam mego męża, trafiłam na pierwsze zajęcia dotyczące coachingu, odnalazłam mentora, który pomógł mi uporządkować życie zawodowe. Nagle wszystko zaczęło się układać, bo zadałam o moje ciało. O wszystkie jego aspekty, wszystkie mięśnie się wzmocniły. A jednym z nich jest też mózg 🙂

    Ciąża, a zwłaszcza przedwczesny poród Marianki sprawiły, że moje ciało znowu nie jest takie jakie powinno być. Prawdziwa Sylwia siedzi gdzieś w środku. I teraz kiedy już nasze życie troszeczkę się unormowało postanowiłam znowu zadbać o swoją formę. Nie tylko dla siebie. Wiem, że jeśli moje ciała będzie bardziej sprawne łatwiej mi będzie się zająć Mania. Zwłaszcza kiedy zacznie raczkować i chodzić. Kiedy moje mięśnie będą mocniejsze łatwiej będzie mi ją nosić. Kiedy mój mózg będzie odpowiednio nawodniony i dotleniony łatwiej mi będzie sprostać jej potrzebom intelektualnym i łatwiej mi będzie poradzić sobie z tymi gorszymi dniami.

    Wróciłam na basen, porządkuje swoje zwyczaje żywieniowe… Bo chcę być zdrowa dla Marianki, chcę dożyć jej dorosłości. Nie chcę być schorowaną mamą, którą będzie musiała się zajmować już jako nastolatka. Chcę za jakiś czas znowu spróbować zajść w ciążę. Chcę być zdrowa dla mojej rodziny. Ale nie zrobię tego bez dbania o siebie. Muszę zawalczyć o swoją formę, żeby pokazać Mariance cały piękny świat. Wyprawić się wspólnie na górski szlak, przewędrować Puszczę Białowieską, popływać w morzu, pokazać lasy, pola, jeziora czy odwiedzić Jej ciocię na Costa Brava.

    Mamusie i tatusiowie dbajmy o siebie dla swoich dzieci, abyśmy mogli je wychować, cieszyć się ich szczęściem, wspierać przy niepowodzeniach i dożyć ich dorosłości. A dzieciaki obserwując nas też chętnie będą żyć zdrowo i z radością. A raz na jakiś czas pozwólmy sobie na małe grzeszki jak lody czy pizza (może własnej wspólnej roboty) aby życie było jeszcze przyjemniejsze 🙂

  • Panaceum na wszystkie smutki. Czyli rodzic na dopingu

    Życie rodzica nigdy nie było, nie jest i nie będzie łatwe. Wiedziałam to na długo zanim sama zostałam mamą czy zanim zaczęłam pracę jako wychowawca. Kiedy widziała moją mamę wracającą zmęczoną z pracy, „ciągnącą” ze sobą zakupy, od razu zabierająca się za robienie obiadu, nie mówiąc już o praniu czy sprzątaniu, wiedziałam, że nie jest łatwo. Ale też patrząc na Nią wiedziałam podświadomie, że warto. Jakoś tak od zawsze wiedziałam, że bardzo chcę być mamą. Nie wyobrażałam sobie innego życia.

    Jednak los przed długi czas w tym względzie nie był dla mnie łaskawy. Zanim spotkałam mego męża i mogliśmy myśleć o dzieciach byłam już po trzydziestce. Ale odkąd byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej moje życie było pełne. Tak to chyba najwłaściwsze słowo – pełne. Czas oprócz szkoły, studiów, a później pracy wypełniało mi harcerstwo. Z czasem zbiórki, szkolenia, spotkania, wyjazdy, pełnienie funkcji na szczeblach powiatowych, wojewódzkich czy centralnych pozwoliło mi zagospodarować czas. Potem doszły też inne rzeczy: praca na uczelni, szkolenia zewnętrzne, współpraca z wieloma podmiotami, prowadzenie warsztatów i szkoleń… To był cały mój świat. Świat, który czekał na rodzinę.

    Prawdę mówiąc tylko trochę to się zmieniło kiedy poznałam mego męża. Nie wiem jakim cudem jak to się mówi „nie pogonił mnie”, tylko zrozumiał. Może dlatego, ze sam był kiedyś harcerzem? Zwalniać zaczęłam dopiero będąc w ciąży. Chciałam cieszyć się tymczasem, odpocząć. Zrezygnowałam z wielu obowiązków, wybierając tylko to co było najważniejsze. Wydawało mi się, że wszystko zmieniło się kiedy urodziła się Marianka. Jednak teraz już wiem, że to nie prawda. Po prostu przekierowałam całą swoją energię i zaangażowanie z dotychczasowego życia w walkę o Jej życie. Te cztery miesiące w szpitalu to nadal była ogromna aktywność z mojej strony.

