Blog

  • I nagle robi się cicho. Jak pomóc dziecku pożegnać się z kimś ważnym

    Żyjemy sobie spokojnie, raz jest weselej, a raz smutniej. Biegniemy codziennie z domu do pracy – z pracy do domu, zahaczamy o przedszkole lub szkołę, jakiś sklep. Później obiad, zabawa z dziećmi, praca domowa, kąpiel, kładzenie do łóżka, może jakieś prasowanie, chwila dla siebie, sen. Czasami pojawiają się jakieś problemy lub miłe niespodzianki. Urlop, święta, spotkania… ot, życie. Mało kiedy spodziewamy się, że będziemy musieli się z kimś żegnać. Są oczywiście sytuacje kiedy ktoś z naszych najbliższych choruje lub jest już leciwy i gdzieś z tyłu głowy mamy to, że może już za chwilę… Ale nawet wtedy śmierć kiedy przychodzi jest niespodziewana i bardzo bolesna. Przeżywamy to, cierpimy… próbujemy sobie poradzić. Nie rozumiemy dlaczego akurat teraz i akurat my… To jeśli nam jest tak ciężko, to co mogą czuć nasze dzieci w tej sytuacji?

    Śmierć trudno zrozumieć nawet dorosłym. Do pewnego momentu swego rozwoju dzieci w ogóle nie są w stanie pojąć czym ona jest, a przede wszystkim że jest nieodwracalna. Wydaje im się, że ukochany dziadek czy ciocia tylko zasnął i na pewno niedługo wróci. Dla nich niebo to chmury, w których latają samoloty. Niestety czasami koncentrując się na własnym cierpieniu zapominamy, że przede wszystkim to co się wydarzyło jest dla dziecka nowe i nie wie jak sobie z tym poradzić.

    Małym dzieciom często wystarczy powiedzieć, że ktoś umarł i już się nie obudzi. Warto zapewnić, że bardzo ta osoba bardzo kochała dziecko i będziemy ją wspominać. Bardzo pomocne mogą być tu bajki tzw. terapuetyczne. Sporo z nich porusza temat odchodzenia w taki sposób aby dzieci mogły to zrozumieć. Z nieco starszymi dziećmi trzeba rozmawiać, po prostu. Dowiedzieć się czy mają pytania, jak się czują. No właśnie – jak się czują? Nie zakładajmy, że będą czuły smutek… na to może przyjść czas później, kiedy np. na uroczystość Dnia Babci i Dziadka do szkoły nie przyjdzie ukochany dziadek albo w urodziny nie przyjedzie ciocia, która zawsze miała fajne pomysły. Tuz po samej tragedii dzieci mogą mieć różne odczucia i mają do tego prawo, zwłaszcza że często są w takiej sytuacji po raz pierwszy. Mogą czuć złość, znudzenie długimi godzinami modlitw, zmęczenie, poirytowanie – bo zabrania im się bawić oraz wiele innych odczuć. Rozmawiajmy o tym z dziećmi i nie wmawiajmy, że muszą być smutne. Jeszcze to poczują. Czasami wydaje nam się, że dziecko w obliczu śmierci jest obojętne – a ono po prostu ie wie jak się zachować. Dla niego to abstrakcja.

    Wiem, że w obliczu takich przeżyć trudno nam się myśli o innych, ale dla dziecka powinniśmy znaleźć czas. Aby nie pozostało w tej sytuacji samo. Bo jeśli nie będziemy rozmawiać, może nie dowiemy się, że przy ostatniej wizycie u babci dziecko było niegrzeczne i nie przeprosiło jej. A teraz wydaje się mu, że to przez to babcia umarła. Trzeba pytać

    Są rodzice, którzy za wszelką cenę chronią swoje dziecko przed tematem śmierci. Moim zdaniem to błąd, bo to część naszego życia. Trzeba tylko dziecko odpowiednio do tego przygotować i nie bać się rozmawiać. Również o swoich odczuciach.

    Dobrym pomysłem na oswajanie z tematem odchodzenia jest posiadanie zwierzątka. Małe, jak chomiki czy świnki morskie, złote rybki nie żyją długo. Oczywiście dziecku będzie smutno kiedy będzie musiało się pożegnać z ulubieńcem, ale to nauka życia i oswajanie się z trudnymi emocjami.

    Moi rodzice pochodzą ze wsi. Zwłaszcza rodzina mamy jest duża, utrzymujemy kontakty nawet z dalszymi kuzynami. Zawsze byliśmy razem w trudnych sytuacjach. Nie pamiętam pogrzebu dziadka bo miałam dwa latka, ale wiem że na nim byłam i pożegnałam się. Kilka lat później przyszyło mi się żegnać z wujkiem, chrzestnym, prababcią, bliższą i dalszą rodziną. Zawsze odwiedzaliśmy ich na cmentarzu kilka razy w roku. Wiedziałam jak udzielać wsparcia innym i sama je otrzymywałam. Czy czułam smutek na pogrzebach? Tak, ale też chyba jakąś świadomość, że tak jest. To każdego z nas czeka, a smutek choćby największy zawsze przemija. Moi rodzice intuicyjnie postępowali zarówno ze mną jak i moją siostrą. A bliskość z rodziną pozwalała nam czuć się bezpiecznie nawet w najtrudniejszych chwilach pożegnań.

