Blog

  • Małe głupotki. O chwilach, które są tylko nasze

    Większość dnia spędzamy z Marianką tylko we dwie. Jesteśmy do tego przyzwyczajone i czasami kiedy przychodzi weekend to bardzo się cieszymy, że tata jest z nami, ale w poniedziałek znowu czerpiemy radość ze swojej obecności. To naturalne… taka więź matki z dzieckiem.

    Im Mania jest większa tym ten wspólny czas staje się coraz bardziej wartościowy. Mamy swój własny rytm, gesty, których nie trzeba tłumaczyć. To chwile, z których staram się czerpać jak najwięcej, bo wiem, że szybko przeminął. Im Marianka będzie starsza ty bardziej będzie ją interesował świat. Będzie go poznawała i zdobywała, a ja będę szła tuż obok, a z czasem o krok za Nią. Będzie coraz bardziej samodzielna, choć mam nadzieję, że zawsze będzie wiedziała, że może na mnie liczyć. Szybko przestanę być jej całym światem, później wyrocznią, ale mam nadzieję, że nigdy nie przestanę być dla nie autorytetem. Osobą, w której oczach będzie widziała miłość, wsparcie i wiarę.

    Ale zanim to wszystko się wydarzy mamy te nasze wspólne chwile. Chwile, które czasami nawet trudno ująć w słowa. To czasami jedno spojrzenie, które powoduje uśmiech na twarzy. Moment kiedy zdarza jej się przysnąć mi na ręku. Chwila gdy poznając coś nowego trzyma mnie za palec. Długie minuty kiedy leżymy sobie wspólnie po prostu się na siebie patrząc i ucząc się siebie nawzajem. Jest też taki specjalny sposób wzięcia Mani na ręce, Kiedy mogę jednocześnie mocno Ja tulić i patrzeć w Jej piękne oczy. Marianka od razu się wtedy uśmiecha i zaczyna „gadać” po swojemu i aż piszczeć z radości. Jeśli kto inny by Ja próbował wziąć w taki sposób w najlepszym wypadku popatrzyłaby się na niego.

    To wszystko powoduje, że każdy dzień pomimo że podobny do poprzedniego staje się niesamowity. Wiem z całą pewnością, że to co dziś przezywamy wpłynie na jakość naszych relacji w przyszłości. Czułość i miłość, które okazujemy sobie wzajemnie nie wyparują. Ale to przede wszystkim ode mnie zależy jak nasza relacja będzie się rozwijała. Czy nadal będę uczyła Mariankę jak okazywać sobie uczucia, jak ważna jest bliskość i relacje w rodzinie. Patrząc na mnie i męża będzie się uczyła jak budować kontakty z drugą płcią, jak okazywać sobie szacunek, wsparcie i przede wszystkim miłość. To co dziś dostaje ode mnie i męża, zwielokrotni się w przyszłości. I choć nie będzie sobie tego uświadamiała, to właśnie to czego doświadczy w pierwszych miesiącach i latach swego życia wpłynie na Jej rozwój wewnętrzny, ukształtuje wartości i nauczy tworzenia relacji. Dzisiejsze małe głupotki, pieszczoty i czułostki dadzą Jej w przyszłości motywację i siłę do działania.

    Wierzę, że dzisiejsze chwile, które dzielimy między sobą znacząco wpłynął na jej przyszłości. To co daje dziś radość mnie i Mariance, kiedyś pomoże Jej cieszyć się życiem pełnym miłości.

  • Miłość i konsekwencja – dwie siostry

    Ostatnio na kilku forach przyglądałam się dyskusjom na temat metod wychowawczych polecanych przez specjalistów. Mamy preferujące rodzicielstwo bliskości starły się z tym, które są za konsekwencją. Przywoływane są tam porady różnych bardziej lub mniej znanych „super Niań” oraz literatura z najprzeróżniejszych źródeł. Ogólne to cieszę się, że mamy prowadzą dyskusje dotyczące tak ważnego aspekty życia dziecka jak wychowanie, bo to znaczy, że im zależy. Mam jednak kilka wątpliwości.