    Teraz wiem, że wszystko się zmieniło kiedy już ułożyłyśmy sobie z Manią życie w domu. Kiedyś miałam kontakt z wieloma ludźmi codziennie. Teraz bywają dni, że jedynym dorosłym z jakim rozmawiam jest mój mąż. Kocham moją córeczkę i mówię do niej cały czas, bo wiem, że mnie rozumie. Ale po prostu brak mi grupy rówieśniczej.

    To bardzo trudne zwłaszcza dla bardzo aktywnych kobiet zmienić życie na domowe pielesze. Oczywiście wychodzimy na spacery, jeździmy na rehabilitacje i wizyty u specjalistów. Wychodzę też na aqua aerobik i do sklepu… Ale czasami po prostu brakuje mi wyzwań intelektualnych. Bo choć czasami wiele sprytu i wykorzystania wielu metody wychowawczych potrzeba aby zachęcić Mariankę do zjedzenia lub spania, to jednak to coś innego. I choć może to dziwne, bo Mania za chwilę skończy 9 miesięcy, to może przez tę pogodę, zmęczenie i jeszcze coś niezidentyfikowanego, czasami czuję się jakbym miała w tzw. baby blus. Są dni lub chwile kiedy miałabym ochotę usiąść i płakać. Czasami nawet z Marianką. Myślę, że wiele mam ma takie chwile. I wydaje mi się, że nie wynikają one nawet z bezradności tylko tak po prostu. Ostatnio właśnie miałam kilka takich dni. Nawet trudno mi się pisało, choć przeważnie to właśnie blog i jego poradzenie motywowały mnie do wysiłku intelektualnego. Do „rozmowy” z innymi dorosłymi.

    Dziś rano jednak pomyślałam, że jednak zawsze wiedziałam co jest moim lekarstwem na wszystkie smutki. Nawet przyszedł mi do łowy tekst na bloga „Kiedy kocham najbardziej”. Ale nie oszukujmy się kocham Ją zawsze bardziej niż chwilę wcześniej. W każdej sekundzie, w każdej sytuacji. Najwięcej siły dają mi jednak momenty. Takie mojej i Marianki. Ona rano budzi się pierwsza, leży w łóżeczku i bawi się pieluszką lub rączkami. Kiedy do Niej zajrzę, a Ona zobaczy moją twarz od razu się uśmiecha. Rozpływam się wtedy. Kiedy wtula się we mnie bo się zawstydziła kogoś. Kiedy je, marudzi, pluje, aż tu nagle z buzią pełną zupki uśmiecha się tym bezzębnymi usteczkami. Kiedy się czegoś przestraszy i szuka u mnie wsparcia. Lub kiedy jestem smutna lub płaczę (czasami nawet ze szczęścia) a Marianka z troską zagląda mi w oczy chcąc sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Kiedy rano wylegujemy się jeszcze razem w łóżku, a Ona dotyka mojej twarzy… Te wszystkie momenty sprawiają, ze moje serce zaczyna bić szybciej. A smutki same gdzieś odpływają.

    Wiem, że za kilka miesięcy kiedy Marianka będzie już bardziej odporna będziemy mogły robić wiele rzeczy wspólnie. Będzie mi mogła towarzyszyć w wielu miejscach i spotkaniach. Wiem, że będzie łatwiej. Aby tylko przetrwać tę jesienną słotę i zimę… A później przyjdzie wiosna i da nam nowe możliwości. Bo z naszą miłością do siebie żaden smutek nie zostanie na dłużej.

  • Po prostu obejrzyj

    Dziś po proszę Cię abyś po prostu obejrzał ten krótki spot.

    Bo każdy z nas jest inny. Ja, Ty, moje i Twoje dziecko, moi i Twoi rodzice. Każdy…

    Każdy, kto chce spokojnie żyć, pracować i kochać, ma do tego prawo. A każdy kto łamie prawo, powinien ponieść konsekwencje.

    Proszę obejrzyj

  • Czego i po co uczymy?