    Nie życzę nikomu aby musiał żegnać się z najbliższymi, ale jeśli się to jednak stanie nie izolujmy od przeżyć rodzinnych naszych dzieci. Rozmawiajmy z nimi i twórzmy więź, która pomoże nie tylko dzieciom.

  • Taka przyjaźń się nie zdarza

    To było spotkanie… dla nich z pewnością jakby po latach. Oliwka jest starsza o 3 dni od Marianki, wspólnie spędziły prawie 3 i pół miesiąca najpierw na reanimacji, a następnie na wcześniakach. Walczyły o swoje życie, a później uczyły się żyć jak normalne dzieci. „Cepap”, namiot tlenowy, rurka z tlenem, samodzielne oddychanie, dom… Wczoraj spotkały się. Czy pamiętały jak wspólnie płakały kiedy rodzice odchodzili do domu? Czy pamiętają jak się cieszyły kiedy mamy trzymały je na rękach? Czy pamiętają chwilę kiedy się żegnały? Raczej nie. Spotkanie było zwyczajne… dwa niemowlaki leżą obok siebie na kocu, raz jedna śpi – potem druga, raz jedna marudzi – później druga. Ale w pewnym momencie skupiły się na jednej zabawce, a kiedy czas było się żegnać, jakby siebie zobaczyły na nowo. Podskoki na rękach mamy, radosne dźwięki, trzymanie się za rączki i chęć polizania tej drugiej… Ale to dopiero początek…

    Dziecięce przyjaźnie są zupełnie inne niż te dorosłych. Pamiętacie swoich przyjaciół z przedszkola, szkoły podstawowej? Ile z nich przetrwało? Jak się tworzyły i ile trwały?

    Są dwa rodzaje takich przyjaźni. Jedne wynikają z chęci wspólnej zabawy, dołączenia do tych dzieci, które mają najfajniejsze zabawki lub pomysły. Szybko przychodzą, szybko się kończą. Zmiany bywają tak szybkie, że często rodzice nie są w stanie nadążyć za tymi zmianami. Dzieci kłócą się o byle co, obrażają, nudzą się. Ale jest też inny rodzaj przyjaźni dziecięcej. Ta wynika tak właściwie nie wiadomo skąd… Czasem dlatego, że dzieci spędzają dużo czasu razem (rodzice się przyjaźnią, są sąsiadami, kuzynami), a czasami dlatego, że po prostu doskonale czują się we własnym towarzystwie. I nawet kłótnie są jakieś takie mniej ważne, zabawy rzadko się nudzą, a pomysły same wymyślają. Takie przyjaźnie czasami trwają latami, a czasami kończą się z różnych powodów w wieku nastu lat. Ale pozostawiają w dzieciach coś ważnego… pewność, że można mieć kogoś bliskiego i zaufanego.

    To ważne aby dzieci na każdym etapie rozwoju miały możliwość zawierania przyjaźni, tych dłuższy i krótszych. Bo kontakt z innymi uczy współpracy, współistnienia, szacunku i dodaje pewności siebie. Pomaga odnaleźć się w wielkim świecie. Wspierajmy więc dzieci, w tych przyjaźniach, ale nie narzucajmy. Bo jak nie ma chemii, to zamiast przyjaźni będą wrogowie.

    Czy Marianka i Oliwka zostaną przyjaciółkami lub chociaż koleżankami? Nie wiem, choć bardzo bym tego chciała i z pewnością jako rodzice dziewczynek będziemy im umożliwiać kontakt. Bo nie tylko ich życie rozpoczęło się w podobnych okolicznościach i czasie, ale również zmagają się teraz z podobnymi trudnościami. Jeśli jako starsze będą się mogły w tym wspierać, tak jak ich rodzice przez ostatnie siedem miesięcy – to wspaniale. A jeśli nie, to pozostaną chociaż wspomnienia.

  • Zdarza się, że dziecko nie słucha… ale zawsze obserwuje

    Bardzo się ucieszyłem, gdy Sylwia zaproponowała mi, abym podzielił się z czytelnikami jej bloga moimi doświadczeniami w wychowaniu dzieci. Jednak po dłuższym przemyśleniu moja radość zmalała, ponieważ uświadomiłem sobie, że moje dzieci to nastoletnia młodzież (17 i 19 lat), a czytelnikami bloga są raczej rodzicie maluchów, stawiających pierwsze kroki i zadających pierwsze pytania.

    Z drugiej jednak strony moje doświadczenie rodzicielskie i zawodowe może okazać się cenne, ponieważ kiedyś Wasze dzieci również będą nastolatkami i z całego serca życzę, aby dawały Wam nie mniej powodów do dumy i satysfakcji niż moi synowie.