    Po pierwsze wydaje mi się, że wiele mam „idzie” za modą w wychowaniu, którą teraz jest rodzicielstwo bliskości. Nie do końca rozumieją czym ono jest, czasami posiłkują się jakąś literaturą, częściej szczątkowymi informacjami z Internetu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie krytykuje tej metody wychowawczej. Mam tylko wrażenie, że niektóre z mam czują presję jej stosowania, choć podskórnie czują, że czegoś im w niej brakuje. Zapominają, że każde dziecko jest inne, rodzina jest inna oraz doświadczenia. I nie w każdej sytuacji, zawsze to samo się sprawdza. Idea bliskości z dzieckiem jest czymś fantastycznym moim jednak zdaniem czasami to trochę za mało.

    Po drugie negowanie metod wychowawczych, które się sprawdzają u innych jest moim zdaniem bardzo nie fair. Zresztą już o tym pisałam.

    Wydaje mi się, że części z tych mam umyka bardzo ważna rzecz. Nie ma miłości bez konsekwencji i odwrotnie. Inaczej nie miałoby to sensu i nie nazwałabym tego skuteczną metodą wychowawczą. Bo sama bezgraniczna miłość może prowadzić do rozpieszczania (ale oczywiście nie musi), a z kolei konsekwencja bez wsparcia i codziennego okazywania pozytywnych uczuć to prosta droga do despotyzmu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym stawiała granice mojej Mariance, a jednocześnie nie okazywała jej wsparcia i miłości. Abyśmy w wyznaczonych ramach nie miały wspólnie czuć się bezpiecznie i radośnie. To, że ustalam zasady nie znaczy, że nie tulę dziecka, nie całuję i nie jestem czuła. Konsekwencją pokazujemy dzieciom, że nam na nich zależy i są dla nas ważne. Dla mnie to najwyższe możliwe okazanie miłości – wyznaczenie granic, w których dziecko może bezpiecznie się poruszać. Granic, w których okazuję mu zaufanie i uczę odpowiedzialności.

    Dla maluchów takimi granicami może być plan dnia. Ja też taki mam. Wyznacza on pory posiłków i pomaga nam wyznaczyć czas na zabawę i drzemki. Planując wizyty u lekarza czy jakiekolwiek wyjście uwzględniam go i staram się przestrzegać. Pokazuje w ten sposób, że potrzeby mojego dziecka są ważne i dbam o jego komfort. Każde większe zaburzenie w planie sprawia, że Mania jest rozdrażniona i poddenerwowana. Nie chcę aby tak się czuła. Czy w tym planie nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa? Oczywiście, że jest. Są dni kiedy biorę rano Mariankę do swojego łóżka i wspólnie trochę dłużej leniuchujemy, okazując sobie czułość. Bo plan to ramy, które delikatnie można przesuwać tak aby było miejsce na uczucie między dzieckiem a rodzicem.

    Uważam, że najlepszym sposobem na to aby dziecko czuło się dobrze na każdym etapie swojego rozwoju, aby miało wspaniały kontakt z rodzicami jest dać mu bezpieczną i wyznaczoną przestrzeń do funkcjonowania i okazywać czułość oraz miłość. Dzięki temu jesteśmy w stanie nauczyć najpotrzebniejszych rzeczy w życiu. To właśnie mój sekret na wychowanie, z którego będą zadowolone dzieci i rodzice.

  • Kim będziesz jak dorośniesz? A kim chcesz żebym był?

    Kim będziesz jak dorośnie? Czy ktokolwiek z nas nie usłyszał tego pytania choć raz w życiu? Jak myślicie jak na nie odpowiadają dzieci?

    • strażakiem, policjantem, piosenkarką, aktorką, weterynarzem, księżniczką…

    Coraz częściej słychać jednak takie odpowiedzi:

    • programistą, finansistą, specjalistą od firm internetowych, lekarzem, prawnikiem, biznesmenem… człowiekiem bogatym.

    Ktoś może zapytać czy to źle, że dzieci marzą o realnej pracy, która przyniesie realne korzyści? Oczywiście, że nie. Ale kiedy słyszy się, że 5 latek planuje karierę w świecie finansów to już trochę przeraża. Nie dlatego, że kiedyś nie będzie pracował na giełdzie, ale dlatego, że wyszedł już ze świata fantazji i marzeń. Swoich marzeń. Marzeń, które pozwalają rozwijać się, bawić się, poszukiwać, błądzić i znajdywać drogę na nowo. Marzeń, które pozwolą realizować siebie, a nie swoich rodziców.

