Blog

  • Nowa propozycja

    Testuje nowe rozwiązania. Jak już jakiś czas temu pisałam „Radość bycia rodzicem” zagościło na instagramie @radosc_bycia_rodzicem_

    Dziś pojawił się tam nasz nowy dział „Pobawmy się”

    Znajdziecie tam propozycje prostych zabaw z wykorzystaniem zabawek i tego co można znaleźć w każdym domu.

    Zabawy są opisane w kontekście umiejętności i rozwoju dziecka w różnym wieku. Dzięki temu rodzice mogą w prosty i przyjazny sposób rozwijać umiejętności, wspomagać rozwój oraz doskonale bawić się z dziećmi.

    Zapraszam na nasz profil!

    Jeśli cykl będzie budził zainteresowanie będzie rozwijany również na blogu

  • Intonacja czy intencja?

    Kiedy pracowałam w przedszkolu rodzice często pytali mnie jak to robię, że dzieci słuchają moich poleceń. Oni czasami muszą nagadać się i namęczyć, żeby dziecko odłożyło coś na miejsce, a u mnie raz i jest zrobione. Prosili o zdradzenie sekretu, jak ja to robię 🙂

    Problem z wykonywaniem prostych poleceń rodziców ma wiele dzieci. Może wynikać to z wielu przyczyn, ale zasadniczo jest związane z kilkoma prostymi sprawami, które uciekają rodzicom. Zaś w nowym środowisku, takim jak żłobek, przedszkole czy szkoła – dziecko wchodzi w relację z nowymi dorosłymi, którzy ustalają nowe reguły i zasady. Dzieci często funkcjonują w taki sposób, że zachowują się tak w danym miejscu jak są do tego przyzwyczajone i jakie im są tam narzucone reguły. Czyli w domu według relacji z rodzicami, a w przedszkolu tak jak pani wymaga. Dlatego mogą występować różnice w zachowaniu w różnych miejscach i pod opieką różnych osób.

    Ale wróćmy do tego co można zrobić, aby dziecko przy rodzicach wykonywało proste czynności o jakie jest proszone. Kiedyś jedna mama dziwiła się, że dziewczynka w przedszkolu bez problemu odstawiła buciki do szafki. W domu nigdy nie mogła się o to doprosić. A w czym tkwiła tajemnica? Pani w przedszkolu wyraziła krótki komunikat „Proszę odstaw buty do szafki”. Mama w domu zawsze gadała, gadał, gadał…. wpadała w słowotok, nie dając chwili na wykonanie zadania. A jak już trwała tyrada, córka po prostu się gubiła i nie wiedziała czego mama od niej oczekuje, wyłączała się, jej myśli uciekała, zajmowała się czym innym. A mamie wydawało się, ze córką ją ignoruje. Często zagadujemy nasze dzieci zamiast wydać proste poleceni, które nie zrobi im krzywdy, a pokaże czego oczekujemy. Używamy słów, których nie rozumieją. Oczywiście jeśli do tej pory postępowaliśmy jak wspomniana mama to nasze dziecko tak od razu może nie zacząć zachowywać się tak jak tego oczekujemy. Wystarczy ten prosty komunikat powtarzać kilka razy, aż dziecko wykona zadanie. Pamiętajmy, że musi się ono przyzwyczaić do nowej komunikacji.

    Innym problemem z jakim borykają się rodzice, to intonacja głosu. Już najmniejsze dzieci są w stanie rozróżnić dzięki intonacji głosu nasz nastrój lub oczekiwanie. Moja Marianka jeszcze nie do końca rozumie co do niej mówię, ale kiedy komunikuję się z nią uśmiechając – odpowiada tym samym. Kiedy mówię wysokim i lekko piskliwym głosem jest to dla niej znak, że jest radość i chęć do zabawy. Ostatnio nauczyła się robić ustami bąbelki i wypróbowuje nowa umiejętność przy każdej czynności. Zwłaszcza przy jedzeniu jest to uciążliwe. Kiedy zaspokoi pierwszy głód zaczyna się zabawa językiem. Oczywiście jest to bardzo dobre ćwiczenie logopedyczne, ale raczej nie jestem z tego zadowolona kiedy zawartość buzi ląduje na śliniaku a przy okazji na ubraniu Jej i moim i wszystkim co jest dookoła. Zauważyłam jednak, że kiedy zmieniam intonację głosu, obniżam ją, mówię poważnie to Mania zawraca uwagę, że coś jest nie tak. Kiedy miałyśmy pierwszą taką „sprzeczkę” przy jedzeniu po kilku moich uwagach (choć nie podnosiłam głosu, czy nie krzyczałam) Marianka zrozumiała, że to nie jest zabawa i przestała. Oczywiście przy każdym posiłku próbuje czy tym razem już można „bąbelkować” ale wystarczy zmiana intonacji głosu a już sobie przypomina, że jednak mamie się to nie podoba. I może niechętnie, ale zazwyczaj wraca do w miarę spokojnego jedzenia.

    Często rodzice zarówno pochwały jak i reprymendy mówią tym samym głosem. Dzieci nie rozumieją wtedy czy zrobiły dobrze czy źle. Nie wiedzą czy to o co proszą rodzice jest ważne czy można sobie pofolgować. Wystarczy niedługi czas aby dzieci nauczyły się to rozpoznawać. Zarówno z moimi zuchami, harcerzami czy wychowankami w przedszkolu potrafiłam się wygłupiać, turlać po dywanie, obsypywać śnieżkami czy chlapać w wodzie. Ale wystarczyło, że powiedziałam poważnym głosem „Wystarczy” i już wiedzieli, że na teraz koniec zabawy. Nie obrażali się, bo wiedzieli, że czas na coś innego.