    Prawie dla każdego rodzica rozwój jego dziecka jest niezmiernie ważny. Posyłamy swoje pociechy na dodatkowe zajęcia, kursy, szkolenia. Pokładamy w nich nadzieję, że dzięki temu odnajdą swoją drogę i im szybciej zaczną, tym „szansa na sukces” jest większa. Z doświadczenia wiem, że z tego typu rozwojem naszych dzieci są dwa zasadnicze problemy.

    Pierwszy – kiedy nasze dziecko chce wszystkiego, bez problemu zapisuje się na kolejne zajęcia, porzuca je w dowolnym momencie i chce zapisywać się na następne.

    Drugi – sytuacji odmienna, kiedy dziecku nie chce się niczego i trudno je czymkolwiek zainteresować.

    Skąd o tym wiem? Ponieważ właśnie takich mam synów, zupełnie różnych od siebie pod względem zapału do poznawania i doświadczania nowych rzeczy. Wiem to również od moich klientów, którzy zgłaszają się z prośbą o radę: „Jak zmotywować moje dziecko do…? Prośby groźby i zachęty nie skutkują”.

    Moim zdaniem dzieci słabo uczą się tego, co im się mówi wprost i znakomicie – poprzez obserwację. Co to oznacza? Konkretnie to, że od tego co powiesz, ważniejsze jest, jak to zrobisz i jaki dasz swojemu dziecku przykład. Nie wystarczy mówić mu: „Bardzo ważne dla mnie jest to, abyś był konsekwentny i wytrwał w swoim postanowieniu”, w przypadku kiedy dziecko co chwilę chce zmieniać zainteresowania. Nie wystarczy też, że będę przekonywał: „Bardzo mi zależy, abyś przetestował, sprawdził, doświadczył, czy ten kierunek jest dla Ciebie”, w sytuacji kiedy dziecko nie chce niczym się zainteresować.

    Dlatego dbając o stabilny rozwój swoich dzieci, nie zapominajmy o własnym. Niech nasze słowa idą w parze z zachowaniem, wtedy będziemy prawdziwym wsparciem dla naszych dzieci.

    Jak zadbać o swój rozwój?

    1. czytaj książki – to najprostsza droga do poprawienia lub nabycia kompetencji. Wybierasz interesujący Cię temat, kupujesz o tym książkę, czytasz ją i wdrażasz zdobytą wiedzę. W międzyczasie rozmawiasz ze swoim dzieckiem i mówisz mu, czego się nauczyłeś, pokazując tym samym, że warto,

    2. ucz się w domu – jeśli regularnie będziesz się edukował, to prędzej czy później Twoje dziecko zapyta Cię, co robisz. To świetne otwarcie do rozmowy o rozwoju i zapisaniu na kurs, jeśli Twoje dziecko do tej pory nie chciało nigdzie pójść,

    3. uczęszczaj na szkolenia – możesz pójść krok dalej i poszukać szkoleń w okolicy, część z nich prawdopodobnie będzie darmowa, a korzyści z wdrożenia wiedzy – bezcenne,

    4. oglądaj webinary – jeśli wieczory wolisz spędzić w domu lub w okolicy nie ma szkoleń z tematów, które Cię interesują, możesz poszukać webinarów, jest mnóstwo darmowych szkoleń online, które zapewniają dużą dawkę wiedzy,

    5. zapisz się na kurs – chcesz nauczyć swoje dziecko języka hiszpańskiego? Sam się zapisz na zajęcia językowe, a w domu

    6. ćwiczcie i utrwalajcie wiedzę. Dzięki temu nie tylko nauczycie się czegoś nowego, ale także zbudujecie lepsze relacje.

    Najlepsze w tym jest to, że możecie robić to razem. W ten sposób nie tylko nauczycie się czegoś nowego, ale także spędzicie czas razem i zbudujecie jeszcze lepsze relacje między sobą.

    Jeśli zaś miałbyś zapamiętać tylko jedną rzecz z tego artykułu, to pamiętaj o tym, by dbać o swój rozwój, dając w ten sposób dobry przykład swoim dzieciom. Inaczej zapisanie dziecka na kurs może mieć marny skutek, a relacje między wami mogą się pogorszyć, zamiast polepszy.

    Ja dla moich synów byłem ciągłym wzorem w tym zakresie. Myślę, że dzięki temu jestem z nich dzisiaj taki dumny, czego i Wam życzę 🙂

    Lechosław Chalecki

    ojciec dwóch nastoletnich synów

    trener, coach, autor książki „Potęga życia”

    twórca Szkoły Inspiracji

    http://www.lechoslawchalecki.pl/

  • „Jesteś mądry” czy „Starasz się”?

    Amerykańscy naukowcy przebadali już chyba wszystkie aspekty życia i prowadzili badania nad wszystkimi tematami jakie nam przyjdą do głowy. Ale niektóre z tych badań są naprawdę ciekawe i dające dużo do myślenia. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o takim badaniu nad wynikami, którego powinien zastanowić się każdy rodzić i wychowawca.

