Blog

  • Dzieciństwo naznaczone pracą

    Kiedy wspominam swoje dzieciństwo to poza przedszkolem czy szkołą większość czasu spędzałam na podwórku lub na wsi. Plac zabaw, boisko, trzepak… weekendy i wakacje u babci na wsi… Wolność, niezależność, zabawa… dzieciństwo. Kiedy byłam w ciąży z Marianką zdawałam sobie sprawę, że z pewnością nie będzie miała takiego dzieciństwa jak jak, ale bardzo chciałam aby korzystała z niego „pełną piersią”.

    Wiedzieliśmy z mężem, że oferta zajęć dodatkowych nawet dla maluchów jest ogromna, ale skłanialiśy się ku temu aby raczej z nich nie korzystać, ewentualnie z jakiś ruchowych w okresie jesienno – zimowym. Chcieliśmy pokazać Mariance przyrodę, jej bliskość i znaczenie… piaskownica, plac zabaw, rower, wspólne wycieczki… taki był nasz plan. Ale plany mają to do siebie, że nie zawsze dają się zrealizować. Kiedy Mania urodziła się 3,5 miesiąca za wcześnie (25tc) całe nasze życie stanęło na głowie… wiedzieliśmy, że dzieciństwo naszej córki zostanie naznaczone ogromną pracą, którą przyjdzie Jej wykonać.

    1

    O ile pierwszy rok, podczas którego głównie krążyliśmy pomiędzy specjalistami i rehabilitacją, a Marianka była dzieckiem lezącym nie był pod tym względem aż tak trudny, to potem zaczęły się schody. Półtora roczne dzieci przeważnie już biegają (bardziej lub mniej na chwiejnych nóżkach) po placu zabaw… a my w tym czasie jeździłyśmy na zajęcia terapeutyczne i rehabilitacje. Kiedy udawało nam się wyjść na plac zabaw nie było łatwo. Mania nie chodziła i nie była w stanie dotrzymać kroku rówieśnikom, a ciągłe pytania „Dlaczego jeszcze nie chodzi? Czy coś z Nią nie tak?” od dorosłych wcale nie pomagały. Na szczęście wtedy córeczka nie potrzebowała za bardzo jeszcze innych dzieci i mogłyśmy po prostu unikać największych skupisk „dzieciowo – rodzicielskich”.

    2

    Jednak w tym roku Marianka jest już bardzo świadoma – ma dwa i pół roku… chce się bawić z dziećmi i być jak One. To okres kiedy dziecięca aktywność skupia się na ruchu i tak poznają świat. Mania nadal ma problem z chodzeniem i bieganiem, ale za to komunikacyjnie bardzo jest do przodu – buduje zdania złożone i pomimo problemów z napięciem mięśniowym (buzia) i przodożuchwiem, jej głoski są zniekształcone lekko ale zrozumiałe. Chce bawić się z rówieśnikami i to bardzo, ale tu pojawiają się dwa podstawowe problemy 1) sporo zajęć terapeutycznych i rehabilitacyjnych 2) rozwój inny niż u rówieśników.

    3

    Kiedy większość dzieci wiosną i latem przebywa na podwórku my mamy jedno – dwa zajęcia dziennie i choć są one dostosowane do możliwości i wieku Marianki są bardzo męczące. Pomyślcie sobie, że nie radzicie sobie z czymś fizycznie i macie to przez 45 min ćwiczyć, a potem kolejną rzecz intelektualną też tyle samo. I choćby atmosfera była najfajniejsza i byście bardzo lubili osoby, z którymi to robicie to i tak będziecie wykończeni. Tak jest z Marianką. Bardzo lubi swoich terapeutów i zajęcia, które odbywają się naprawdę w atrakcyjnej dla maluchów formie… ćwiczą Jej mięśnie i mózg, wymagają skupienia. A potem wraca do domu i pod blokiem widzi dzieci bawiące się na placu zabaw. Bardzo chce do nich dołączyć pomimo zmęczenia. Jednak kiedy jest już na placu zabaw okazuje się, że Jej rówieśnicy biegają, wspinają się, skaczą… a Ona nie da rady, albo nie nadąża za nimi. W piaskownicy zaś siedzą maluchy i raczej sobie z nimi nie pogada. Oczywiście trochę generalizuje, bo są dzieci, które przez jakiś czas wspólnie się z Marianką pobawią. Starsze dziewczynki, które rozumieją że nie wszystko jeszcze potrafi też są dobrymi kompanami. Jednak czasami widzę, że Marianka obserwuje innych i zaczyna dostrzegać, że jest „inna”…

    4

    W tym roku bardzo odczuwam to, że chciałabym aby Marianka doświadczyła „normalnego” dzieciństwa i beztroski. Ale jak powiedziała jedna z mam „dla naszych dzieci, takie życie jest normalne”. Mo mimo wszystko ustaliłam sobie parę zasad, które powadziłam w nasze życie i na razie się sprawdzają. Wierzę, że mogą one pomóc nie tylko rodzicom dzieci niepełnosprawnych czy zaburzonych ale wszystkim.

    5

    Ważna jest zabawa

    Są zajęcia, z których nie możemy zrezygnować bo bardzo pomagają Mariance w rozwoju. Na każdym z nich dostajemy „zadanie do domu” – ćwiczenie jakiejś umiejętności. Staram się aby te zadania nie stanowiły podstawy w ciągu dnia. Zawsze tak planuję dzień aby Mania miała czas na zabawę swobodną czy to na placu zabaw czy w domu. Żeby była po porostu dzieckiem, zaś wszystkie „zadania” staram się zamieniać również na zabawę. Szukam takich sposobów aby Marianka nie czuła, że pracujemy nad czymś ale dobrze się bawiła. Ma dostęp do dużej ilości pomocy – zabawek, dzięki temu sama sobie dobiera ćwiczenia – zabawy, które chce zrobić. Dopiero w momencie kiedy nie ma pomysłu ja proponują Jej coś najbardziej potrzebnego do zrobienia. Nie mówię nigdy „choć poćwiczymy” tylko „choć pobawimy się”. Zawsze staram się Mani wygospodarować czas na zabawę swobodną bez mojego wsparcia.