    Czasami trudno nam zapanować nad głosem. Wtedy nasze intencje nie są jasne dla dzieci i często nie wykonują poleceń. Pomyślcie sami, nawet jeśli nie znacie jakiegoś języka, jesteście w stanie ocenić czy dana osoba, która do was mówi jest nastawiona pozytywnie czy negatywnie. Jej głos, postawa, miny… to wszystko podpowiada i uruchamia pewne schematy myślowe. Zakładacie pozytywne lub negatywne nastawienie tej osoby. Tak jest z dziećmi, najpierw odbierają intonację głosu, nasze miny, postawę a dopiero później dociera do nich komunikat treściowy. Dlatego tak ważne jest aby wtedy kiedy się wspólnie bawimy, okazywać radość, mówić z uśmiechem, lekko cieńszym głosem. Kiedy zaś chcemy aby dziecko potraktowało poważnie to co mówimy, obniżmy lekko głos, nabierze on poważnego tonu. No i oczywiście zamiast owijać w bawełnę i „zagadywać na śmierć” mówmy prostymi zdaniami, konkretnie i na temat. Pozwólmy naszym dzieciom zrozumieć czego od nich oczekujemy.

    Chcemy aby nasza komunikacja z dziećmi była jak najlepsza, ale bezwiednie sami często ją utrudniamy. Pomyślmy jakie są nasze komunikaty, jak je formułujemy i w jaki sposób wypowiadamy. Jeśli trzeba poćwiczmy. A może się okazać, że niewielkie zmiany w sposobie mówienia sprawią wielkie zmiany w naszych relacjach.

  • Hop do lodówki. To jedyne co mogłam dla Niej zrobić

    Kiedy urodziła się Marianka czułam ogromną bezsilność. Chciałam ją przytulić i ochronić przed wszystkim złem świata. Ale nie potrafiłam, nie wiedziałam jak… Kiedy stałam przy inkubatorze i po raz pierwszy patrzyłam na moją córkę, po prostu czułam się bezsilna. Nic nie mogłam zrobić, musiała zaufać lekarzom i personelowi medycznemu. Kiedy położone zapytały czy już ściągałam pokarm, zapaliła się dla mnie lampka nadziei. Jednak mogę coś dla Mani zrobić tu i teraz. Pani doktor powiedziała, że nawet tych kilka kropel siary zostanie wtarte Mariance w podniebienie. To był dar najcenniejszy jaki mogłam jej dać. Drogocenne przeciwciała, których wtedy potrzebowała jak nikt inny. Jej 780 g ciałko przyjęło tych kilka kropel jak coś cenniejszego niż złoto.

    Mleko, mleko, mleko… ta myśl pozwalała mi jako tako funkcjonować w domu. Moje, życie poza szpitalem skupiało się na ściąganiu pokarmu. A muszę przyznać, że nie było to ani łatwe, ani przyjemne. Nie mówię już o wstawaniu w nocy co kilka godzin, ale o fizycznym bólu związanym z użyciem laktatora. Zwłaszcza na początku, kiedy mleka było mało. Po tygodniu okazało się, że Marianka ma dziurkę w jelicie i nie będzie miała podawanego mego pokarmu. Ale położne mówiły, żeby dbać o laktację, bo po wszystkim wrócimy do karmienia. Raz jeden wylałam ściągnięte mleko do zlewu… i płakałam… Zaczęłam więc mrozić na potęgę. Bałam się, że ze stresu mogę stracić mleko, jak to się przydarzało innym mamom, a tak przynajmniej będę miała zapas (który jeszcze do dziś leży w lodówce). Ale i tak miałam nieźle. Koleżanka, która po porodzie musiała przyjmować silny antybiotyk i mleko nie nadawało się do podawania córeczce mówiła, że wylewanie bardzo ją bolała i jak to się mówi „rzucało się” na głowę.

    Odetchnęłam z ulgą kiedy po kolejnych trzech tygodniach Marianka wróciła do przyjmowania mego pokarmu. Najpierw był to 1 ml co 3 godziny. Ale później coraz więcej i więcej. Po mimo, że nie karmiłam jej piersią to był mój łącznik z Manią. Wiedziałam, że daję Jej to co najlepsze. Wychodząc, ze szpitala podjęłyśmy próby karmienia piersią i było cudownie, jednak miałam niewystarczającą ilość mleka na jeden posiłek, więc wróciłam do ściągania. Z czasem kiedy jadła coraz więcej okazało się, że np. 4 ściągnięcia wystarczają na 3 lub 2 posiłki. Ale ciągle walczyłam z laktatorem. Cały czas czując, że to jest to co tylko ja mogę dać Mani.

    W sobotę Marianka zjadła po raz ostatni moje mleko. Przede wszystkim dlatego, że bardzo po nim ulewała, a trudno je było zagęścić. I choć od jakiegoś tygodnia – dwóch dostawała je tylko raz dziennie to ja byłam szczęśliwa. Mania lubiła je jeść, a ja nadal czułam, że daję z siebie wszystko. Ale trzeba było postawić sprawę jasno, przez ostatnie dni więcej było z tego karmienia szkody niż pożytku. Podjęłam więc decyzje, że tak trzeba. Ponoć i tak długo wytrzymałam.