    Czy zastanawialiście się kiedykolwiek czego tak naprawdę dzieci uczą się w szkole i po co? I teraz pewnie pomyślicie sobie, że co najmniej uderzyłam się czymś ciężkim w głowę. Przecież każdy z nas chodził do szkoły i wie, czego się w niej uczy. A po co? To do końca nie wiadomo. Bo któż z nas w codziennym życiu używa całek czy oblicza pojemność dziesięciościanu. Nie mówiąc już o znajomości cyklu życia rozrodczego żaby. Z pewnością każdy rodzic, który ma dziecko w szkole potrafiłby wskazać multum rzeczy, których ich latorośl uczy się tylko na pamięć, a później z tego nie korzysta. Więc po co właściwie posyłamy nasze dzieci do szkoły? Po co uczą się tych wszystkich sinusów i partykuł? Po co je tak obciążać?

    Są tacy rodzice, którzy odpowiadając sobie na te pytania wybrali alternatywę dla swoich dzieci czy to naukę w domu, czy np. szkołę demokratyczną (o której więcej, mam nadzieję niedługo przeczytacie w dziale „gościnnie”) czy inne nowatorskie rozwiązania. Ale większość z nas, może i narzeka, ale w gruncie rzeczy akceptuje stan, który jest obecnie.

    Chciałabym abyśmy na naukę w szkole spojrzeli trochę z szerszej perspektywy, bardziej celowo i perspektywicznie. Spróbujmy spojrzeć na nią nie przez pryzmat tylko i wyłącznie informacji, jakie otrzymują nasze dzieci, ale tego co wynoszą ze szkoły jako wartość dodaną.

    Trochę zagmatwane? Już tłumaczę o co mi chodzi na przykładzie. Prowadząc szkolenia dla instruktorów harcerskich mówiłam im, że podczas nauki terenoznawstwa uczą tak naprawdę czego innego. Bo jakie jest dziś prawdopodobieństwo, że dziecko ze szkoły podstawowej zgubi się samo w lesie bez komórki? No raczej niewielkie. Ale, że młody człowiek w wieku licealnym pojedzie samo do nowego miasta… już większe. Więc ucząc sposobów wyznaczania północy bez kompasu, uczymy tak naprawdę pewności, że skoro poradziłbym sobie w lesie sam, to w mieście tym bardziej. Mogę skorzystać z planu miasta (w formie tradycyjnej – papierowej lub internetowej), mogę zapytać o drogę. Wiem, że dam rady.

    I tak jest ze wszystkim czego uczymy się również w szkole. Pośredniość (które jest jedną z cech metody harcerskiej) jest nierozerwalnie złączona z nauką sformalizowaną. Niestety wielu moich kolegów nauczycieli zapomina o tym, że nie najważniejsza jest treść, ale coś więcej. Muszę tu dodać na ich usprawiedliwienie, że sam system edukacji narzuca ramy poza, które ciężko wyjść. Ale chcieć to znaczy móc.

    I tak podczas nauki gramatyki języka polskiego ważne jest np. poczucie, że potrafię się porozumiewać w sposób jasny i klarowny z innymi. Nauka tabliczki mnożenia to nie tylko „tłuczenie” na pamięć ale bardzo dobre ćwiczenie pamięciowe, które pozwala nam rozwijać swój umysł i otwierać na nowe informacje. Zajęcia z plastyki to nie tylko malowanie czy wyklejanie, ale przede wszystkim uwrażliwianie na piękno i dobro. Zadania z matematyki czy innych przedmiotów ścisłych to przede wszystkim szukanie rozwiązań problemów. Rozpatrywanie rożnych rozwiązań i dochodzenie do sedna problemu. Takie przykłady mogłabym mnożyć. Szkoda tylko, że tak mało się o tym mówi. Bo chodzi przede wszystkim o celowość (kolejna cecha metody harcerskiej) działań edukacyjnych. Uczeń nie musi w nauce widzieć czegoś więcej, ale z pewnością nauczyciel tak. I nie ma to być nauczenie treści czy zrealizowanie podstawy programowej. Ale głębokie wewnętrzne przekonanie, że poprzez proste czynności czy informacje rozwijamy w dzieciach i młodzieży coś więcej. Coś co pozwoli im w przyszłości znaleźć swoje miejsce na ziemi. Wybrać drogę, którą chcą podążać. I niezależnie jaka to będzie droga, każda treść jaką poznali w całej swej edukacji będzie wspierała a nie wadziła. Będzie otwierała na świat, poszerzały światopogląd, pokazywała więcej i dalej…

    To nie są moje marzenia. To jest realne. Ale w tym aby tak wyglądała nauka naszych dzieci muszą pomóc dorośli. Zarówno nauczyciele jak i rodzice.

    Patrzymy dalej i szerzej, chciejmy od edukacji więcej… dla naszych dzieci i dla nas samych.

  • Wesołe jest życie staruszka?