    To zrozumiałe, że rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Każde pokolenie chciałoby aby następne żyło w lepszych warunkach dobrobytowych lub co najmniej takich jak dotychczas. To co było nieosiągalne rozwojowo dla naszych dziadków – rodzice mieli na wyciągnięcie ręki. To o czym marzyli nasi rodzice dla nas jest czymś normalnym. To o czym nawet nie śnimy – będzie codziennością naszych dzieci. Nie znaczy to jednak, ze już dziś mamy je wkładać w trybiki „mieć” a nie „być”. Dzieciństwo to czas beztroski, który i tak coraz szybciej zostaje nam zabrany. Nie mówię tu o szkołę, bo daleka jestem od stwierdzeń typu, że szkołą zabiera dzieciństwo. To dorośli i ich wymagania zabierają je, czasami bezpowrotnie.

    Może część z Was oglądała film „Mały książę”, w którym główny bohater książki zapomina kim był, bo dorósł. Jednym z przesłań filmu jest to, że nie samo dorastanie jest złe, ale zapominanie o dzieciństwie i wszystkich jego radościach. Część z nas z pewnością zapomniała jak to jest być dzieckiem i cieszyć się z drobnostek, przeżywać wszystko po raz pierwszy, poznawać świat i kochać tych, którzy są dla nas dobrzy. Tego właśnie brakuje niektórym dorosłym do tego aby być szczęśliwym. A my przecież chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe.

    Czy to oznacza, że nie powinniśmy próbować nadać kierunek rozwoju naszym dzieciom jak najwcześniej? Tak. Czy nie mamy im pomóc odnaleźć własną drogę ku dorosłości? Ależ oczywiście, to właśnie jest zadanie rodziców. Pokazać różne możliwości, pozwolić spróbować, dać możliwość wyboru, wspierać w dążeniu do celu, cieszyć się z sukcesów, pomagać podnieść się przy porażkach.

    Dzieci mają prawo sto razy zmieniać zdanie, a decyzje podjąć kiedy będą gotowe. Moi rodzice może nie byli najszczęśliwsi kiedy w trzeciej klasie ekonomika zmieniłam plany i zamiast zostać radcą prawnym wybrałam zawód nauczycielki. Ale wspierali mnie, z pewnością bali się o moja przyszłość, ale byli przy mnie. Zresztą podobnie było kiedy moja siostra zapragnęła uczyć się w plastyku, a później zostać krytykiem sztuki. To, że zaplanujemy dzieciom przyszły zawód wcale nie znaczy, że będą żyły dostatnio i szczęśliwie. Dziś jeszcze nie ma zawodów które będą na topie kiedy one będą dorosłe. Już przekwalifikowanie jest czymś normalnym i to nie z przymusu, ale z chęci realizacji siebie i swoich pasji.

    Pozwólmy dzieciom marzyć o zostaniu księżniczką i astronautą. Pokażmy im różne możliwości. Bądźmy przy nich, wspierajmy. I najważniejsze… nie chciejmy przeżyć ich życia za nie.

  • Jestem za wychowaniem bezstresowym. Wiesz czym ono jest?

    Kiedy podczas zajęć ze studentami rozmawialiśmy o metodach wychowawczych zdziwili się, że w ogóle wspominam wychowanie bezstresowe. A jeszcze bardziej byli zszokowani kiedy mówiłam im, że to najlepszy co rodzice mogą zaoferować dziecku. Podnieśli larum, że przecież takie wychowanie „wyprodukowało” niegrzeczne dzieci, które nie zważają na nic, egoistów i w ogóle to co ja sobie myślę. Na moje pytanie czym według nich jest wychowanie bezstresowe odpowiadali, że to wtedy kiedy rodzice pozwalają dzieciom na wszystko. I dzieci się wtedy nie stresują, tylko włażą dorosłym na głowy. Tak właśnie postrzegane jest wychowanie bezstresowe w opinii publicznej. Zaczęło być modne jakiś czas temu, było lansowane jako przyjazne dziecku. Problem polega jednak na tym, że nikt rodzicom nie wytłumaczył czym tak naprawdę jest. Przyjęło się potoczne znaczenie tej metody wychowawczej.