    Po 8 i pół miesiąca bez żalu pożegnam się z laktatorem (z zwłaszcza moje sutki, które przeszły przez masakryczne problemy – kto miał ten wie, a kto nie – niech dziękuje Bogu). Chętnie znowu zacznę jeść rzeczy, których unikałam. Ale kiedy ściągałam mleko już nie dla Marianki ale do wyciszenia laktacji… płakałam. Bo wiem, że skończył się pewien etap. Mania jest już coraz większa, coraz lepiej sobie radzi. I z każdym dniem będzie potrzebowała mnie trochę mniej. Po mimo że moje mleko podawałam przez większość czasu z butelki, to było to dla mnie ważne. Ważne, bo zaraz na samym początku uratowało mnie przed załamaniem. Pozwoliło się skupić na zadaniu, które mogło pomóc Mani. Dało poczucie, że mam wpływ na Jej walkę. Dało nadzieję, że wspólnie tę walkę wygramy… I tak się stało. A teraz czas na nowy etap… Kolejny z bardzo wielu, które nas jeszcze razem czekają. I wiem, że będzie ciekawie i dobrze… bo jesteśmy razem. A miejsce mleka w lodówce zajmą inne pyszne rzeczy, które za jakiś czas będziemy przygotowywały wspólnie z Marianką.

  • Bo na ruch, ruch, ruch jest dzisiaj wielka moda. Czyli jak pomóc własnemu dziecku

    Dziecko musi się ruszać, żeby się rozwijać. Co się za tym kryje? Nie będzie tu naukowych teorii, czy obco brzmiących pojęć. Napiszę najprościej, jak potrafię.

    Nieraz słyszymy od naszych dziadków i rodziców: „Ale te dzieci teraz się szybko rozwijają”. Dlaczego teraz, a wcześniej nie?

    Wszystko zaczyna się już tuż po narodzinach. Kiedyś dzieci zawijane były ciasno w bety/rożki: rączki prosto, nóżki prosto i tak przez tydzień, dwa, trzy…

    Obecnie daje się coraz więcej swobody już w okresie noworodkowym. Czy ja zawijałam moje córki w rożek? Tak, w trakcie pobytu w szpitalu, czyli przez pierwsze 3 dni ich życia. A co potem? A potem luźne ubranie, nie krępujące ruchów i pobyt na podłodze jak najczęściej. I nie żadne kołdry czy materace, jedynie mata edukacyjna bądź cienki kocyk i przestrzeń, ruch.

    Ile dziecko w wieku noworodkowo – niemowlęcym się rusza? Otóż tyle, ile potrzebuje, aby jego organizm prawidłowo się rozwijał. W wieku żłobkowo – przedszkolnym i szkolnym rusza się tyle, ile mu się pozwoli, a nie tyle, ile potrzebuje.

    A ile ruchu trzeba? Niestety nie ma na to odpowiedzi, gdyż każdy organizm potrzebuje innej ilości. Skąd więc masz wiedzieć, ile ruchu potrzebuje Twoje dziecko? Sprawdź to z nim. Daj przestrzeń, daj przyrządy, daj czas. Obserwuj. I najważniejsze – nie zmuszaj, nie przyspieszaj, nie zabraniaj i nie porównuj z dziećmi koleżanek, rodziny czy nawet swoim starszym.

    Niektóre dzieci rozwijają się „książkowo”: w pół roku siedzą, w rok chodzą, w 2 lata rozmawiają, w międzyczasie obracają się, czołgają, raczkują, czworakują, chodzą przy meblach itp. Ale większość naszych pociech nie przejmuje się statystykami. Czy zatem rozwijają się nieprawidłowo? Dopóki nie ma diagnozy o zaburzeniach rozwoju, każde dziecko rozwija się prawidłowo, ale w swoim własnym tempie.

    Czy w takim razie pomagać im, czy też nie? Można pomóc, jednak z głową. Nie wyręczając, a wspierając i umożliwiając. Jednym ze sposobów jest spędzanie z dziećmi jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu, na placach zabaw. Inna możliwość to zapisanie pociechy na zajęcia dodatkowe, które będą rozwijać wykorzystując naturalną potrzebę ruchu.

    Rok temu nie byłam w stanie znaleźć w Białymstoku oferty zajęć ruchowych zadowalającej mnie i moją 2,5-letnią córkę. I przyszło natchnienie. Kwalifikacje zawodowe mam – magister fizjoterapii na UMB, kilkuletnia praca zawodowa z dziećmi, dogoterapeuta, wieloletni instruktor ZHP i oczywiście mama znająca potrzeby swojego dziecka. Zaczęłam prowadzić własne zajęcia ruchowe dla dzieci w wieku 2-4 lata, na początku przychodziło kilku zaprzyjaźnionych rodziców ze swoimi pociechami, z czasem zaczęło dołączać coraz więcej znajomych znajomych. Zainteresowanie było tak duże, że postanowiłam zwiększyć liczbę grup oraz prowadzących. Do zespołu dołączył Paweł Koseski, absolwent Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego i Turystyki w Białymstoku. Zmieniliśmy również docelowe grupy wiekowe, aktualnie zajęcia skierowane są do dzieci w wieku 1,5-7 lat.

    W trakcie zajęć wykorzystujemy dostępny sprzęt gimnastyczny – m.in. drabinki, materace, pochylnie, skrzynie, kozły, ławeczki, szarfy, piłki, płotki, równoważnie. Zajęcia odbywają się z podziałem na 3 grupy wiekowe, aby odpowiednio dostosować formę i treść do potrzeb uczestników.

    Dlaczego taka forma zajęć? Wystarczyło dobrze przyjrzeć się córce: wdrapuje się gdzie się da, skacze skąd się da, skacze po czym się da, biega gdzie się da, ciągnie ją do dzieci i dodatkowo (bardzo uogólniając) ma obniżone napięcie mięśniowe. Wszystko to dotyczy większości dzieci w jej wieku (może prócz tego napięcia…).

    Wiosną i latem mamy dostęp do coraz bardziej profesjonalnie przygotowanych placów zabaw, ale jesienią i zimą w kokonie z ubrań jest nie tylko niewygodnie, ale przede wszystkim niebezpiecznie. Z kolei w lesie ciężko o grupę rówieśników.