    W badaniu wzięło udział 400 uczniów, którzy zostali podzieleni na dwie grupy. Jedni byli zapewniani o swojej mądrości, a drugich dopingowano chwaląc za wysiłek wkładany w naukę. Następnie każdy z uczniów otrzymał do wykonania jedno z dwóch zadań. Pierwsze było proste ale mało rozwijające, a drugie trudniejsze – można się było z niego sporo nauczyć, ale również popełnić dużo błędów. Być może się domyślacie jaki był rezultat… Uczniowie zapewniani o swojej mądrości w większości wybrali zadanie łatwiejsze, a 90% chwalonych za wysiłki wybrało to bardziej rozwijające.

    Jakie wnioski płynął z tego badania dla nas? Jest ich na pewno kilka. Po pierwsze jak mówi Carol Dweck, profesor psychologii ze Stanford University – autorka badania, „Sukces to nie kwestia wrodzonego talentu, błyskotliwej inteligencji ani szczęścia. Sukcesy odnoszą ludzie przekonani o tym, że wciąż się mogą wiele nauczyć”. Samo zapewnianie, że dziecko posiada jakąś cechę bez jej rozwijania prowadzi do wpajania błędnych przekonań. Po drugie jeśłi zaszczepimy w dzieciach chęć poznawania, uczenia się i rozwijania będą one w stanie odnaleźć się w każdej sytuacji. Nie będą się bały wyzwań i popełniania błędów. Tomas Edison zanim wynalazł żarówkę wykonał niezliczoną ilość nieudanych prób. Jednak nigdy nie traktował ich jako porażek tylko jako sposoby, które nie prowadzą do rozwiązania jego problemu naukowego.

    Czy zatem nie mówić dzieciom, że są mądre? Oczywiście mówić, tylko musi to mieć pokrycie w konkretnym dążeniu do celu i drodze jaką pokonały. Ja ostatnio chwale Mariankę za to, że nauczyła się chwytać grzechotkę. Próbowała od dłuższego czasu, aż w końcu się udało. Powiedziałam Jej „Jesteś moją kochaną, nadrą dziewczynką bo próbowałaś się nauczyć. Aż w końcu Ci się udało”.  Każde określenie dziecięcej cechy powinno być dookreślone czynnością lub staraniami jakie podjęło dziecko aby coś osiągnąć. Czy to bycie odważnym, czy zręcznym… Jeśli będziemy dzieciom mówić o konkretnych staraniach lub osiągnięciach, będziemy w ten sposób motywować do powtórzeń danego działania i utworzymy pozytywny wzorzec rozwoju. Musimy jednak pamiętać, że taki sposób postępowania nie ma na celu zmuszania dzieci do np. ćwiczeń na skrzypcach lecz do naturalnego pobudzania ro rozwoju w sytuacjach dnia codziennego. Bo to właśnie te najmniejsze czynności codzienne uczą schematów myślowych i przyzwyczajają do ciągłego dążenia do poznawania świata i rozwijania się.

  • Inkubator to nie brzuch

    Teraz już mogę to powiedzieć głośno i wyraźnie: INKUBATOR TO NIE BRZUCH!

    Dlaczego teraz? Bo już mogę jakoś spokojnie wracać myślami do pierwszych tygodni życia Marianki. Wiem, że wielu znajomych i rodzina chcieli nas pocieszyć, nie bardzo wiedzieli co powiedzieć, więc najczęściej padało stwierdzenie, że Mania poleży w inkubatorze, podrośnie i wszystko będzie dobrze, że to tak jakby była w brzuchu. Niestety to nie prawda. Inkubator spełnia ważne ale tak naprawdę tylko dwie funkcje: reguluje temperaturę i wilgotność ciała. Oczywiście bez tego wcześniaki nie mogą sobie poradzić, ale tak naprawdę w większości przypadków jeśłi dziecko trafia do inkubatora to z pewnością ma o wiele więcej problemów niż tylko termoregulacja.

    Wcześniaki – zwłaszcza urodzone przed 32 tygodniem – mogę mieć najróżniejsze problemy, w których inkubator sam w sobie nie pomoże. Potrzebują respiratora lub „cepapu”, pomp dawkujących leki i jedzenie, regularnych prześwietleń, USG całego ciała, kontroli pracy serca, pracy układu pokarmowego, rozwoju wzroku… Często potrzebują zabiegu związanego z retinopatią lub przewodu botalla. Mają naczyniaki, wzmożone lub obniżone napięcie mięśniowe… przetaczanie krwi, podawanie osocza…

    Wiedząc o tym wszystkim (a raczej dowiadując się w trakcie) stwierdzenie inkubator = brzuch jest jednym ze zdań, których rodzice wcześniaków nie mogą przetrawić. Wiemy, że tak naprawdę trudno zrozumieć co to znaczy mieć wcześniaka jeśli się tego nie przeżyło. Najłatwiej jest nam rozmawiać miedzy sobą, ale też każdy z nas przeżywa tę sytuację po swojemu. Jedni z nas mają ochotę opowiadać o stanie swego dziecka, inni wolą zachować wszystko dla siebie. Ktoś woli odpowiadać na pytania osobiście, ktoś inny woli informować wszystkich za jednym zamachem (tak jak np. ja poprzez bloga). Czy to znaczy, ze nie warto rozmawiać z rodzicami wcześniaków, które są w szpitalu? Warto zapytać jak można pomóc, czy potrzebuje rozmowy. Z mojej perspektywy (i kilku innych rodziców) nie trafionym pytaniem jest: „Jak się czujesz?”. Bo przynajmniej ja starałam się nad tym nie zastanawiać, bo wiedziałam, że jest szansa na rozsypanie się na kawałki.