    Jednak kiedy się zastanowić nad tym, znając psychologię dzieci, sposób ich myślenia i rozwoju łatwo można dojść do zgoła innych wniosków. Trzeba by się zastanowić kiedy dziecko tak naprawdę unika stresów? Wtedy kiedy czuje się bezpieczne. A kiedy czuje się bezpieczne? Kiedy wie w jakim miejscu się znajduje, ma stałe wartości i osoby znaczące w pobliżu. Pisałam już wielokrotnie o poczuci bezpieczeństwa. I nie ważne czy mowa tu o małym dziecku czy nastolatku. Będą się czuli bezpieczni, kiedy ich zdaniem rodzice będą się nimi interesować, kiedy będą wiedzieli co się stanie jak postąpią tak czy inaczej.

    Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy nastolatek wraca spóźniony do domu. Co będzie powodowało stres? Myśl, że zawsze za takie spóźnienie dostaje tydzień szlabanu, czy niewiadoma? Albo brak reakcji (nie interesują się mną) lub nieadekwatna reakcja (zbyt mała lub duża)? Jeśli wiem czego mogę się spodziewać stres jest mniejszy. Inna sytuacja, kiedy w sumie nie wiem, o której mam wrócić i co się stanie jeśli się spóźnię. Niepewność…

    Nieograniczona swoboda daje możliwość podejmowania różnych działań, których nie potrafi ocenić dziecko. Jeśli nikt nie czuwa w pobliżu i nie podpowiada czy dane działanie jest odpowiednie do umiejętności pojawia się strach.

    Ja wychowanie bezstresowe porównuję zawsze do ram obrazu. To ramy wyznaczają granice, w ramach których dziecko może się poruszać. W tych ramach jest bezpiecznie, rodzic czuwa ale nie interweniuje jeśli nie ma wyraźnej potrzeby. Dziecko wie, że jeśli przekroczy te ramy to zostaną wyciągnięte konsekwencje. Z czasem, kiedy dziecko jest starsze ramy zostają rozszerzone. Za każdym razem ustalając kolejne zasady lub znosząc dotychczasowe. Jeśli ramy będą zbyt szerokie zawsze można znowu je zmniejszyć. Wszystko zależy od wieku, umiejętności, odpowiedzialności dziecka.

    To właśnie przebywanie w tych ramach daje poczucie bezpieczeństwa i nie powoduje stresu. Oczywiście bardzo ważne aby ramy nie były tworzone sztucznie i pozwalały dziecku na rozwój i podejmowanie nowych wyzwań. Rodzice nie mogą ograniczać swoich dzieci w rozwoju i nauce odpowiedzialności. W końcu są one gośćmi, którzy w drodze ku dorosłości szukają schronienia i pytają o drogę.

    I właśnie takie jest wychowanie bezstresowe, które od lat stosowałam w pracy, a teraz zaczynam wcielać w życie Marianki. Będę ograniczała jej stres wyznaczając granice i ucząc konsekwencji oraz odpowiedzialności. Więc jeśli jeszcze ktoś mnie zapyta czy jestem za wychowaniem bezstresowym, bez zastanowienia odpowiem tak, o ile wiesz czym ono naprawdę jest.

  • Chcesz więcej?

    Zapraszam na Instagram radosc_bycia_rodzicem_

    Kto i co daje mi radość? Gdzie szukam inspiracji? Co mnie cieszy a co denerwuje?

    To wszystko właśnie tam!

  • To nie chłopiec!

    Odkąd tylko zaczęłyśmy z Marianką wychodzić na spacery, częściej wyjmować ją z wózka w miejscach publicznych pytałam to pytanie co najmniej 100 razy: „Czy to chłopczyk?” A dlaczego? Tylko dlatego, że nie była ubrana na różowo i nie miała na swoich czarnych włoskach opaski z kokardką. Podobają mi się ubranka w różnych kolorach, nie tylko różowe. I często zdarza się, że Mania ma na sobie np. niebieskie spodenki lub inną część garderoby. Czapeczkę też ma niebieską (tu akurat nie było wyboru przy kupnie). Staram się ją ubierać w takie rzeczy, które są przede wszystkim wygodne, a przy okazji przyjemnie się na nie patrzy. A muszę przyznać, że jak jest cała ubrana na różowo to mam lekką „cofkę”. Oczywiście w Mariankowej komodzie są też i rzeczy różowe, ale staram się je tonować innymi kolorami.