    Wielu rodziców zastanawia się, czy dziecko da radę. Jeśli mu na to pozwolicie, z czasem poradzi sobie ze wszystkim, ale niezbędne będzie Wasze wsparcie.

    Na naszych zajęciach nie ma wyręczania, wspieramy nasze pociechy.

    Często rodzice pytają, czy są to zajęcia rehabilitacyjne. Zawsze odpowiadam, że tak, ponieważ mają korzystny wpływ na prawidłowy rozwój całego organizmu. Zajęcia ogólnorozwojowe są również świetnym przygotowaniem do uprawiania wybranej dyscypliny sportowej, sztuki walki, tańca.

    Nasze zajęcia umożliwiają naturalną kontynuację sportowego rozwoju, począwszy od maluchów w wieku 1,5-2,5 lat, uczące się m.in. przełamywania granicy wysokości jaką jest podłoga, poprzez 3-5-latki doskonalące m.in. zmysły koordynacji, równowagi, aż do 6-7-latków, które mają możliwość nie tylko poprawy swojej wytrzymałości i wydolności, ale również poznania zasad panujących w różnych sportach i sztukach walki.

    Jednak jakikolwiek rodzaj ruchu wybierzesz dla swojego dziecka, pamiętaj, żeby to Ono czerpało z niego radość, bo wtedy najłatwiej i najszybciej jest coś osiągnąć.

    Monika Szuszkiewicz

    mama dwóch córeczek

    mgr fizjoterapii, technik masażysta, dogoterapeuta, zoofizjoterapeuta

    właścicielka firmy Fizjotrip Monika Szuszkiewicz

    www.fizjotrip.pl

    fb: https://www.facebook.com/fizjotripdzieciom/

  • Co baba siała? Kto prowadził audycje w ptasim radiu? Czyli wspomnienia z dzieciństwa

    Pucu, puc, chlastu, chlastu, nie mam rączek jedenastu.

    Tylko dwie mam rączki małe, lecz do pracy doskonałe (…)”

    Stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna,

    aż pot z niej spływa, tłusta oliwa (…)”

    Na straganie w dzień targowy, takie słyszy się rozmowy:

    – Może pan się o mnie oprze, pan tak więdnie, panie koprze (…)”

    To tylko niektóre z wierszyków z dzieciństwa jakie kłębią się w mojej głowie. I z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że z małymi błędami jestem je w stanie odtworzyć w znacznej całości wyrwana nawet w nocy ze snu. Te wierszyki kojarzą mi się z moją mamą, która czytała mi je po tysiąckroć, która musiała znosić moje prośby o jeszcze jeden raz. Doszło do tego, że znałam je nie tylko na pamięć, ale wiedziałam kiedy należy przełożyć kartkę w książeczce aby móc czytać dalej. Kiedyś jadać do babci autobusem PKS zażarcie „czytałam” właśnie w taki sposób jedną z książeczek i pewien pan dziwił się jak można 3 czy 4 – letnie dziecko nauczyć czytać. Nie zorientował się na czym polegał mój talent.

    Dlaczego o tym piszę? Bo chciałbym zachęcić wszystkich rodziców nie tylko w ogóle do czytania dzieciom. Ale właśnie aby tym najmłodszym wybierać polskich klasyków takich jak Brzechwa, Kownacka, Konopnicka, Kern, Bełza, Tuwim czy wieli innych. Te rymowane wierszyki bardzo łatwo zapadają dzieciom w pamięć, która się dzięki temu rozwija. Ale też bardzo często traktują o dobrym zachowaniu, przyrodzie, przywarach ludzkich czyli treściach, które dzieci łatwiej zrozumieją dzięki humorystycznym wierszykom.

    Niektórzy z Was mogą stwierdzić, że takie wierszyki dzieci poznają w przedszkolu i szkole. Tam będą omawiane i analizowane. I oczywiście macie rację. Ale z doświadczenia wiem, jaką radość sprawia dzieciom kiedy nauczyciel czyta wiersz, a one go znają. Chętnie wtedy opowiadają, kto je nauczył tego wierszyka, kiedy, jak to się stało. Emocje, które towarzyszą wspólnemu recytowaniu utworów dziecięcych są dla najmłodszych ogromne. Uczą się w ten sposób śmiałości i pokonywania tremy.

    Bardzo ważnym aspektem jest również świadomość u dziecka, że ten wiersz znam nie tylko ja ale i mama czy tata. To wzmacnia więź i tworzy nowe połączenia emocji z pozytywnymi wspomnieniami.

    To samo tyczy się wszelkiego typu rymowanek dziecięcych, które najczęściej maluchy uczą się od starszego rodzeństwa, kuzynów czy innych dzieci na podwórku. Ale czemu nie mielibyśmy ich nauczyć tych rymowanek z naszego dzieciństwa. Niech to nasze dzieci będą na podwórku „lanserami” nowych rymowanek. Niech też czymś zabłysnął i poczują się tymi, które tworzą nową modę 😉

    Moja Marianka jest jeszcze zbyt mała aby powtarzać wierszyki czy rymowanki. Jej słownik ogranicza się do słowa „nie” oraz kilku zbitek sylabowych. Ale zauważyłam, że kiedy czytam jej rymowanki bardzo się skupia. Jest to z pewnością związane z przyjemnym dla ucha rytmem ale też

    z pozytywnymi emocjami jakie we mnie budzą te znane i lubiane przeze mnie wierszyki. One w pewien sposób łączą moją mamę, mnie i Mariankę. A kto wie, może i jej dzieci.

    Zachęcam do przypomnienia sobie swoich ulubionych wierszyków z dzieciństwa i wracanie do nich wspólnie z dziećmi. Niech te pozytywne emocje będą teraz pracowały na nasze więzi.

    Nad rzeczką, opodal krzaczka, mieszkała kaczka dziwaczka.