    6

    Dobór zajęć

    O ile dzieci niepełnosprawne czy zaburzeniami rzeczywiście potrzebują dużego wsparcia to już pozostałe dzieci nie koniecznie. Warto zastanowić się czy i na jakie zajęcia maluchy powinny „chodzić”. Nawet przy terapiach i rehabilitacji zawsze radzę pomyśleć czy się nie dublują, albo jedna nie zawiera drugiej. W wielu przypadkach przestymulowane dziecko nie jest w stanie skorzystać z zajęć. Odczuliśmy to bardzo kiedy na koniec trzytygodniowego turnusu Marianka nawet na zajęciach grupowych (jak dla dzieci żłobkowych) płakała i nie była w stanie się bawić. Dlatego warto czasami coś przełożyć na inny termin – może późniejszy, albo w ogóle zrezygnować. Nie pomożemy naszym dzieciom przeładowując ich plan dnia.

    7

    Na wszystko jest czas i pora

    Dla mnie zawsze było jasne, że godzina zajęć ma znaczenie… ale również dzień tygodnia. Inaczej dzieci pracują w poniedziałek po weekendzie, inaczej w środę, a jeszcze inaczej w piątek. To samo tyczy się godzin w ciągu dnia. Oczywiście nalepie większość dzieci będzie w stanie się skupić w godzinach rannych ewentualnie po drzemce. Trzeba jednak pamiętać, że zmienia się to zarówno w ciągu pór roku jak i w toku rozwoju. Zajęcia angażujące intelektualnie warto zorganizować przed południem, a te ruchowe po południu. U dzieci szkolnych warto jednak zwrócić uwagę, że popołudniowych treningach będzie dla nich łatwiejsze na początku tygodnia niż na koniec. Na trudne zajęcia warto wybierać wtorek i środę kiedy jest najwięcej na nie sił.

    Oczywiście bez obserwacji własnego dziecka moje rady zdają się na nic.

    8

    Forma to podstawa

    Na szczęście w dzisiejszych czasach większość zarówno zajęć terapeutycznych jak i zwykłych dla dzieci prowadzonych jest w formie dostosowanej do ich potrzeb. Jednak nadal nie jest to standardem wszędzie. Dlatego warto sprawdzić czy terapeuta lub instruktor ma podejście do dzieci i stosuje formy pracy bazujące na zabawie. Tylko taka forma daje najlepsze rezultaty, dzieci chcą współpracować i korzystają z zajęć w pełni. Zajęcia nie powinny być też za długo. Skupienie u maluchów jest dość krótkie i trudno od nich wymagać aby przez godzinę w pełni były zaangażowane.

    9

    Dziecko wie lepiej

    Trzeba obserwować swoje dziecko, bo Ono wie najlepiej czy to wszystko ma sens. Nie mówię o „dniu lenia” czy buncie ale jeśli widzimy, że na terapii nie jest zaangażowane, nie nawiązuje kontaktu z terapeutą lub jest zmęczone to trzeba coś zmienić. Czasami pomaga zmiana dnia, godziny lub metody pracy. Jednak bywają sytuacje, że trzeba sprawdzić czy z inną osobą nie będzie się pracowało lepiej. Nie ma specjalisty który dotrze do każdego dziecka… i mówię to ja, która twierdzi, że nie ma dziecka, z którym nie nawiązałaby kontaktu 😉 – żarcik. A są też momenty kiedy trzeba po prostu zmniejszyć ilość zajęć w danym momencie.

    Inaczej trochę sprawa się ma z rehabilitacją… jest ona często nieprzyjemna i bolesna, a dla maluchów niezrozumiała. Tu płacz jest na porządku dziennym, może jednak pomóc metoda opisywania i szacunku, o której już kiedyś pisałam w odniesieniu m.in. do pielęgnacji. A rezygnacji z rehabilitacji nie polecam.

    10

    Rozwój naszego dziecka jest ważny i jeśli jest zaburzony to pierwsze lata życia są kluczowe. To wtedy najłatwiej „nadrobić”. Jednak nawet jeśli dzieciństwo naszych dzieci jest naznaczone ciągłą pracą, to nie możemy pozwolić aby przestały być po prostu dziećmi. Tego czasu nie da się cofnąć i trzeba koniecznie znaleźć równowagę między zajęciami a zabawą. Nie przeskoczymy pewnych rzeczy jeśli dziecko nie będzie miało możliwości pełnego rozwoju we wszystkich sferach. A swobodne poznawania świata, radość i bycie dzieckiem jest ważną częścią tego procesu.

    Życzę Wam i sobie abyśmy potrafili w dzisiejszym świecie i pomimo różnym przeciwnościom dać naszym dzieciom wspomnienia, emocje i wolność dzieciństwa, które ukształtują je na całe życie.

    11

    Dziękuję bardzo Niepublicznej Poradni Pedagogiczno – Psychologicznej ROZWIŃ SKRZYDŁA w Białymstoku za możliwość zrobienia zdjęć podczas zajęć terapeutycznych.

    Piękne zdjęcia do tego tekstu wykonała pani Kasia z Historie obrazkowe, która zaprasza na sesje zdjęciowe, a na hasło: Radość bycia rodzicem otrzymacie 20% zniżki

  • Uśmiech warty życia

    Wszyscy chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Czasami jesteśmy w stanie wydać ostatni grosz aby miały lepiej niż my, przeżyły więcej… Gdyby nie to, że z mamą bohaterki tego tekstu od dłuższego czasu utrzymujemy kontakt, rozmawiałyśmy o wielu trudnych sprawach… być może trudno byłoby mi uwierzyć w tę historię… Ale zacznijmy od początku.