    Jeszcze tylko parę wiosen, jeszcze parę przygód z losem

    Jeszcze tylko parę zim i refrenem zabrzmisz tym:

    Wesołe jest życie staruszka, wesołe jak piosnka jest ta

    Gdzie stąpnie zakwita mu dróżka i świat doń śmieje się: ha, ha”

    Tak starość w swojej piosence opisywał Jerami Przybora. Jednak dziś zarówno starość definiujemy inaczej, jak i samo życie wielu seniorów raczej nie przypomina ukwieconej łąki.

    Kiedyś pięćdziesięciolatek był dziadkiem zarówno w zawiązku z wiekiem jak i posiadanymi wnukami. Dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie to aktywni zawodowo ludzie, ciekawi świata, którzy często jeszcze nie mają wnuków. Bo albo sami mieli dzieci po 30-tce, albo ich potomkowie jeszcze się nie ustatkowali. Mają przed sobą perspektywę wielu lat pracy, ale również możliwości dostępu do rozwoju osobistego, mediów społecznościowych, podróży. Żyć nie umierać? Może i tak. Mają odchowane dzieci, a jeszcze wystarczająco sił aby „podbijać” świat.

    Z drugiej strony mamy emerytów, którzy pamiętają czasy innego ustroju, kiedy może i na półkach nie było nic prócz octu, ale zawsze można było jakoś przeżyć. Coś zdobyć, wystać w kolejce, załatwić… Dziś mają kilkaset złotych emerytury lub renty, a stojąc przy okienku w aptece muszą decydować, które leki wykupić a które nie. Oczywiście są i tacy seniorzy, którzy radzą sobie dobrze, mają dobre emerytury albo pomagają im dzieci czy wnuki.

    I tu dochodzimy do klu problemu. Wsparcie dzieci lub wnuków… Pisze o tym w perspektywie bycia rodzicem bo po pierwsze, my też jeśli dobrze pójdzie kiedyś będziemy seniorami, a po drugie nasi rodzice czy dziadkowie już nimi są. I to od nas zależy zarówno nasz los, jak i ich.

    Wielu seniorów nie oczekuje strikte pomocy finansowej. Często brakuje im towarzystwa, osób z którymi mogliby porozmawiać (stąd np. częste wizyty w przychodniach lekarskich), poczucia że są potrzebni. Wielu starszym osobom brakuje sensu życia. Ale problemem jest również brak szacunku od młodych.

    Czy chcemy takiej starości dla naszych rodziców, dziadków? Dla nas? Ja na pewno nie. Dlatego już dziś warto zastanowić się zarówno nad swoim zachowaniem i postępowaniem oraz zadbać aby nasze dzieci szanowały osoby starsze. Oczywiście nie osiągniemy tego jeśli nam samym szacunek dla seniorów jest obcy. Jeśli nie widzimy potrzeby i sensu kontaktów z nimi. Jeśli nie dostrzegamy jaką wartością jest dla dzieci kontakt ze starszymi osobami.

    Już kiedyś pisałam co ja zawdzięczam mojej babci. Nie będę rozdrabniała się nad tym, że gdyby nie seniorzy nie byłoby nas. Warto jednak wspomnieć, że bardzo często są oni żywymi „nośnikami” wartości jakie chcielibyśmy przekazać naszym dzieciom. Kontakt z nimi może w namacalny sposób pokazać zarówno starszym jak i młodszym dzieciom czym jest życie i jak warto, a jak nie warto go przeżyć. Mówię tu zarówno o kontakcie ze starszymi osobami z naszej rodziny jak i w zasadzie obcymi. Parę dni temu zakończyła się wspaniała akcja „Pamiętamy” – wysyłanie pocztówek do Powstańców Warszawskich. Udział w niej nie tylko sprawił bohaterom przyjemność, ale uczył dzieci, że był ktoś przed nami. Nasz świat nie powstał wczoraj, aktywnie tworzyli go ludzie, którzy dzisiaj często już tylko obserwują co my z nim robimy. Warto uzmysłowić to dzieciom.

    To jak dziś ukażemy seniorów i ich los naszym dzieciom będzie miało bezpośredni wpływ na to jak one potraktują kiedyś nas. Może warto czasami zastanowić się co mówimy o starszych ludziach, jak z nimi postępujemy, czy ich szanujemy. Bo może okazać się, że wcale nie będziemy:

    Trzęsiesz się z niecierpliwości żeby dożyć tych radości

    Guzik rwiesz i wdzianko mniesz tak już być staruszkiem chcesz”