    Lecz zamiast trzymać się rzeczki, robiła piesze wycieczki (…)”

    Kuku-ryku, kuku-ryku, nie pozwolę rozbójniku,

    Ryku choć do jutra skrzecz, ale kuku moja rzecz (..)”

    PS: Fragmenty wierszyków zapisane są tak jak je zapamiętałam z dzieciństwa, co może różnić się nieznacznie od oryginału 😉

  • Gdzie jestem? Czyli jak nie uczyć o czymś czego się nie potrafi

    Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirował mnie wczoraj ksiądz z naszej parafii, który na mszy dla dzieci postanowił zwrócić się tym razem do rodziców. Oczywiście przyczynkiem były rozważania nad Pismem Świętym. Najważniejszym przesłaniem jakie do mnie trafiło, było iż bez rodziców, wychowawców, katechetów i każdego dorosłego człowieka mówiącego o swojej wierze, przekazującego dzieciom informacje o niej – tej wiary by nie było. Świadectwo jest najważniejsze. Ne byłoby wiary bez jej wyznawców i tych, którzy przekazują ją swoim dzieciom. I właściwie tak jest z każdą sferą życia. Trudno jest się czegoś nauczyć, poznać jeśli się nie wie, że coś istnieje.

    Bardzo często rodzice pytają mnie jak pomóc odnaleźć swemu dziecku drogę? Jak sprawić, aby w przyszłości był szczęśliwym człowiekiem? Co zrobić aby wykonywał pracę, która daje mu stratyfikację i pozwala żyć godnie? Myślę, że te pytania pojawiają się w głowie wszystkich rodziców już od początku życia ich dzieci, a czasami nawet wcześniej. Przynajmniej ja się nad tym zastanawiałam wiele razy. I doszłam do kilku wniosków.

    Przede wszystkim trudno jest pokazać komuś drogę do szczęścia i spełnienia jeśli samemu się tej drogi nie odnalazło. Warto się zastanowić, jak ja żyję? Czy jestem szczęśliwy z tym co i jak robię? Czy miejsce, w którym obecnie jestem to jest to czego pragnąłem? Jeśli tak, to sprawa jest prosta. Poprowadzę dziecko moimi śladami, zrobię to co moi rodzice zrobili. Nie znaczy, że dziecko ma robić to co ja, ale idąc przetartym szlakiem może łatwiej odnaleźć swoją drogę.

    A jeśli okaże się, że nie. Nie czuję się szczęśliwy w tym miejscu gdzie jestem. Moja praca lub sytuacja zawodowa nie satysfakcjonuje mnie, zgubiłem gdzieś swoje pasje, odłożyłem życie na później. Jak mam pokazać dziecku, że to nie jest dobre? Mogę albo zmienić najpierw swoje życie i udowodnić, że się da. Albo siedzieć i płakać, że to trudne. Mogę dać przykład dziecku, że zawsze jest czas na walkę o siebie i swoje marzenia. Mogę pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Mogę poczuć się szczęśliwy. Mogę przetrzeć szlaku ku szczęściu i spełnieniu aby poprowadzić nim swoje dziecko.

    Zapewniam, że nie jest to łatwe. Często okupione strachem i łzami. Trudno podjąć decyzję o zmianie w życiu, np. zawodowym. Bo może nie jest najlepiej, ale jest. Może moja praca nie jest wymarzona, ale jest. Bo może moje zarobki nie są takie jak bym chciał, ale są. Bo może… Ale czasami wystarczy trochę odwagi, wsparcie męża/ żony/ partnera… i decyzja… zrobię to dziś. A jak już się tę decyzję podejmie, to trzeba się tego trzymać i po prostu spróbować coś zmienić. To bardzo trudne, bo czasami wymaga przewrócenia całego życia do góry nogami. Ale przynajmniej ja wychodzę z założenia, że warto spróbować, aby nie żałować. Ja właśnie próbuję… i na razie… po prostu trzymajcie kciuki 🙂

    Czy można zrobić to inaczej? Oczywiście, że tak. Bo każdy ma swój sposób na życie i odnalezienie swego miejsca na ziemi. Ale to mój pomysł na to ja pomóc mojej córeczce być w przyszłości spełnionym człowiekiem i cieszyć się życiem. Chce jej pokazać na swoim przykładzie, że można. Chcę Ją nauczyć, że droga jest też ważna, a jeśli nawet spuścimy z oczu swój cel podróży, to zawsze można go odnaleźć. Chcę być szczęśliwa dla siebie i dla Niej i dla mego męża. Chcę walczyć aby nie uczyć Jej o czymś, o czym nie mam zupełnie pojęcia. Chcę przekazać Jej to, co wiem o świecie i wskazać co może z tą wiedzą zrobić. Chcę być dla niej świadectwem.

  • Bądź grzeczny! Zachowuj się! Czyli jakie banały mówimy naszym dzieciom

    Każdemu z rodziców lub wychowawców choć raz w życiu zdarzyło się w ten sposób zwrócić uwagę dziecku. Mówimy im o grzeczności, dobrym zachowaniu. A później okazuje się, że dzieci nas nie słuchają. Dlaczego?

    Sprawa jest bardzo prosta. Nie wiedzą czego od nich oczekujemy. Bo to co dla nas znaczy słowo „grzeczność” to już nie koniecznie jest zrozumiała dla dzieci. Jeśli mówimy „zachowuj się” to przecież niezależnie od tego co robi dziecko – jakoś się zachowuje. Przecież zawsze jakoś się zachowujemy. Dodanie słowa „dobrze się zachowuje” nie specjalnie tu pomoże. Dla nas dorosłych za słowami „grzeczność” i „zachowanie” stoi wiele czynności, które naszym zadanie dzieci powinny lub nie powinny wykonywać. I co w tym wszystkim jest najlepsze – nasze dzieci potrafią to zrobić, tyle, że nie wiedzą, iż właśnie w tej chwili tego od nich oczekujemy. Bo często jest tak, że mówimy o grzeczności w różnych sytuacjach i różnych zachowań oczekujemy wtedy od dzieci. Czasami chcemy aby były cicho, kiedy indziej aby aktywnie uczestniczyły w zajęciu. Raz mamy takie oczekiwania a innym razem zupełnie nowe.