    img_20180815_153934_203

    Nastolatka, pełna energii, pasji do jazdy konnej i życia zakłada aparat ortodontyczny. Niby nic, tysiące osób w różnym wieku codziennie to robi. Jedni są bardziej zadowoleni, inni mniej… ale jakoś idzie wytrzymać te kilka lat. Niby nic się nie dzieje, ale co kilka dni temperatura podskakuje Jej do 37 stopni – dwa, trzy dni, potem spokój i znowu. Ktoś powie cóż to jest 37 stopni… niby nic, zwłaszcza jeśli badania z krwi i moczu są ok. Tylko pewnego dnia ta nastolatka trafia na sygnale do szpitala a jej serce bije 30/10… lekarze są bezsilni. Dziewczyna też nie wie co się z Nią dzieje, a w rogu sali stoi „pan w ciemnym płaszczu, jakby podświetlony lampą od dołu”. Posiewy z punkcji lendzwiowej są czyste tak samo jak z krwi… zdrowy człowiek umiera na sepsę…

    img_20180815_153939_028

    Nikt nie wie co się dzieje, dopiero pani epidemiolog dostrzega związek aparatu ze stanem zdrowia dziewczyny i sama o drugiej w nocy zdejmuje go pacjentce. A potem tłumaczy rodzicom, co się stało. I choć wiedzą już, że każda rana w buzi jest śmiertelnie niebezpieczna to nie zmienia to faktu, że sespa czyni spustoszenie w organizmie ich córki. Tygodnie niepokoju, walki o każdy oddech i godzinę życia. Leki, urządzenia, tabuny lekarzy i studentów, którzy nie mogą uwierzyć, że coś takiego się zdarzyło. A jednak… Jest i cud, dziewczyna pomału odzyskuje siły i zwycięża sepsę. Jest jednak na tyle duża, że wie iż Jej życie nigdy nie będzie już takie samo. Walczy z zapaleniem wsierdzia, dostaje silne antybiotyki, które niszczą żyły. Jest świadoma, że uszkodzenia serca – ubytek między komorowy oraz uszkodzenia zastawki aortalnej nie miną… wie, że już nigdy nie wsiądzie na konia, nie pojedzie na zawodach (a miała w tym roku brać udział w Cavaliadzie), nie potańczy, nie pojedzie na koncert Eda Sherena do Warszawy… Co więcej nie pójdzie do szkoły (bo ryzyko infekcji jest za duże) – będzie uczyła się w domu z odroczonym wyrokiem – przeszczep czy operacja. Zero koleżanek, zakupów, wyjść na burgera czy innych takich nastoletnich rozrywek… Zabrano Jej wszystko… Na szczęście została Jej rodzina, która codziennie o Nią walczy… szuka rozwiązań, operacji laparoskopowej na sercu jakiegokolwiek sposób aby było lepiej aby żyła.

    img_20180815_153942_964

    Niby jest to jeden przypadek na milion, ale nie wiadomo kiedy zdarzy się powtórnie i komu. Co się dokładnie wydarzyło? Wystarczyła mała ranka w buzi przez która bakterie bytujące w jamie ustnej dostały się do krwioobiegu. Układ odpornościowy je ignoruje, bo to niby flora bakteryjna człowieka, ale ona pomału zabija. Bo wkrótce dociera do serca i czyni tam spustoszenie…

    Ten, krótki tekst powstał na prośbę mamy bohaterki… Prosiła aby przestrzec rodziców, aby uważać na rany w jamie ustnej, a jeżeli coś Was zaniepokoi u waszych dzieci nie dawać za wygraną. Nawet jeśli wyniki z krwi i moczu są dobre. W tym przypadku podwyższona temperatura 37 – była ostrzeżeniem, wystarczyłoby zrobić echo serca, wizyta u kardiologa a wynik tej walki mógłby być innym. Nie bójmy się szukać, bo odpowiedź na nasze niepokoje może uratować życie naszemu dziecku.

    PS: zdjęcia są prawdziwe, przekazane przez mamę bohaterki tekstu

  • Od słowa do zdania

    Dostaję wiele pytań jak to jest możliwe, że Marianka pomimo że zaczęła mówić kilka miesięcy temu, mówi już pełnymi zdaniami. Zdaję sobie sprawę, że 2,5 roczna dziewczynka, skrajny wcześniak z opóźnieniem mowy mówiący zdaniami może dziwić… ale tak naprawdę nie ma w tym żadnej tajemnicy… A może jednak?

    Po pierwsze 2,5 roczne dzieci powinny składać już prostsze lub bardziej złożone zdania i jet wiele takich, które to robi. Oczywiście wiele zależy od indywidualnych predyspozycji dziecka, ale też od tego jak je wspieramy. Mariance z pewnością pomogło, to że odkąd skończyła 1,5 roku mieliśmy regularne konsultacje u neurologopedy, ale to nie był czynnik najważniejszy. Bo… po drugie… dużo zależy od tego jak przygotowujemy dziecko do mówienia (o tym już pisałam kilkakrotnie). O ile wprowadzanie słów i opisywanie rzeczywistości jest czymś naturalnym u wielu rodziców, to już pomoc dzieciom w przejściu od słowa do zdania bywa trudniejsza. A tak naprawdę można to zrobić w prosty sposób w sytuacjach życia codziennego, podczas zabaw czy czytania książeczek.

    Jeśli mowa o książeczkach to oczywiście polecam Pucia (zwłaszcza „Uczy się mówić” i „Ćwiczenia z mówienia”), w którym autorka podpowiada jakie zadawać dzieciom pytania, uczy opisywania, poszerza słownictwo. Ale tak naprawdę każda książka, czy ta dłuższa czy krótsza, która opisuje wydarzenia na obrazku w zdaniach będzie pomocna. Niezastąpiona okaże się też „Czereśniowa” czy „Rok w..” i tego typu pozycje.

    Pomocne mogą być też gry, puzzle i układanki, które wcale nie muszą być typowo logopedyczne czy terapeutyczne. Kiedy Marianka była mała używaliśmy wielu kart obrazkowych m.in. od Kapitana Nauki, ostatnio wypróbowaliśmy pomysły dla starszych. Kilka pozycji bardzo przypadło Jej do gustu, a jak się okazało idealnie pomagają uczyć się mówić zdaniami.

    zwierze

    Proste puzzle dwuelementowe „Znajdź zwierzę” nie tylko ćwiczą koordynację i spostrzegawczość ale też zachęcają do opowiadania. Zaczynamy od zadawania pytań i sami na nie odpowiadamy: „Gdzie pasuje biedronka?”, „Gdzie się schowała?”, „Tak, biedronka schowała się w trawie”. Przy kolejnym zwierzątku pozwalamy już odpowiedzieć dziecku, większość oczywiście odpowie jednym wyrazem. Wtedy my powtarzamy „Tak, schował się…”, pokazujemy w ten sposób wzorzec zdania. Niektóre dzieci przy pierwszej zabawie będą w stanie powiedzieć proste zdanie, inne dopiero po kilku razach. Ważne aby wszystko działo się w przyjemnej, niewymuszonej atmosferze, nastawionej na zabawę. Aby pytania nie były natarczywe, jeśli dziecko nie chce odpowiedzieć, zróbmy to sami. Maluchy uczą się przez naśladownictwo i często muszą wzorca wysłuchać kilka razy aby powtórzyć, a potem po kolejnych kilki – kilkunastu razach mogą zdanie rozwijać.