    Zanim urodziła się Marianka nie miałam o tym wszystkim pojęcia. Wiedziałam, że rodzą się wcześniaki, że nie jest to proste, ale tak naprawdę było to daleko ode mnie. A ponieważ rodzi się coraz więcej wcześniaków, może warto aby mówić o tym więcej i aby jeśli komuś się to przydarzy (czego nikomu nie życzę) miał podstawową wiedzę i mógł się jakoś łatwiej odnaleźć w nowej sytuacji. Bo trzeba powiedzieć głośno, że wcześniaki to niesamowicie waleczna dzieciaczki, a ich rodzice choć nie wiadomo do końca jak, są w stanie znieść wszystko dla swoich maluszków. Ale niestety wsparcia mogą szukać jedynie wśród rodziny, innych rodziców i personelu na oddziale, bo niestety nasze państwo nie dostrzega specyficznej sytuacji w jakiej się znaleźli. Nie mówię już, o tym że większość tatusiów ma organiczny kontakt z dziećmi nawet w ciężkim stanie, bo muszą wracać do pracy. Ale przede wszystkim o mamach, które spędzają często kilka miesięcy kursując między domem, a szpitalem – zabierają do domu dzieci, które rozwojowo są jak noworodki, a muszą wracać do pracy po roku kiedy maluchy jeszcze maja przed sobą długą drogę. Dlatego sporo z nich nie wraca do pracy i jest pozbawione dochodu. Bo, który pracodawca jest w stanie zaakceptować wizyty u lekarza z dzieckiem nawet kilkanaście razy w miesiącu.

    Ale mimo tego wszystkiego być rodzicem wcześniaka to nie tylko wyzwanie, ale coś pięknego… Bo widzisz jak ta kruszynka, która nie ważyła nawet kilograma zmienia się w cudownego dzieciaczka, który walczy o swój rozwój… Walczy i jeśłi jest wspierany to zwycięża… Moja Marianka zwycięża codziennie…

  • MY czy Ja i Ty

    Kiedy dziecko zaczyna swój proces opuszczania rodzinnego gniazda? Niestety w chwili kiedy zaczyna rozumieć, że „jest”… Może nie każdy się ze mną zgodzi, ale w momencie kiedy maluch zrozumie, że mama i on to dwie oddzielne osoby stawia pierwszy krok w kierunku niezależności i samodzielności, w kierunku dorosłości. Kiedy dziecko po raz pierwszy stwierdzi, że ma sprawczość nad swoim działaniem możemy zacząć się przyzwyczajać do myśli, że kiedyś opuści rodzinny dom. Bo taka jest kolej rzeczy, a jak cytowałam już wiele razy „Dzieci są gośćmi, którzy pytają o drogę”.

    Te pierwsze miesiące kiedy maluch utożsamia się z mamą są niesamowite. Moja Marianka jeszcze jest w tym etapie choć czuję, że już lada chwila zacznie z niego wchodzić. Myślę, że większość mam potwierdzi, że tak jak maluch jest związany z mamą tak jeszcze mocniej mama jest związana z niemowlakiem. I czasem trudno się przyznać nawet przed samą sobą, że chętnie widziałoby się swoje dziecko jako takie maleństwo dużo dłużej niż to możliwe. Wczoraj nie było mnie w domu całe przedpołudnie. Do tej pory zostawiałam Manię z tatą jedynie na 2 godzinki. I kiedy te właśnie zaczęły mijać wczoraj zadziało się ze mną coś niesamowitego, coś co ciągnęło mnie do Marianki jak ogromny magnez. Nie chodzi o to, że nie ufam mężowi, że coś się Jej stanie. Ja po prostu lubię jak jest blisko. Po powrocie do domu musiałam Manię wyściskać i wycałować, tak się stęskniłam. A Ona… chyba nawet nie zauważyła, że mnie nie było. Tak fajnie się bawiła z tatą. I wiecie co? Było mi smutno… To głupie, ale właśnie tak się poczułam… I wtedy zrozumiałam, że zaczął się ten czas kiedy Marianka będzie potrzebowała mnie już coraz mniej. Oczywiście nie dziś czy nie jutro, ale kiedyś stanie się samodzielną dziewczyną, a później kobietą… Bardzo tego pragnę, ale cząstka mnie chyba na zawsze chciałaby aby Mania pozostała niemowlakiem. Na szczęście jestem tego świadoma i wiem, że moje pragnienia w tym względzie są mniej ważne niż naturalne potrzeby Marianki.