    Dzieje się tak dlatego, że chcemy aby dzieci zachowywały się naszym zdaniem adekwatnie do sytuacji. A one do pewnego momentu swego rozwoju nie są w stanie ocenić obiektywnie, jak powinny się w danej chwili zachować. Jak odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Dopiero w procesie socjalizacji uczą się zachowań adekwatnych do powtarzalnych sytuacji, a następnie do sytuacji nowych. Nikt z nas, a co dopiero dzieci, nie czyta nikomu w myślach.

    Najskuteczniejszym sposobem na jasny i klarowny przekaz naszych intencji co do zachowania dziecka jest konkret. I to najlepiej taki, z którym jest ono zapoznane wcześniej. Kiedy wiemy, że jakaś sytuacja zaistnieje (np., wizyta cioci, wyjście do parku, wyjazd na święta, spotkanie z nową osobą). Ustalmy jasne zasady i nasze oczekiwania względem zachowania dziecka. Najlepszym sposobem jest zadanie pytań „Jak myślisz, jak powinieneś się zachowywać kiedy będzie ciocia”, „A czego nie powinieneś robić podczas jej odwiedzin”. Dziecko, zwłaszcza takie które na co dzień zna zasady dobrego wychowania szybko upora się z tym zadaniem. Jeśli coś mu umknie warto uzupełnić te listy. Kiedy dziecko samo przywoła pożądane i niechciane zachowania zrozumie czego się od niego oczekuje i będzie mogło to zrobić. A do tego będzie z siebie zadowolone, że tak wiele wie o dobrym zachowaniu. Jeśli chcemy coś jeszcze dodać od siebie to warto wytłumaczyć dziecku dlaczego chcemy to zrobić – „Ciocia ostatnio chorowała i tym razem nie będzie mogła bawić się z tobą na dywanie. Jeśli chcesz możecie w coś pograć przy stole”. Jeśli coś jest dla dziecka jasne bardzo chętnie spełni nasze oczekiwania. Większość dzieci woli być „grzecznymi” zwłaszcza jeśli właśnie wtedy skupiają na sobie uwagę rodziców.

    Podobnie ma się rzecz z wszelkiego rodzaju wyjściami i kupnem masy rzeczy, których nie chcemy kupić. Jeśli idziemy do parku również zapytajmy o to co można, a czego nie. Dodatkowo ustalmy nasze wydatki, np. „Dzisiaj nie zabieram z sobą portfela. Więc pamiętaj o tym i nie proś mnie o kupienie czegokolwiek” lub „Dziś idziemy tylko na lody, nie proś mnie o balona czy coś innego”. Dla niektórych dzieci nie będzie od razu to łatwe i przyjemne. Ale jeśli ustalamy zasady to się ich trzymajmy. Bo inaczej stracimy w oczach dziecka (nawet jeśli w danym momencie będzie się cieszyć z balonu).

    A kiedy coś się dzieje nagle. Wtedy zróbmy stop klatkę i wyjaśnijmy dziecku czego oczekujemy i jak ma się zachować. Zawsze konkretnie, jeśli trzeba z przykładem lub wyjaśnieniem powodu naszych oczekiwań.

    Nie utrudniajmy dzieciom poznawania zasad rządzących światem dobrego zachowania, podawajmy im konkretne przykłady a nie rzucajmy banały, których sami czasami nie rozumiemy. A wtedy wiele rzeczy i sytuacji stanie się przyjemniejszych 🙂 A jeśli teraz pomożemy dzieciom opanować trudną sztukę zachowania adekwatnego do sytuacji, będzie im odnaleźć się w wielu sytuacjach w dorosłym życiu.

  • Przyjaźń, pasja i coś jeszcze. Tego chciałam dla moich dzieci

    Moja przygoda z harcerstwem zaczęła się, gdy miałam 7 lat, a skończyła … – właściwie to się nie skończyła. Aktywną działalność prowadziłam do momentu narodzin syna, a i potem jeszcze przez trzy lata miałam ciągły kontakt z drużyną. Dopiero gdy urodziła się córka, oficjalnie odeszłam z drużyny. Aktywnie już nie działam, ale kontakt z harcerstwem mam cały czas – poprzez młodą, która w poszukiwaniu swojego miejsca przeszła przez różne drużyny, aż w końcu zacumowała w tej, na której i ja skończyłam działalność

    Co mi dało harcerstwo? Męża , a poza nim poczucie własnej wartości, nauczyło odwagi, wyrażania swoich poglądów, samodzielności. Bycie harcerką sprawiło, że ciągle idę do przodu, że ciągle szukam czegoś nowego, nie boję się wyzwań, daję sobie radę z trudnościami, jakie niesie życie. Odkrywam nowe pasje – od dziewięciu lat tańczę hip hop . Teraz rozmyślam nad kolejnymi studiami podyplomowymi, nad jakąś zmianą w swoim życiu. Harcerstwo to też masa wspomnień – jedzenie żabiego udka pieczonego nad ogniskiem podczas nocnego samotnego pobytu w lesie, nocne wędrówki, spanie w październiku pod gołym niebem, przy ognisku, podczas gdy w menażce woda zamarzała, przechodzenie po linie nad rzeką, rąbanie drewna do kuchni, stawianie masztu, całodobowe milczenie, zdobywanie sprawności, stopni, patentów. Zaszczepiona miłość do gór, wędrówek, ciekawość świata i ludzi. No i przyjaciele – mimo odległości, jaka nas często dzieli (liczona w setkach, a nawet tysiącach kilometrów) – wciąż mamy ze sobą kontakt.