    co-pasuje

    Inną propozycją jest układanka „Co pasuje?”, która jest już trójelementowa. Tu zadaniem dziecka jest do środkowego puzzla „kompletnego” dołączyć dwa inne, zawierające występujące na nim elementy. Przy tej zabawie ćwiczymy spostrzegawczość ale też analizę i syntezę. Możemy zarówno zapytać dziecko „Co robią świeczki?” (oczywiście patrząc na środkowy obrazek) – „Świeczki stoją na torcie”, ale również dopytywać o szczegóły „Gdzie stoi tort?” lub patrząc na pierwszy i drugi obrazek „Czego brakuje na pierwszym torcie?” – „Na torcie brakuje świeczek”. Zasada jest taka sama jak przy pierwszej zabawie. Najpierw sami odpowiadamy na pytania lub jeśli dziecko odpowiada jednym wyrazem, potwierdzamy i budujemy zdania. Nigdy maluch nie powinien usłyszeć „Źle, powiedz całym zdaniem”. Dlatego, że dla niego „całe zdanie” nic nie znaczy, a po drugie nie chodzi nam o wytresowanie dziecka a naturalną naukę przez przykład i to w trakcie zabawy. Każda, nawet najfajniejsza zabawa przestaje być fajna, kiedy jesteś strofowany.

    loteryjka

    Ostatnią moją propozycją jest gra „Loteryjka – Świat”, przeznaczona w sumie dla dzieci 3+, ale dla młodszych dzieci też się świetnie sprawdzi pod warunkiem, że potraktujemy ją jako układankę a nie grę. Marianka uwielbia dopasowywać postacie i przedmioty do ich „środowiska”. Ćwiczy spostrzegawczość, poszerza wiedzę o otaczającym świecie i uczy (choć nie nazywamy tego tak przy dzieciach) pojęcia zbiór. Zaczynamy od prostych rzeczy „Gdzie to pasuje?”, potem możemy pytać „Co on/ to robi?”, a na końcu opowiedzieć co dzieje się na całym obrazku. Na początku dziecko słucha, potem przyłącza się do nas dopowiadając pojedyncze słowa „Pan prowadzi psa na… spacer”, „Bałwan jest… zimny”, itp. Za każdym razem możemy wskazywać na więcej szczegółów i wyszukiwać powiązania między osobami/ przedmiotami na obrazku. W ten sposób możemy po prostu uatrakcyjnić zwykłą grę i stworzyć z niej świat niczym z ulicy Czereśniowej (o której książki notabene również polecam bardzo).

    Tak naprawdę, każdą grę czy układankę, książkę z obrazkami możemy podobnie wykorzystać przy przechodzeniu „od słowa do zdania”. Ważne aby była to dobra zabawa, naturalne podejście i brak tak zwanej „spiny”. Bo my możemy jedynie wspomóc dziecko w rozwoju jego mowy, ważna jest oczywiście gotowość. Jeśli jednak pomimo naszych starań nasz maluch nadal używa jedynie kilku prostych wyrazów zawsze warto udać się na konsultację do logopedy specjalizującego się w młodszych dzieciach lub do neurologopedy. Bo łatwo przegapić czasami prostą rzecz, która przeszkadza naszemu dziecku w dalszej nauce mówienia, a Jej znalezienie może zaoszczędzić wielu frustracji i nam i naszemu Maluchowi.

    Bawcie się dobrze i wykorzystujcie różne sytuacje aby zaprosić dzieci do świata „zdań” 😉

  • Układanka lewopółkulowa

    Niedawno zaczęliśmy przygodę z układanka lewopółkulową od Blue-sky
    Już jakiś czas się nad nią zastanawiałam, ale kiedy jedna z cioć chciała Mariance kupić coś fajnego w prezencie, na dłużej i rozwojowego od razu pomyślałam właśnie o tej układance.
    Szczerze to trochę się obawiałam czy Marianka będzie tak zadowolona jak ja, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczona.

    Ale do rzecz. Prosta układanka, w której trzeba włożyć kolorowe kulki do dziurek wg schematu… Ale właśnie w prostocie jej siła. Nie tylko jest to kwestia koordynacji oko – ręką, dokładności, ćwiczenie malej motoryki, rozpoznawanie kolorów ale też przygotowanie do czytania i pisania. Zasada jest prosta układamy od lewej do prawej, najpierw górny rząd, potem dolny. A przecież właśnie wg tego schematu czytamy i piszemy.

    kulki

    Zestaw, zawiera kołeczki i różnokolorowe gumki, które pozwalają tworzyć geoplany. Zalaminowane schematy umożliwiają prace odtwórczą jak i twórczą (dzięki możliwość użycia zmywalnych piasków). Mariance spodobało się też tworzenie własnych schematów na szablonie z rzepami.

    geoplan
    Układanka umożliwia prace i zabawę na lata. Dzięki niej możemy uczyć figur, kolorów, liczb… Ogranicza nas tylko fantazja ?

    rzepy

    My zamówiliśmy zestaw na osiem otworów, są również mniejsze na 4 i o wiele większe. Dostępne są też wkręty oraz figury. A z tego co twórca układanki pisze na FB szykują się też jeszcze nowości.
    Myślę, że to nie ostatnia pomoc z Blue-sky która pojawi się w naszym domu. To doskonała zabawa, nauka a dla nas też pomoc terapeutyczna… Już nie mogę doczekać się tworzenia własnych pomysłów.

    Szczerze polecam 🙂 i Marianka też.

  • Podróż z maluchem

    Podróż z niemowlakiem czy kilkulatkiem to zawsze spory wysiłek… zwłaszcza organizacyjny. Przede wszystkim przy pierwszych wyprawach wakacyjnych trudno nam się jest zdecydować gdzie i na jak długo wyjechać. Tekstów na ten temat jest co niemiara. Ja postanowiłam spojrzeć na podróż z maluchem oczywiście od strony dziecka.

    W codziennym życiu, a więc i w podróży najważniejsze dla dziecka jest bezpieczeństwo. Zarówno te związane z jego fizycznością jak i psychiką. O te pierwsze tak naprawdę nie jest trudno zadbać, trzeba tylko pamiętać o kilku rzeczach.