    Z czasem Marianka będzie coraz częściej mówiła i myślała „Ja” i bardzo chcę Ją w tym wspierać. Pragnę Ją nauczyć jak w tym „Ja” być sobą i nie zagubić siebie w tym skomplikowanym świcie. Ale mam też dużą nadzieję, że jednak w tym wszystkim pozostanie też odrobina „My”, a wieź którą stworzyłyśmy i nadal będziemy tworzyć będzie bardzo silna i będzie wspierała „Ja” Marianki. Jakoś sobie z tym poradzę, bo bardzo Manię kocham <3

  • Pokemony, tablety i inne atrakcje

    Świat oszalał… tym razem na punkcie Pokemonów, ale co i rusz coś nowego nie pozwala spać milionom. Dlaczego? Bo potrzebujemy nowości, adrenaliny, ekscytacji, oderwania od zwykłych spraw? Pewnie są jest jeszcze tysiące innych powodów. Coraz częściej kontakty na żywo, przeżycia i przygody przenosimy ze świata realnego do wirtualnego. I co gorsza robią to coraz mniejsze dzieci. Dla nich media i nowoczesne technologie to po prosty codzienność i to nie dziwi. Dla nas rodziców (choć też już nie wszystkich) smartfony, tablety, laptopy i inne urządzenia są nadal czymś nowym. I choć obsługujemy je sprawnie to nadal pamiętamy jak radziliśmy sobie bez nich. Mówię tu oczywiście o swoim pokoleniu trzydziestoparolatków i starszych. Bo z pewnością młodsi rodzice już też nie pamiętają czasów sprzed ery Internetu.

    Problem nie stanowią nowe technologie lecz to, że zastępują dzieciom życie codzienne, zabawy na świeżym powietrzu, kontakt na żywo z rówieśnikami. A przede wszystkim, że uzależniają coraz to młodsze dzieci. Nie będę tu pisała o negatywnym wpływie mediów na rozwój małych dzieci, bo takich artykułów powstały tysiące. Chce jednak zwrócić uwagę, że czasami z powodu braku czasu sami podsuwamy dzieciom świat wirtualny zamiast realnego. Zaczyna się niegroźnie… bajka kiedy mama chce ugotować obiad, zamiast czytania na dobranoc kreskówka na tablecie (która ni jak się ma do wyciszania, bo obraz i dźwięk tylko pobudzają dzieci – a później dziwimy się, że nie chcą spać, budzą się, mają koszmary czy wstają zmęczone), gierka na smartfonie w kolejce do lekarza… czy to coś złego? Jeśli zdarzy się to raz na jakiś czas, to nić się dziecku nie stanie. Ale kiedy jedynym argumentem aby wymóc dobre zachowanie 3-latka jest groźba konfiskaty tableta to robi się poważnie.

    Ważne jest abyśmy świadomie dawkowali dzieciom dostęp do urządzeń tego typu oraz abyśmy kontrolowali co tak właściwie dzieci na nich „robią”. Bo to, że uruchomiliśmy jakąś gierkę nie znaczy, że dziecko akurat w nią gra. Jeśłi sami w nią nie graliśmy to nie możemy mieć pewności jakie treści znajdzie w niej nasza pociecha. Maluchy szybko opanowują poruszanie się po sieci, a najciekawsze jest to co zabronione. Zachęcam więc do kontroli treści gier i stron internetowych odwiedzanych przez dzieci.

    Czy będę Mariance zabraniała korzystać z nowoczesnych urządzeń. Z pewnością nie. Już teraz raz na kilka tygodni na chwilkę zagląda na ekran laptopa kiedy rozmawiam z jej ciocią z Hiszpanii. Ale kiedy zauważyłam, ze głowa Mani podczas karmienia wychyla się w kierunku telewizora, zarządziłam całkowite jego wyłączanie w trakcie Jej posiłków. Będę Jej proponowała wersje gier na żywo, zamiast w internecie – myślę, że zbiórki zuchowe i harcerskie w tym pomogą. Dziś złapała Pokemona 🙂 żółty „Pikaczu” maskotka jest mięciutki, uśmiecha się i strasznie się Jej spodobał.

    Nie unikniemy kontaktu dzieci z technologią i przecież nie o to nam chodzi. Ale zanim będą poznawały świat wirtualny, niech dobrze poznają ten na żywo, niech potrafią i chcą się w nim bawić i cenią wartość każdego kontaktu live. Jeśli my i nasze wartości będziemy im towarzyszyć w poznawaniu świata naznaczonego technologią i internetem to maja szansę się w nim nie zagubić. A wręcz przeciwnie, czerpać z niego to co najlepsze i najciekawsze. Bo przecież daje on ogromne możliwości.

  • Te nieszczęsne swobodne zabawy

    Co dnia Marianka jest coraz bardziej komunikatywna i chętna do kontaktu z otoczeniem. A ranek upływa nam na wspólnych zabawach. Część z nich wynika wprost z zaleceń rehabilitantki lub okulistki ale nie wszystkie. Niektóre są po prostu „nasze”… Kiedy siedzi się cały dzień z dzieckiem w domu (nie licząc spaceru) to choćby z nudów próbuje się różnych rzeczy. Śpiewałam Mani kilka piosenek ale najbardziej podobają się jej te z pokazywaniem. Lubi kiedy używam jej rączek i swoich rąk do obrazowania słów. Lubi też nasze pogaduszki i śmiesznostki. Ale też wiem, że co za dużo to nie zdrowo i zawsze znajduję czas aby Marianka sama spróbowała znaleźć sobie sposób na ciekawe spędzenie czasu. Ona też potrzebuje czasu dla siebie – jak każdy.