    Ale wróćmy do tego, co mnie irytuje. Po pierwsze kupienie dziewczynce ładnych rzeczy nie różowych graniczy z cudem. W sklepach na dziale dziewczęcym wprost bije on po oczach. Zastanawiam się dlaczego? Czy dlatego, że firmy ubzdurały sobie, że to kolor dla dziewczynek, a one skoro nie mają innego wyboru to się po prostu w nim zakochują. A może jest odwrotnie. Różowy jest tak mocnym kolorem i przykuwającym uwagę, że dziewczynki rzeczywiście go wybierają? Być może tak jest. Kiedy ostatnio byłam z Manią na zakupach, chciałam wybrać kilka cieplejszych sukienek bawełnianych. Zawsze wszystko Mariance opisuję i pokazuję. Tym razem w oko wpadła mi fajna sukienka w dwóch wersjach kolorystycznych: szara w różowe róże i różowa w szare róże. Najpierw pokazałam jej tę szarą i co usłyszałam? Głośne „Nie!” (ulubione słowo Mani). A kiedy dla żartu pokazałam jej drugą – zaśmiała się i gaworzyła. Więc kupiłyśmy tę, którą wybrała.

    A co mnie jeszcze irytuje a pro po różowego? Że wkładamy w schematy nasze dzieci już od najwcześniejszych dni ich życia. Społeczeństwo narzuca jakie kolory są dla chłopca, a jakie dla dziewczynki. I choć z pewnością wynika to z wielu czynników, powinniśmy mieć możliwość ubierania nie tylko dzieci w takie kolory jak nam pasuje. Bo skoro dorośli wybierają czy pasują im bardziej pastelowe, zimne, ciepłe… kolory to dlaczego dzieci mają być „gorsze”. Mojej Mariance po prostu wspaniale jest w błękicie, takim jasnym pastelowym. Pasuje jej do karnacji i jakoś tak weselej w nim wygląda. Nie powiem, w różowym też nie wygląda źle – może dlatego, że ładnemu we wszystkim ładnie ;). Jednak ja jako matka chciałbym nie czuć presji związanej ze strojem mego dziecka, zwłaszcza jeśli ma dopiero kilka miesięcy. Dziś to presja na mnie, za kilka lat przejdzie na Manię. Bo już dzieci w przedszkolu zwracają uwagę jak ubrani są inni.

    Tak więc nie narzucajmy ani rodzicom ani dzieciom w jakie kolory czy fasony mają wybierać, bo jest tyle ważniejszych rzeczy na tym świecie. Przecież w błękitnym ubranku może być ukryta prawdziwa mała dama 🙂

  • Wołam o Twoją uwagę! Słyszysz mnie mamo/ tato?

    Nie odkryję Ameryki pisząc, że większość niepojących zachowań dzieci to wołanie o dostrzeżenie przez rodziców. Często spotykałam się z sytuacją kiedy rodzice poświęcali uwagę dziecku a i tak zachowania agresywne czy wycofanie występowały. Po mimo naszych najszczerszych chęci po prostu czasami nie widzimy naszego dziecka takim jakim jest w rzeczywistości lub nie dostrzegamy tego jakim ono chciało by być.

    W przypadku zachowań odstępujących od ogólnie przyszytych za zwyczajne często szukamy rozwiązań na tu i teraz. Nie zastanawiamy się nad przyczyną problemu, ale taką głębszą. Nie szukamy w dziecku głęboko ukrytych motywów i przekonań jakie ma ono w sobie. A sytuacje mogą być najróżniejsze. Bo tez najróżniejsze myśli siedzą w dziecięcych i młodzieżowych głowach i dopóki ich nie poznamy dopóty będziemy walić głową w mur. Często to jak dzieciom wydaje się, że my ich postrzegamy nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A większość dzieci nie przyjdzie i nie powie „mamo zwróci uwagę na to co zrobiłem, to dla mnie ważne, bardzo się napracowałem i w końcu mi się udało, bądź ze mnie dumna”. Często nie jesteśmy w stanie wychwycić takich momentów, a wtedy w dziecku zaczyna pojawiać się myśl „nie zauważa mnie, nie kocha”.