    Jeśli podróżujemy samochodem to pamiętajmy, że pozycja dziecka w foteliku, zwłaszcza niemowlaka, nie jest jego naturalna ani do poznawania świata ani tym bardziej do spania. Oczywiście odpowiednie foteliki i ich profilowanie dają pewne poczucie komfortu, ale zastanówmy jak my się czujemy uwięzieni w jednej pozycji przez długi czas. Róbmy więc częste postoje na wyjęcie dziecka i zmianę pozycji, im dziecko młodsze tym częściej. Nawet jeśli podróżujemy w nocy spanie wiele godzin w foteliku może być nie tylko niekomfortowe ale też niebezpieczne. Dziecko nie jest ułożone naturalnie, mogą pojawić się kłopoty z oddychaniem. Warto obserwować dziecko właśnie zwłaszcza podczas snu. Nie wspomnę o tym, żeby karmić maluch właśnie na postojach a nie w czasie jazdy, bo jeśli się zakrztusi ciężko będzie nam mu pomóc.

    Jeżeli podróżujecie pociągiem czy samolotem tu sytuacja jest nieco inna bo dziecko nie musi cały czas siedzieć w jednej pozycji. Warto jednak przygotować się na to, że jednak nie będzie miało możliwości przemieszać się w nieograniczony sposób. Warto pomyśleć o czymś co zajmie dziecko. My zawsze mamy ze sobą zestaw ulubionych książeczek czy zajmującą zabawkę. Ze starszakami można pograć w gry typu „Moim bystrym okiem widzę” czy szukanie kolorów, kształtów. W momencie hamowania pociągu czy nagłej turbulencji w samolocie bezpieczniej jest kiedy dziecko jest przy rodzicu a nie uskutecznia poznawania środka transportu przez spacer.

    A co jeśli chodzi o poczucie bezpieczeństwa psychicznego? Tu musimy pamiętać, że wszem najbardziej bezpiecznie dzieci się czuja dzięki relacji i więzi z rodzicami, ale zmiana miejsca też może mieć na Nie wpływ. Warto pamiętać o zabraniu ze sobą ulubionej zabawki, kocyka czy podusi. Ja zawsze staram się zabrać ze sobą poduszkę i kołderkę córeczki, bo nie tylko wizualnie są dla niej znane, ale też ich dotyk i zapach przypomina dom i kojarzy się z bezpieczeństwem. O ile starsze dzieci mogą być zachwycone nowym miejscem i atrakcjami, to właśnie noc w innych warunkach niż domowe mogą nastręczać problemy. Czasami właśnie odpowiedni zapach czy struktura tkaniny pomaga poczuć się bezpiecznie i spokojnie zasnąć.

    Problematyczne dla dzieci może być też jedzenie w nowym miejscu. Maluchy czasami nie rozumieją, że są poza domem i nie mogą zjeść w swojej ulubionej miseczce czy wypić ze swego kubeczka. Jeżeli podejrzewacie, że Wasze dziecko może tak zareagować lub prostu macie możliwość zabrania ze sobą tych rzeczy – to weźcie. Nowe miejsca są stresujące, po co to potęgować. A przecież nie chcemy aby byle talerzyk sprawił, że nasz maluch odmówi jedzenia przez kilka dni.

    Starajmy się pomimo wszystkich nowości i atrakcji zapewnić naszym dzieciom namiastkę domu, aby czuł się bezpiecznie i mogły w pełni skorzystać z wyjazdu. To właśnie wcześniejsze przemyślenie sfery bezpieczeństwa może sprawić, że nasze wakacje (i nie tylko) będą spokojniejsze i będziemy je miło wspominać.

  • Wózek dla chłopca – samochód dla dziewczynki

    Czasy się zmieniają. Dziś czymś normalnym jest widok kobiety za kierownicą samochodu (choć nadal poddaje się często nasze umiejętności w tym względzie w wątpliwość). Coraz częściej widzimy też mężczyzn spacerujących z wózkiem i to nie tylko od święta. Tradycyjny podział ról zmienia się czy tego chcemy czy nie. Jednak co przystoi dorosłym dzieciom jest już zabraniane. A mowa tu o przysłowiowym samochodzie i wózku.

    I to i to ma cztery koła, można w nim wozić pasażerów… a jednak jeśli myślimy o tych zabawkach od razu przyporządkowujemy do tradycyjnego podziału chłopiec – dziewczynka. Czy naprawdę problemem jest kiedy chłopiec bawi się wózkiem i lalką, a dziewczynka wybierze samochód czy narzędzia?

    Oczywiście nie same zabawki są problemem ale głębsze przekonanie, że wybierane przez dzieci rzeczy do zabawy mają znaczenie… w ich przyszłych upodobaniach seksualnych. Zwłaszcza jeśli chodzi o chłopców bawiących się „dziewczyńskimi” zabawkami presja społeczna jest bardzo silna. A przecież to, że maluch sięga po lalki wcale nie oznacza, że będzie homoseksualistą. Osobnym tematem jest akceptowanie dziecka takim jakim jest, z jego upodobaniami i orientacją seksualną.

    Sytuacja wygląda następująco: chłopiec sięga po wózek lub lalkę siostry czy koleżanki i słyszy „zostaw, to dla dziewczynek”. Zwłaszcza w głowach wieli tatusiów rodzi się obawa „co z niego wyrośnie”. Ale zastanówmy się dlaczego tak się dzieje. Po pierwsze dzieci w pewnym wieku nie różnicują w ogóle płci. Nadal myli im się kto jest chłopcem, a kto dziewczynką, mówiąc o sobie mylą rodzaje. To normalne. Dlatego dla nich zabawka to po prostu zabawka. A w co najchętniej bawią się dzieci? W naśladowanie życia dorosłych. Więc jeśli na co dzień widzą dorosłych spacerujących z wózkiem czy opiekujących się dziećmi to w zabawie robią dokładnie tak samo. Dlaczego więc chłopiec nie miałby odwzorowywać opiekuńczego i kochającego ojca? Lub wręcz jeśli jego własny tata nie jest tak otwarty, a widzi innych tatusiów zajmujących się dziećmi może chcieć spróbować jak to jest. Dla dziecka to po prostu zabawa. Nie mówiąc już o tym, że wózek dla lalek nadaje się idealnie do wożenia klocków czy urządzania nim wyścigów, bo jest większy niż resoraki. U dziewczynek sytuacja wygląda podobnie, choć może nie jest tak nasilona.