    Pewnie niektórzy każą mi się puknąć w głowę, bo przecież jest tak malutka. Ale często o tym pisałam, że dzieci już od urodzenia pragną uzyskać niezależność we wszystkich sferach życia – nawet jeśli nie robią tego świadomie. Chcą też panować nad czasem i tym jak o spędzają. Poza tym najmłodsze dzieci mają ogromną wyobraźnię i nie rozróżniają jeszcze co jest prawdziwe, a co nie (stąd pasjonujące rozmowy Mani z balonikiem lub misiami z karuzeli). Z czasem zaczynają to rozróżniać dzięki dorosłym, ale też dzięki nim tracą to co najpiękniejsze. A jednocześnie to czego się od nich później wymaga w dorosłości – kreatywność, pomysłowość i wyobraźnię. Sami własnoręcznie zabijamy to w naszych dzieciach ograniczając im swobodne zabawy. Czym one są? To czas kiedy dzieci są kreatorami, reżyserami wydarzeń. Czas kiedy nie są skrępowane nadzorem dorosłych i mogą swobodnie rozwijać skrzydła wyobraźni. Oczywiście nie namawiam do pozostawiania dzieci bez opieki, ale do tego aby dać im szansę na naukę samodzielności. Zabawy swobodne jak najbardziej powinny odbywać się na widoku dorosłych (zwłaszcza kiedy dzieci są małe) ale bez ich bezpośredniego kierownictwa, które mogłoby narzucać rozwiązania. Czy dorosły może uczestniczyć w takiej zabawie? Oczywiście, że tak ale to dzieci „piszą” scenariusz zabawy, a dorosły tylko odgrywa rolę. „Interwencja” może dopiero pojawić się jeśli zabawa stanie się niebezpieczna lub będzie sprawiała komuś przykrość. Wtedy trzeba dzieciom wytłumaczyć w czym tkwi problem i pozwolić zastosować nową wiedzę w praktyce.

    Pamiętam nasze zabawy swobodne z dzieciństwa, kiedy liście były pieniędzmi, a patyk raz koniem a raz mieczem. Kiedy nasza wyobraźnia miała pełne pole do popisu. O dziwo kiedy dzieci dostaną możliwość zabawy i ponoszenia odpowiedzialności za siebie starają się zapracować na zaufanie, którego udzielili mu dorośli. Ale tylko wtedy kiedy ma możliwość takiej swobodnej zabawy często, a nie raz na jakiś czas.

    Nie od dziś wiadomo, że dzieci najlepiej uczą się podczas zabawy. Jest to wykorzystywane na przeróżnych zajęciach dodatkowych, na które chodzą nasze dzieci. Ale nawet najfajniejsze zajęcia nie zastąpią zabawy swobodnej i tego jakie wartości wnosi do życia. Jeśli nasze dziecko przez większość czasu przebywa w szkole lub na jakiejś zorganizowanej formie to w końcu jest w stanie zagubić swoją pomysłowość – bo przecież ktoś inny wymyśli mu zabawę. A później rodzice narzekają, że dziecko nie potrafi samo pobawić się choćby kilka minut. Co gorsza takie dziecko kiedy dorośnie, a w pracy będą oczekiwać inicjatywy i kreatywność. I może nie dać rady…

    Tak więc zamierzam Mariance umożliwiać jak najwięcej czasu na zabawę swobodną. Pokażę, że można bawić się bez ograniczeń szablonami… A jedynymi ograniczeniami jest bezpieczeństwo i nasza wyobraźnia, która może ponieść daleko. Mam nadzieję, że kiedyś Marianka zabierze mnie na którąś ze swoich dalekich wypraw w głąb swojej dziecięcej wyraźni i będę mogła bawić się z Nią w Jej wymyślone zabawy. Ale największą przyjemność sprawi mi widok Mani bawiącej się z innymi dziećmi lub samej… i świadomość, że jeśli ma wyobraźnię na pewno nie będzie się nudzić.

  • Pierwsza łyżeczka

    Już od kilku tygodni przybieraliśmy się do konfrontacji ze stałymi pokarmami. Pierwsze weekendowe próby z gotowaną marchewką były raczej nieudane. Długie przygotowania… i marny efekt. Więcej było naszego gotowania niż Marianki jedzenie. Największa trudnością nie było przełykanie ale raczej kontakt z łyżeczką. Bo przecież z butelki je się inaczej, wystarczy zassać i leci, szybko napełnia się brzuch. A tu coś wkładają do buzi, dziwne to i jeszcze jedzenie nie leci jak się possa tylko zlatuje samo na język 🙁