    Ten dostrzegany przez dziecko brak uwagi może wynikać z wielu sytuacji. Być może jest tym starszym, które musiało sobie poradzić kiedy na świat przyszło rodzeństwo… Albo wydaje mu się, że tylko złym zachowaniem jest w stanie zwrócić naszą uwagę, bo za dobre nie jest chwalone. Innym razem możemy z czystej nieuwagi przegapić jakiś sukces dziecka, który dla nas może nie był zbyt spektakularny ale dziecko włożyło w osiągnięcie celu bardzo wiele. Są dzieci, które wycofaniem chcą zwrócić na siebie uwagę. Myślą sobie „jeśli mnie kocha, powinien zauważyć, że zamykam się w sobie, nie zauważył – nie kocha”. Zdarza się, że wśród rodzeństwa jedno jest „grzeczniejsze”, a drugie „łobuzuje”. To, które stosuje się do zasad jest pomijane, bo dobrze sobie radzi, ale w głowie może pojawić się myśl „jestem grzeczny, nie zauważają mnie, nie kochają, tylko on jest ważny”.

    Takich sytuacji są tysiące i nie przewidzimy wszystkich. Problem jest w tym, że rzeczywiście często w pędzie dzisiejszego świata rodzicom tylko się zdaje, że zwracają uwagę na dzieci. A tak naprawdę to dostrzegają zadaniowość wychowania, a nie skupiają się na przekazaniu informacji, że są z dziecka dumni, że dostrzegają starania i przede wszystkim kochają. Bo nie wystarczy powiedzieć, dziecko (i nie tylko) musi to czuć. Kiedy brak chwili na rozmowę, na pobycie razem w wymiarze duchowym i emocjonalnym w dzieciach rodzi się strach. Strach przed brakiem uwagi, a w konsekwencji brakiem miłości.

    Nie raz pomagając rodzicom w rozwiązaniu sytuacji kryzysowych, oni sami dochodzili do wniosku, że gdzieś się zagubili. Gdzieś w pędzie zapomnieli co jest najważniejsze w byciu rodzicem i byciu z dzieckiem w bliskiej relacji. Musieli odnaleźć drogę pomiędzy obowiązkami domowymi, zawodowymi do skupieniu na relacji z dzieckiem, dostrzeżeniu jakie fantastyczne mają dziecko i przekazaniu mu tego, że widzą, czują i są dumni. A jeśli dziecko czuje, że rodzic nie „ściemnia” tylko rzeczywiście znajduje zawsze czas na dostrzeżenie tego jakim jest naprawdę, inne problemy z czasem znikają.

    Nie jest to łatwe zadanie, bo też nikt nie powiedział, że rodzicielstwo jest łatwe. Ale podjęliśmy się tego zadania, jedni świadomie, inni może mniej. Ważne, aby przez nasze niedopatrzenie nie stracić więzi z dziećmi. Aby doraźne rozwiązanie problemu nie przysłoniło nam potrzeby odnalezienia jego źródła. A najważniejsze, żebyśmy nie bali się powiedzieć „pobłądziłem”… Jesteśmy tylko ludźmi, a nasze dzieci kochają nas bezgranicznie i jeśli dostrzeżemy swój błąd i się przyznamy to tylko urośniemy jeszcze bardziej w ich oczach. Nauczymy ich także, że błądzić jest rzeczą ludzką, najważniejsze aby później spróbować wrócić na szlak.

    Mamo! Tato! Słyszysz moje wołanie?

    Pokaż, że mnie kochasz!

    Nie czekaj, aż będzie za późno!

  • Matka Polka… nie, dziękuję!

    Jak ma być dzisiejsza kobieta? Silna, zdeterminowana, opiekuńcza, wielofunkcyjna, atrakcyjna, obowiązkowa, pracowita… Ma pracować, wychowywać dzieci, robić przetwory na zimę, dbać o siebie, jeść zdrowo, ćwiczyć, być seksowną dla męża/ partnera, gotować, prać, sprzątać, realizować się w pracy, mieć pasję, znać się na wszystkim. Czy to źle? Nie wiem. Wiem jednak, że to w większości my same – kobiety, stawiamy sobie tak wygórowane wymagania. Często napędzając się tym, że skoro inna dała radę to czemu ja mam nie dać.

    Chcemy być nowoczesnymi Matkami Polkami, która są w stanie ogarnąć pracę, dom, dzieci, męża i jeszcze się rozwijać. Bo dlaczego nie? Ja też zawsze chciałam być jedną z tych kobiet, które godzą różne role życiowe z najważniejszą – rola matki. Chciałam szybko wrócić do pracy i wykorzystać to czego przez lata się uczyłam i w czym byłam perfekcjonistka – wielofunkcyjność. Nauczyło mnie tego harcerstwo i bardzo się z tego cieszę. Miałam wielkie plany… Wiecie jak to mówią, powiedz Panu Bogu jakie masz plany, a cię wyśmieje. Kiedy urodziła się Mania czas jakby zwolnił. Zrozumiałam, że to jest czas dla nas. W ciągu tych 4 pierwszych miesięcy byłam tylko mamą. Nie było już Sylwii, tylko mama Mani.