    Bardzo często już od najwcześniejszych miesięcy życia kupujemy zabawki w kolorach chłopiec – dziewczynka. Potem wybieramy takie, które przynależą danej płci. Ale przecież wszystkie zabawki mają na celu zabawę. I jeśli jakiejś nie ma w domu to kiedy tylko dziecko zobaczy ją u kogoś innego chce wypróbować. A w dodatku zakazany owoc lepiej smakuje 😉

    Zabraniając dzieciom bawić się „wszystkim” wkładamy je do „starego” podziału ról. A przecież świat, w którym żyją już tak nie wygląda. Panowie świetnie gotują, zajmują się domem i dziećmi, nie tylko pomagają ale wspólnie z kobietami dzielą się obowiązkami. Panie pracują, podróżują, zdobywają świat… Mówimy naszym dzieciom „możesz zostać kim zechcesz” ale pokazujemy zupełnie co innego.

    Wiem, że temat dla wielu osób nie jest łatwy, bo trudno wyzbyć się czegoś co wpajano nam od zawsze. Nie chodzi mi o to aby wywoływać brzę i grzmieć na temat gender. Ja po prostu namawiam aby pozwolić dzieciom być dziećmi i się bawić. Nie raz i nie dwa wdziałam pracując w przedszkolu jak chłopcy wbiegali do sali i chcieli bawić się wózkiem, lalkami, kołyską czy kuchenką… a z kolei dziewczynki wyrywały sobie ulubiony samochód lub spierały się, która pierwsza wjedzie nim do garażu. To tylko zabawy, które ni jak nie wpłyną na przyszłą orientację seksualną naszych dzieci.

    Kochajmy nasze dzieci takimi jakie są, pozwólmy im być dziećmi i bawiąc się poznawać świat takim jakim jest. Bo jeśli teraz im tego zabronimy, to nie oczekujmy, że w dorosłym życiu będą inne niż tego od nich chcieliśmy.

  • Najdzielniejsze matki świata

    Część z nich nigdy nie usłyszy słowa „mama” od swego dziecka… nie zobaczą jak dziecko biega, poznaje świat, cieszy się życiem. Inne codziennie zmagają się z odmiennym postrzeganiem świata przez swoje dziecko. Większość spotyka się ze współczuciem, ale równie często z niezrozumieniem. Mamy dzieci ciężko chorych, upośledzonych, obciążonych nieuleczalnymi schorzeniami… Najdzielniejsze Matki Świata.

    Współpracuję z rodzicami prawie 20 lat, prze ponad połowę tego czasu doradzam im… ale tak naprawdę dopiero kiedy urodziła się Marianka i na własnej skórze dowiedziałam się czym jest walka o życie dziecka zrozumiałam najwięcej. My wygraliśmy walkę i zmierzamy malutkimi kroczkami ku pełnej sprawności. Ale przez te ostatnie dwa lata, przebywając w środowisku dzieci niepełnosprawnych i ich rodziców widzę czym jest rodzicielstwo w najgłębszym tego słowa znaczeniu.

    Kiedy kobieta jest w ciąży, wyobraża sobie jak to będzie, marzy o tych wspaniałych chwilach macierzyństwa… a czasami myśli czy podoła nocnym wstawaniom, pieluchom, itp. Nie jest łatwo, ale dzieci wyrastają z tego. Są jednak wśród nas mamy, które z tym etapem nie pożegnają się nigdy. Te kobiety też miały marzenia, pracę zawodową, plany, hobby. Kiedy okazało się, że ich dziecko jest bardzo chore straciły to wszystko.

    Większość z nich bez zastanowienia zostawiło swoje dotychczasowe życie i poświęciło się macierzyństwu. Bo to jest ogromne poświęcenie, codzienna walka, o której często wiadomo, że się jej nie wygra. Opieka nad dzieckiem 24 godzinę na dobę i poczucie winy, że chce się od tego czasami odpocząć. Często godziny i całe dnie spędzone w czterech ścianach z dzieckiem, bo tata musi pracować. Brak kontaktu ze znajomymi – bo nie wiedzieli jak pomóc, jak rozmawiać, bo choroba przeraża. Pieluchy i karmienie nie tylko kilku ale też kilkunastolatka… Żebranie o pomoc… bo inaczej nie można tego nazwać. Myślicie, że tak łatwo prosić o 1%, chodzić po urzędach i starać się o rehabilitacje, turnusy i pieluchy? Zapewniam Was, że tak nie jest. Uwierzcie mi, te matki wolały by chodzić do pracy na 10 godzin i zarobić na utrzymanie siebie i dziecka… gdyby tylko ono było zdrowe.

    Prowadząc Fundację Mali Wojownicy nie raz słyszałam od mam (bo w większości to one zajmują się dziećmi, choć nie zawsze), że oddały by całą pomoc którą otrzymują, wszystko aby tylko ich dziecko było zdrowe i miało szansę na samodzielne życie. Ja jeszcze do niedawna nie wiedziałam czy Marianka poradzi sobie kiedy w życiu beze mnie. Nie mogłam przez to spać… dziś wiem, że da radę, bo intelektualnie rozwija się w miarę prawidłowo, a rozwój ruchowy, pomimo opóźnień, też jest na dobrej drodze. Ale ile jest matek, które wiedzą, że po ich śmierci ich dziecko będzie skazane na… no właśnie nie wiadomo na co.

    Czy zdawaliście sobie sprawę, że te kobiety nawet kiedy raz na kilka miesięcy (a często rzadziej) mają możliwość wyjścia na kawę bez dziecka mają poczucie winy… i czują się osądzane (a właściwie są osądzane). Bo skoro zbiera 1% dla dziecka to dlaczego pije tę przeklętą kawę, kupuje sobie kosmetyk lub maluje włosy? Dlaczego mając chore dziecko ma prawo się uśmiechać, cieszyć czy marzyć o tygodniowym pobycie nad morzem lub na Mazurach. Bo my mamy do tego prawo, a One nie… A przecież i tak tego nie sfinansują z darowizn czy 1%, bo te fundusze są drobiazgowo rozliczane (wiem to od strony Fundacji). Bo tak łatwo jest oceniać. Przecież jeśli rodzina z niepełnosprawnym dzieckiem zmieni samochód to na pewno z tych pieniędzy „od nas”… co oczywiście nie jest prawdą.