    Dzieci, tak jak i ja, od małego miały kontakt z harcerstwem. Syn w gimnazjum zrezygnował z życia harcerskiego na rzecz życia naukowego (wessało go Towarzystwo Astronomiczne Almukantarat – to z nimi zaczął jeździć na biwaki i obozy), córka miała roczną przerwę, a po niej trafiła do mojej drużyny i tu już została. Młody poza szkołą przez całą swoją edukację chodził dodatkowo na kółko informatyczne, by w liceum pomagać w prowadzeniu zajęć, jeździł jako wykładowca na zielone szkoły i obozy naukowe, a teraz jest studentem drugiego roku informatyki w Anglii. Młoda z kolei od 12 lat tańczy, działa w dwóch drużynach harcerskich, jeździ konno – aktualnie jest w drugiej klasie liceum.

    A co dzieciom dało harcerstwo? Syn po raz pierwszy pojechał na obóz w wieku 8 lat. Co roku gdzieś jeździł, zmieniając po drodze towarzystwo (bo stylu życia nie – i harcerze, i Almukantaratowcy śpią w bazach harcerskich, schroniskach, żyją skromnie, acz wesoło ). Z nieśmiałego, lękliwego chłopczyka zamienił się w odważnego młodzieńca, pełnego wiary w swoje możliwości, zawsze chętnego do działania, do podejmowania nowych wyzwań, samodzielnego (ma za sobą rok życia w obcym kraju, bez rodziny i przyjaciół, przeprowadzkę z akademika do domku). Córka zaczęła wcześniej, swoje pierwsze zimowisko zaliczyła w wieku 6,5 lat, też co roku gdzieś jeździ. Nabrała pewności siebie, nauczyła się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy, sama budowała łóżko, kopała doły pod latrynę Radzi sobie z wieloma zajęciami naraz, jest zorganizowana, poukładana. Oboje są w stanie funkcjonować bez mamy 😉

    Fajnie jest patrzeć na swoje dzieci, jak mają jakieś pasje, swoje życie. Z jednej strony jest tęsknota za tymi maluszkami ciągle potrzebującymi mamy, a drugiej duma, że udało się wychować mądre i samodzielne dzieci, które bez lęku, za to z wiarą w swoje możliwości wychodzą w świat. Nie było to proste, trzeba było ciągle przełamywać swój lęk o nie, ukrywać swoją troskę i pozwalać na coraz większą samodzielność, podsuwać nowe wyzwania do pokonania. Ale warto było

    Agnieszka Bogacka

    mama dwójki prawie dorosłych dzieci

    harcerka, tancerka hip hop

  • Łzy same płynął czyli jestem tylko słabym człowiekiem

    Myślę, że każda mama przeżyła kiedyś taki dzień czy ranek kiedy miała ochotę usiąść i płakać… albo rzeczywiście usiadła i płakała. To bezsilność sprawia, że łzy same napływają do oczu.

    Tak właśnie wyglądał mój dzisiejszy ranek. Marianka od kilku dni jest w trakcie przestawiana swego dotychczasowego planu dnia. Przesunęły się nam pory posiłków i spania. Coraz niechętnie je w nocy co 4 godziny. Ale dzisiejsza noc była bardzo ciężka dla nas obu. Problem z jedzeniem, marudzenie, zmęczenie i bezsilność. I wielka złość… moja na samą siebie. Bo nie mogę się złościć na Manię, przecież jest dzieckiem i słucha potrzeb swego organizmu, które ja próbuję zrozumieć a nie zawsze potrafię. To nie Ona zawodzi w takich sytuacjach, bo przecież nie wie co się z Nią tak naprawdę dzieje. To ja jestem dorosła i muszę to wszystko rozumieć, a jednocześnie akceptować swojej i Jej uczucia. To ja jestem w stanie ogarnąć rozumem to wszystko co się dzieje i jak. Zrozumieć, że jest coraz starsza i Jej potrzeby się zmieniają, zarówno te psychiczne, jak i te fizyczne. I nawet jak się skupisz na rozwoju empatii to czasami po prostu jest ciężko.

    W takich trudnych dla rodzica i dziecka sytuacjach może zadziać się kilka rzeczy. Zwłaszcza kiedy cierpliwość jest wystawiona na próbę. To właśnie takie sytuacje są najczęstszym powodem kiedy po raz pierwszy wymierza się klapsa. To nasza bezsilność powoduje, że podnosimy rękę na dziecko, któremu w niczym to nie pomoże. To ta bezsilność pcha ludzi do kroku z którego później bardzo trudno się wycofać, kroku który może zaprowadzić jedynie w ślepy zaułek.

    Jest jednak inny sposób na to aby pokonać bezsilność, potrzebujemy jednak wtedy pomocy. I ja dziś właśnie skorzystałam z tego drugiego wyjścia. Kiedy moje emocje sięgnęły zenitu. Kiedy czułam się złą matką, której brak cierpliwości… kiedy czułam, że w tej chwili bije ode mnie negatywny przekaz… ucałowałam moją Mariankę, powiedziałam, że wychodzę na basen a ona zostanie z tatą i jak przyjdę wyściskamy się, wykochamy i będzie znowu dobrze. I rzeczywiście jeszcze na zajęciach z aqua aerobiku buzowały we mnie emocje, jeszcze wracając do domu kłębiły się we mnie, jeszcze gdzieś te łzy tkwiły w kącikach oczu, ale przeszło mi. Odpuściłam sobie i powiedziałam, że jestem tylko człowiekiem i mam prawo czasami do takich chwil. I w momencie kiedy weszłam do domu i zobaczyłam Mariankę w łóżeczku myślałam już tylko o tym aby Ją przytulić. Już miałam siły na wszystko. Powiedziałam Jej, że ją bardzo kocham i będzie już dobrze, a kiedy na jej poważnej buzi pojawił się uśmiech i chwyciła mnie za palce… zrozumiałam, że ona też chce mi przekazać, że „Mamo, jest ok”.