    Po pewnym czasie wiedziałam już, że nasze życie nie będzie takie jak zaplanowałam, ale to nie ważne. Wiedziałam, że nie mam na razie szans na powrót do pracy zawodowej. Wiedział, że Marianka będzie w domu wymagała mojej opieki i zaangażowania w dużo większym stopniu niż gdyby urodziła się w terminie. I wiedziałam, że aby nie być tylko mamą Mani (ci samo w sobie nie jest takie złe) będę musiała pokonać w sobie wile rzeczy i wiele spraw uporządkować, niektóre odpuścić. Czy mój dom codziennie świeci czystością? Nie. Czy codziennie mamy coś innego i fit na obiad? Nie. Czy szybko i sprawnie wróciłam do wagi sprzed ciąży? Nieeeeee. Czy Marianka je ugotowane przeze mnie własnoręcznie zupki? Niestety nie. Czy wszystko robię tak jakbym chciała super i wspaniale? Nie. Ale na to wszystko dałam sobie przyzwolenie (oraz oczywiście mój mąż, który bardzo mi pomaga).

    Wyznaczyłam sobie co jest najważniejsze. Co ma tę chwilę mogę odpuścić, aby czerpać radość z bycia mamą Marianki, a jednocześnie nie zwariować. Nie jestem idealną matką polką w pełni tego słowa znaczeniu. Ale uważam, że znalazłam, a przynajmniej próbuję znaleźć złoty środek i nowy sposób na życie. Życie, które tak niespodziewanie się zmieniło. Marianka jest na pierwszym miejscu. Wizyty u lekarzy, stymulowanie jej do rozwoju, a przede wszystkim miłość i czułość, które jej daje. Nie mniej ważny jest mój mąż, który nie tylko angażuje się w pomoc przy Mani, ale też w dzielenie się obowiązkami w kuchni czy przy sprzątaniu. Ważne jest dla mnie też abym nie zgubiła siebie – Sylwii, która byłam. Kobiety, która uwielbiała kontakty z ludźmi, przekazywanie swojej wiedzy i doświadczenia. Kobiety z pasją, nawet więcej niż jedną. Niedawno ktoś mi powiedział, że życie po narodzinach dziecka zmienia się. Oczywiście ale nie można w tym wszystkim zagubić siebie. Bo dzieci kiedyś dorosną, a jak zagubię siebie to za 20 lat już nie odnajdę tej Sylwii, którą bardzo lubiłam ja i chyba sporo innych osób.

    Kiedy okazało się, że na razie nie wracam do pracy zawodowej, zaczęłam zastanawiać się co dalej… Dla kogoś, kto przez ostatnie kilkanaście lat nie spędzał zbyt dużo czasu w domu to dość trudna sprawa. Ale wystarczy tylko się rozejrzeć, a zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. Takie, które jest tuż przed czubkiem nosa 🙂 Od teraz moim rozwojem zawodowym i czymś w rodzaju pracy będzie blog. Dzięki niemu mogę się realizować i robić to co zawsze chciałam… pisać, dzielić się wiedzą, opiniami, mieć kontakt z wieloma ciekawymi ludźmi.

    Tak więc, może nigdy nie będę matką polką. Ale na pewno będę kobieta, która jest spełniona i cieszy się, że jest mamą. A przy okazji realizuje siebie i swoje marzenia… Jeszcze Wam o nich kiedyś opowiem 🙂

  • Neurodydaktyka – a właściwie co to takiego?

    Gdybym mogła od nowa wychowywać dziecko,

    Częściej bym używała palca do malowania, a rzadziej do wytykania,

    Mniej bym upominała, a bardziej dbała o bliski kontakt.

    Zamiast patrzeć stale na zegarek, patrzyłabym na to, co robi.

    Wiedziałabym mniej, lecz za to umiałabym okazać troskę.

    Robilibyśmy więcej wycieczek i puszczali więcej latawców.

    Przestałabym odgrywać poważną, a zaczęła poważnie się bawić.