    A te spaniałe kobiety pomimo wszystko nadal walczą… choć wiedzą, ze walkę przegrają. I cieszą się z najmniejszych sukcesów, uśmiechu, przytulaska czy przespanej nocy… pierwszej od kilku miesięcy. To mamy dzieci upośledzonych, uwięzionych w swoim ciele, dzieci ze spektrum autyzmu, zaburzeniami… To najdzielniejsze mamy świata… z których większość nie dostanie dziś laurek… ale które doceniają swoje macierzyństwo najbardziej.

    Kochane, nie ważne czy Wasze dziecko ma kilka miesięcy, kilka lub kilkanaście lat… lub trzydzieści… może to niewiele, ale podziwiam Was niesamowicie i w imieniu wszystkich dzieci, które nie są w stanie tego powiedzieć, ale okazują Wam to po swojemu, mówię Wam „dziękuję”

  • Jak przygotować się do przedszkola/ żłobka

    Dni są co raz dłuższe, słońce świeci coraz mocniej, a po deszczu czuć zapach wiosny… Wielu z nas z utęsknieniem spogląda na kalendarz i zbliżające się wakacje, urlopy. Jednak jest wśród nas spora grupa osób, która patrzy jeszcze dalej… na nadchodzącą jesień i dzień w którym ich dziecko po praz pierwszy pójdzie do przedszkola czy żłobka. Jak i kiedy zacząć się do tego przygotowywać? Czy trzy i pół miesiąca to mało czy dużo?

    Moja odpowiedź jest prosta… To dobry moment aby przygotować siebie i dziecko do nowych wyzwań i nowego miejsca. Celowo napisałam „siebie” jako pierwsze bo to nasze – rodziców nastawienie i przygotowanie ma kluczowe znaczenie w tym jak nasze dzieci będą wkraczały w świat żłobka czy przedszkola. Wielu z nas ucieszyło się kiedy otrzymało informację, że dziecko będzie przyjęte do placówki, ale jestem też pewna, że wielu też zadrżało z obawy… jak to będzie. A będzie różnie. Każdy z nas kiedy jest w nowej sytuacji może czuć się nieswojo, a co dopiero kilkulatek. Pomyślcie o tym co sprawia, że czujecie się pewniej w nowej sytuacji, jak się do tego przygotowujecie? A później to zróbcie. Po pierwszą rzeczą, która utrudnia szybką adaptację dzieciom, w dużej mierze jesteśmy my – rodzice.

    Dzieci są naszym barometrem i szybko uczą się wyczuwać nasz nastrój. Nie potrzeba słów aby wiedziały jak się czujemy. Dlatego zanim zaczniemy mówić dzieciom jak fajnie będzie w nowym miejscu sami się do tego przekonajmy. Oczywiście nie oznacza to, że w ogóle mamy się nie przejmować, ale warto nie panikować. Ja wiem, że dzieci tak szybko rosną i nie wiadomo kiedy stały się już duże. Ale takie jest życie, aby móc normalnie funkcjonować w dorosłości muszą nauczyć się zasad panujących w grupie, współżycia z innymi. Podjęliśmy już decyzję, że nasze dziecko będzie chodziło do żłobka lub przedszkola i tego się trzymajmy. Przecież wybraliśmy najlepszą naszym zdaniem placówkę (o tym jak to zrobić już pisałam), dlatego zaufajmy sobie i dziecku, że będzie dobrze. Bardzo ważne jest aby maluch czuł, że wierzymy w Jego możliwości. Wtedy dużo łatwiej będzie mu zmierzyć się z nowymi wyzwaniami.

    Co zatem warto zrobić przez te 3,5 miesiąca aby nasze dziecko było gotowe na TEN dzień? Na co zwrócić uwagę?

    Plan dnia

    Zawczasu warto zorientować się jak wygląda plan dnia w przedszkolu czy żłobku i skonfrontować go z naszym domowym. Najbardziej należy zwrócić uwagę na porę leżakowania oraz godziny posiłków. Nie zawsze są one takie jak u nas w domu. Warto pomalutku przestawiać dziecko na przedszkolne/ żłobkowe godziny, włącznie z porą wstawania, która będzie nam potrzebna we wrześniu. Nie zostawiajmy tego na ostatnią chwilę. Warto zorientować się czy w placówce obiad jest podawany dwa dania wspólnie czy jest dzielony. Niektórym dzieciom wiele czasu zajmuje przestawienie się na zupę i drugie danie jedno po drugim. Jeśli w jadłospisie często pojawiają się jakieś dania naszym dzieciom nie znane warto je wprowadzić w domu, aby miały potem łatwiej

    Moje rzeczy

    Warto wcześniej dowiedzieć się jak w placówce jest z przynoszeniem zabawek i przytulanek. Wiadomo, że ukochany miś czy kawałek kocyka dodaje odwagi, ale jeśli w przedszkolu/ żłobku wolą aby ich nie przynosić (coraz mniej jest takich miejsc) to warto do tego przygotować dziecko.

    Każdą nową rzecz, którą dziecko będzie używało w przedszkolu trzeba mu pokazać i wypróbować. Nowa pościel czy pidżamka najlepiej jak będą przetestowane w domu. Kiedyś chłopiec nie chciał się przebrać na leżakowanie bo twierdził, ze to nie jego pidżamka… mama włożyła do worka nową bez pokazania mu jej wcześniej. To samo tyczy się ręcznika, szczoteczki, worka czy kapci na zmianę. Po co powodować dodatkowy stres u dziecka. Jeśli będzie znało swoje rzeczy, dadzą mu one poczucie bezpieczeństwa.

    Pielucha i smoczek

    O ile nie są problemem w żłobkach to już przedszkolak z „pampersem” czy smoczkiem nie robi najlepszego wrażenia. Wiosna i lato są najlepszym momentem na naturalne odpieluchowanie dzieci. Ładna pogoda i dużo czasu spędzanego na świeżym powietrzu służy pożegnaniu się z pieluszkami. Problem smoczka wprawdzie dotyczy już bardzo małej ilości przyszłych przedszkolaków, ale jeśli wasze dziecko jeszcze nie pożegnało się z ulubionym „mońkiem” to trzeba to zrobić już dziś. Im starsze dziecko tym bywa ciężej, a rozstanie ze smoczkiem nie może kojarzyć się z pójściem do przedszkola, bo wówczas to ono będzie winione za to.