    Na chwilę odpuściliśmy i w ostatni weekend spróbowaliśmy z jedzeniem ze słoiczka. Zawsze chciałam karmić Manię swoimi wyrobami, ale tyle było z tym nerwów, że i na Nią też to wypływało. Postanowiliśmy, że do póki nie będą to posiłki większe niż łyżka stołowa będziemy korzystać z gotowców. Czasami potrzeba zrewidować swoje postanowienia dla dobra dziecka i własnych nerwów. Teraz na spokojnie mogliśmy podejść do kolejnych prób. I może właśnie dlatego, że byliśmy mniej zestresowani Marianka chyba „załapała”. Pierwszego dnia zjadła równowartość łyżeczki, a trzeciego już dwóch. Przede wszystkim zasmakowała w marchewce i widać była zadowolenie na buzi kiedy przyzwyczajała się do nowego sposobu jedzenie. Nie traktujemy tego jak prawdziwy posiłek lecz bardziej jak trening umiejętności jedzenie łyżeczką. Ale za jakiś czas… kto wie co będzie, Marianka już nie raz nas zaskoczyła.

    Ktoś mógłby powiedzieć „Czym się tu tak ekscytować?”. Niby niczym. dziecko, które ma 6,5 miesiąca już powinno jeść stałe pokarmy, ale Marianka ma tyle i nie ma tyle miesięcy. Nie wiedzieliśmy czy już jest gotowa na próby (3 miesiące skorygowane) i czy nie zaczynamy zbyt wcześnie. My tylko spróbowaliśmy, a Mania sama dała nam znak kiedy możemy działać. Właśnie tak jest z dziećmi, że często same dadzą nam znać, że są gotowe na następny krok. Oczywiście zawsze warto próbować i motywować je do nowości i rozwoju, ale nie zmuszać. Pokazać możliwości i dać szansę na podjęcie decyzji. Umożliwić aby instynkt sam zadziałał. Bo czy bym nie chciała aby Marianka przewracała się z pleców na brzuch? Chciałabym. Czy nie czekam aż sama będzie sprawnie sięgała po zabawki? Chciałabym. Ale nie zmuszę Jej do tego, a moje nerwy wcale nie pomogą. A co mogę? Pomagać jej, bawić się z nią, pokazywać jak to zrobić, czekać. I cieszyć się z małych sukcesów, że próbuje się przewracać – choć do jeszcze nie wie do końca jak to zrobić, że już trzyma przez chwilę grzechotkę i sięga do swoich ulubionych przytulanek. Bo tylko Mania i Jej organizm ostateczni zadecydują o postępach, a ja mogę tylko i aż pomóc.

  • Dlaczego warto pamiętać

    Dziś jest 1 sierpnia, niby zwyczajny poniedziałek a w pamięci wielu ludzi (choć może nie aż tak wielu jak by się chciało) ta data powoduje jakieś takie wzruszenie czy drżenie serca. Mówię oczywiście o kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Starsi ludzie o pamiętają o tym niesamowitym zrywie w walce o wolność i tym morzu krwi wylanym za tę wolność. Ludzie z mego pokolenia też myślę, że są świadomi wagi tamtych dni. Niestety coraz mniej młodych ludzi wie co wówczas się wydarzyło, a wręcz nie ma ochoty ani potrzeby wiedzieć o tym.

    Wczoraj podczas spotkania Papieża Franciszka z wolontariuszami mówił jak ważna jest pamięć, że trzeba rozmawiać z rodzicami i dziadkami aby przekazali oni historię swoich czasów i swego życia. Bo z tego co już było możemy czerpać dziś i jutro, bez tego co było wczoraj nie było by nas…

    Dlatego tak ważne jest rozmawianie z dziećmi o przeszłości. Historia rodziny i narodu daje nam podstawy – korzenie. Jeśli wiem skąd pochodzimy, łatwiej nam ustalić dokąd zmierzamy. Ta wiedza daje nam podstawy poczucia tożsamości, które jest jedną z podstawowych naszych potrzeb.

    Już dziś wiem, że moja Marianka będzie znała historię naszej rodziny i naszego kraju. Ale przede wszystkim nie z podręczników szkolnych, ale tę żywą historię pisaną prze ludzi wielkich i małych, znanych i zwyczajnych. Jak chcę to zrobić? Na razie mam kilka pomysłów, a z biegiem czasu z pewnością zrodzi się ich więcej. Przede wszystkim mam nadzieję, że Mania będzie miała okazję porozmawiać z moją babcią, która przeżyła wojnę i okupację. A jeśli nie to obejrzy nagrania wspomnień babci, które kiedyś zrobiła moja siostra. Marianka na pewno będzie uczestniczyła z nami we wszystkich uroczystościach rodzinnych – wesołych czy smutnych – tam spotka ludzi, którzy jej wiele opowiedzą o tym skąd się wywodzi. Zaprowadzę Ją na uroczystości patriotyczne, odwiedzimy miejsca pamięci, muzea, w rocznice wydarzeń historycznych będziemy o tym rozmawiać. Kiedy przyjdzie pora będzie sama rozprawiała o historii przy ognisku harcerskim. I będzie znała przeszłość swojej rodziny i narodu, aby mogła w przyszłości dokonywać dobrych wyborów i wiedział jak mocne ma korzenie.