    Przebiegłabym więcej pól i obejrzała więcej gwiazd.

    Rzadziej bym szarpała, a częściej przytulała.

    Rzadziej byłabym nieugięta, a częściej wspierała.

    Budowałabym najpierw poczucie własnej wartości, a dopiero potem dom.

    Nie uczyłabym zamiłowania do władzy, lecz potęgi miłości”

    Słowa Diane Loomans stanowią ważny drogowskaz dla współczesnych rodziców.

    Nasze dzieci w coraz większym stopniu pozbawiane są czynników ochronnych takich jak umiarkowana presja na wyniki, swobodna zabawa, zachęta do poznawania świata i czas na refleksję. Słowo klucz to „sukces” czyli dobre stopnie, nagrody i nauka w najlepszych szkołach. Niestety to zwodnicza definicja, ponieważ tworzy fałszywe wrażenie, że bardzo dobre wyniki w nauce zapewniają umiejętności w wielu sferach, w tym relacjach międzyludzkich. Nie zawsze jednak tak się dzieje. Jeszcze większy niepokój budzi fakt, że nasza zawężona definicja sukcesu nie uznaje tych uczniów, których potencjał trudno jest zmierzyć. Jak zauważa G. Huther w książce „Wszystkie dzieci są zdolne” wiele wyjątkowych postaci jak Henry Ford, Pablo Picasso, Woody Allen, czy Salvador Dali borykało się z wieloma problemami w szkole. „Okazuje się, że żadna z tych osób nie osiągała nadzwyczajnych wyników ani w przedszkolu, ani w szkole, ani na studiach – jeśli w ogóle na takowe uczęszczali. Wręcz przeciwnie – w większości przypadków „wyróżniali się” tym, że we wszystkich placówkach edukacyjnych zdawali się być w niewłaściwym dla siebie miejscu”.

    Dzisiaj dzięki m.in. nowoczesnym metodom neuroobrazowania pracy mózgu poznaliśmy zupełnie nowe fakty dotyczące uczenia się. Marzena Żylińska, autorka publikacji „Neurodydaktyka – nauczanie przyjazne mózgowi” zauważa, że mózg jest bardzo egoistyczny, zawsze rozpatruje sytuacje pod kątem własnego „ja” i najlepiej zapamiętuje te informacje, które były najważniejsze z subiektywnego punktu widzenia. Mózgi uczniów właściwie bez udziału świadomości wyłapują to, co intrygujące, nowe i przydatne. Marzena Żylińska podkreśla również, że efektywna nauka wymaga dobrych relacji i poczucia bezpieczeństwa a strach przed popełnieniem błędu nie sprzyja rozwojowi samodzielnego myślenia. Dlatego tak ważna jest atmosfera panująca w domu i na lekcji, humor, wiara dorosłego w możliwości dziecka.

    Chociaż wszyscy mamy nadzieję, że nasze dzieci będą sobie dobrze radziły w szkole, jeszcze bardziej pragniemy, żeby im się powiodło w dorosłym życiu. Naszym zadaniem jest pomóc im poznać i zaakceptować siebie, podchodzić do świata z radością, znaleźć pracę, która będzie ciekawa i satysfakcjonująca, zdobyć kochających i lojalnych przyjaciół i partnerów, zachować wiarę, że wnoszą do społeczeństwa wiele dobrego. I właśnie w tym momencie życzę swojemu synowi Szymonowi oraz wszystkim rozpoczynającym rok szkolny 2016/2017 kroku w kierunku tak pojmowanego sukcesu.

    Mariola Rybińska

    mama 8-letniego Szymona

    nauczyciel szkoły ponadgimnazjalnej

    propagatorka neurodydaktyki w Białymstoku

    więcej o neurodydaktyce dowiecie się na „Budząca się szkoła”

  • Światowy Dzień Blogera

    Dziś jest Światowy Dzień Blogera. Święto tych wszystkich, którzy postanowili podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami i wiedza na różne tematy. Ja robię to już drugi rok i wiem, że niektórzy z Was czytają bloga od początku. Ale jest też wielu, którzy trafili tu niedawno.

    Z okazji tego dnia może będziecie mieli chęć napisać w komentarzach, który mój tekst najbardziej zapamiętaliście lub zrobiła na Was wrażenie, dał do myślenie, itp. Zapraszam do wspomnień