    Pozytywne nastawienie i mówienie

    Jeśli jest taka możliwość to warto skorzystać z jak największej ilości dni adaptacyjnych w przedszkolu. Warto czytać książeczki na ten temat, chodzić na spacery w okolice przedszkola czy żłobka. Jeśli dzieci z placówki korzystają z otwartych placów zabaw to warto aby nasze dziecko bawiło się tam w tym samym czasie. Będzie mogło poznać panie, starsze dzieci, ale też zasady jakie panują w grupie.

    Oczywiście należy jak ognia unikać (zakazać również ich używania rodzinie) typu „pójdziesz do przedszkola to Cię tam nauczą”, „skończyła się laba”, „w przedszkolu będziesz musiał to robić”. Nikt za nas nie wychowa naszych dzieci, więc jeśli my ich nie nauczyliśmy dobrego zachowania nie straszmy ich przedszkolem czy żłobkiem. Bo mogę Was zapewnić, że dzieci w placówce są w stanie opanować nowe zasady, ale w wielu przypadkach w domu nadal pozostają takie jak były.

    I tak na zakończenie… dzieci dorastają czy tego chcemy czy nie. Moim ulubionym określeniem jest, że „są one wędrowcami, którzy tylko pytają o drogę”. My wskazujemy tę drogę, opiekujemy się przez pewien czas, ale to wszystko od dnia narodzin prowadzi do usamodzielnienia się i dorosłości. Żłóbek czy przedszkole to dopiero jeden z pierwszych etapów.

  • Mrówki, ślimaki i inne żuczki

    „Zostaw tego robaka! Coś ty znowu znalazł! Nie znoś mi tego paskudztwa!”. Zdarza mi się słyszeć takie wypowiedzi od mam lub innych osób zajmujących się maluchami. Kilkulatek z zapałem obserwuje mrówki czy próbuje pogłaskać żuka, a dorosły nie jest tym zachwycony…

    Wiosna w pełni, coraz więcej czasu spędzamy z dziećmi na świeżym powietrzu. Aura sprzyja spacerom, zabawom na placu zabaw czy dalszym wyprawom. To doskonały czas aby nasze dzieci nie tylko były na świeżym powietrzu ale też doświadczyły przyrody na „własnej skórze”.

    Kiedyś pisałam już o zbawiennym wpływie natury na dzieci wychowane w wirze cywilizacyjnym. Nie zawsze jednak możemy spędzić dwa tygodnie w lesie czy choćby weekend co kilka tygodni. Nasze dzieci często same odkrywają, że przyroda otacza nas z każdej strony nawet w dużym mieści. Mrówki, robaczki, żuczki… ale też ptaki, rośliny otaczają nas niezmiennie od lat. Jednak wielu z nas nie zwraca na nie uwagi. Bo niby po co? Łatwiej albo w ogóle nie zwracać na to wszystko uwagi lub skupić ją na bardzie „edukacyjnych” sprawach. A właśnie wiosna i lato sprzyjają praktycznej edukacji przyrodniczej oraz uwrażliwianiu naszych dzieci, nauki empatii i zainteresowanie środowiskiem, w którym żyjemy. Jak to zrobić?

    Po pierwsze nie przeszkadzać 🙂 Kiedy maluchy obserwują, pokazują nam lub dotykają tego wszystkiego co jest wokół nas warto czuwać nad bezpieczeństwem ale nie ingerować kiedy nic się nie dzieje. Przecież to, że dziecko weźmie dżdżownicę do ręki nie oznacza od razu konieczności dezynfekowania wszystkiego wokół. Ale już branie rzeczonej dżdżownicy do buzi nie jest dobrym pomysłem. Czemu nie pozwolić maluchowi pogłaskać trawy czy też położenia się na niej? Warto oczywiście zwrócić uwagę czy nie jest ona upstrzona kupami 😉 Wszechstronny i harmonijny rozwój naszego dziecka nie może obyć się bez tego typu doświadczeń. Nie wystarczy zawieść malucha raz na jakiś czad do zoo (choć oczywiście jest to fajne), przyrody trzeba doświadczyć.

    Kiedy dziecko „powinno” się zainteresować tego typu doświadczeniami? Oczywiście im wcześniej tym lepiej, ale nic na siłę. Odbędzie się to naturalnie jeśli od wczesnego dzieciństwa my również będziemy zwracali uwagę na to. Na spacerach warto zwracać uwagę dziecka „wózkowego” na drzewa, krzewy czy ptaki. Jeśli jest taka możliwość niech dotknie liści, gałązek… nie pędźmy, postójmy chwilę obserwując gołębie czy inne ptaki. Kiedy rano wychodzimy słychać śpiew ptaków zatrzymajmy się i posłuchajmy. Sami pokażmy, że pod naszymi nogami jest życie… obserwujmy pracowitą mrówkę, która niesie ziarenko większe od niej… pająka tkającego sieć, czy motyla który siada na kwiatek.

    To wszystko wymaga od nas tylko chwili zatrzymania się i uwagi. A jeżeli pokażemy dziecku ten piękny świat, to życie dziejące się między blokami, w parku czy na skwerze damy mu ogromny dar wrażliwości i uważności. Tego nie da się wypracować w zamkniętym domu, na najlepszym materiale edukacyjnym, choćby nie wiem jak był atrakcyjny i profesjonalny. Nie zmarnujmy tego letniego czasu. Zabawy domowe, prace plastyczne i inne aktywności możemy zostawić sobie na wieczory, gorszą pogodę czy przeziębienie. Zmieńmy nasze spacery czy zabawę na placu zabaw w wielką przygodę przyrodniczą. Nie zmuszajmy tylko pokażmy, że nie jesteś sami. Dzieciństwo przeminie… teraz jest najlepszy czas na mrówki, ślimaki i żuki… teraz bez martwienia się o czyjąkolwiek opinie jest czas na głaskanie kwiatków, przytulanie się do trawy czy całowanie drzewa… Bo kiedy nasze dzieci podrosną będzie im trudniej swobodnie być częścią przyrody jeśli nie poczują z nią więzi teraz.

    Bajka, laptop, komórka czy tablet nie uciekną i nigdy nie zastąpią żywego kontaktu z naturą… za to ona… jest w stanie dać nam dużo więcej niż nam się wydaje.