    Każdy rodzić przechodzi trudne momenty, kiedy jest zmęczony, zdenerwowany, czuje bezsilność i złość. Jesteśmy tylko ludźmi. Ważne jest to co zrobimy i jak te emocje rozładujemy. Czy pozwolimy aby poniosły nas i wymierzymy klapsa, którzy nigdy nie powie naszemu dziecku, że je kochamy. Czy damy sobie chwilę na wstrzymanie. Pozwolimy aby emocje się rozładowały w inny sposób. Czasami wystarczy powiedzieć dziecku, że muszę mieć 10 minut dla siebie i w tym czasie odetchnąć. Jeśli mamy możliwość zostawienia dziecka pod opieką lub jest na tyle duże, że może zostać samo wyjdźmy i się przewietrzmy, pójdźmy do innego pokoju. Dajmy sobie czas na rozładowanie emocji. Emocji do których mamy prawo. Emocji, które mogą nas popchnąć zarówno w dobrą jak i złą stronę.

    Bo jestem tylko słabym człowiekiem… ale to moje czyny świadczą o tym czy się poddaję czy walczę.

  • Klapsy i inne obowiązki rodziców. Czyli jestem filozofem polityki i będę pisał o wychowaniu

    Czasami trzeba napisać coś kontrowersyjnego aby wszyscy o tobie mówili. I chyba tak właśnie było w przypadku pana Stawroskiego, a przynajmniej mam taką nadzieję. Bo nie chce mi się wierzyć, że ktoś kto tytułuje się profesorem nauk humanistycznych jest w stanie napisać taki artykuł wierząc święcie w to co pisze.

    W artykule, który podejrzewam dziś i jutro pobije rekordy czytelności przytacza wiele przykładów, które same sobie przeczą. Z jednej strony mówi o tym, że obowiązkiem rodziców jest dbanie o rozwój psychiczny i fizyczny dziecka poprzez dawanie mu dobrych przykładów. A chwilę później skupia się na tym, że klaps w określonych sytuacjach jest konieczny, np. kiedy dziecko bije inne w piaskownicy. Czyżbyśmy wtedy nie uczyli przez przykład? Biłeś – dam Ci klapsa… czego Cię nauczę?

    Rozumiem, że może pan Zbigniew uważać za absurd karanie w sądzie rodzica, który kilka razy wymierzył dziecku klapsa. Bo ważna jest jego zdaniem intencja i cel w jakim wymierzany jest klaps. Tylko czy jesteśmy pewni, że jeśli następnym razem klaps nie podziała to rodzić nie sięgnie po pasa?

    Jestem ciekawa czy pan profesor zdawał sobie sprawę, że klaps uczy niewiele. Dziecko boi się dostać klapsa, a nie uczy się dobrych zachowań, które rodzic chciałby wprowadzić. Klaps to okazanie przez rodzica słabości, bo nie potrafi zastosować innej formy wychowawczej. Uczy dziecko, że jeśli jestem bezradny i nie wiem co zrobić to można używać przemocy.

    Autor przywołuje przykład, że kiedy odciągamy dziecko od kontaktu to też jest forma przemocy. Bo dbamy o jego bezpieczeństwo. Z pewnością brak mu podstawowej wiedzy z dziedziny psychologii dziecięcej.

    Inny przykład to spoliczkowanie 50-latka przez jego matkę, kiedy mówi jej, że wymienił żonę na młodszy model. Pomija tylko fakt, że w tym przypadku to osoba dorosła, która już ma ukształtowany charakter i kodeks wartości. Zresztą przykładów dotyczących dorosłych jest znacznie więcej. A przecież dzieci i dorośli znacznie się od siebie różnią rozwojowo. Przede wszystkim dzieci dopiero poznają świat i taki jaki poznają będą kształtowali jako przyszli dorośli.

    Porównywanie klapsa do wyciągania igły z palca dziecka czy przywoływanie Kanta uważam za nie warte komentowania. A krytykowanie „Emil” Jana Jakuba Rousseau oraz jego echa modelu wychowania bezstresowego (oczywiście błędnie rozumianego – przeczytaj o tym) jest w ogóle poniżej jakiejkolwiek krytyki.

    Przy wszystkich dobrych intencjach autora w to aby państwo nie ingerowało przesadnie w wychowanie dziecka, które powinno odbywać się w rodzinie zastanawia mnie jedno. Gdzie w tym wszystkim jest rzeczywiście DZIECKO. Jego potrzeby rozwojowe, wnętrze. Gdzie jest spojrzenie z jego punktu widzenia. Gdzie zastanowienie się jakim dorosłym będzie kiedy klaps będzie obowiązkiem rodzica.

    Czas poświęcony na przeczytanie artykułu uważam za stracony. Na pewno będzie się dobrze „klikał”, ale moim zdaniem nie warto. Profesor Zbigniew Stawroski nie wypowiada się z punktu widzenia eksperta, rodzica czy wychowawcy. Jest filozofem polityki i jego zadaniem jest bazując na teoriach starych lub nowych wysnuwanie pewnych tez, które nijak się mają do życia codziennego. Wierzę, że żaden rodzic nie potraktuje tego jak przyzwolenie do klapsów.

    A co do autora. Gratuluję dużej poczytności artykułu. Kontrowersja dobrze się sprzedaje.