Blog

  • Boli… a kogo bardziej?

    Część z Was może pamięta, że Marianka ma z tyłu na szyjce naczyniaka. Przez dłuższy czas powiększał się. Kiedy ten proces się zakończył (jeszcze na oddziale wcześniaków) lekarze po konsultacji z chirurgiem postanowili rozpocząć podawanie laków. Plan jest taki, że naczyniak ma się wchłonąć aby nie trzeba było go usuwać zabiegowo. Wszystko pięknie, ładnie. Marianka dobrze reaguje na lek, badania kontrolne są pozytywne, pani chirurg po dzisiejszej wizycie zadowolona z postępów.
    Jednak dodatkowy problem rozpoczął się kilka dni po rozpoczęciu podawania leku – kiedy naczyniak zaczął na niego reagować i zaczął stawać się bardziej miękki. Do tej pory był „naprężony”. Już w UDSK okazało się, że zmiany, które w nim zaszły spowodowały, że zaczął się obcierać o szyjkę i główkę Mani. Przez to, że jest teraz „flakowaty” powstały na nim otarcia wręcz ranki. Po konsultacji na oddziale z panią chirurg dostaliśmy maść do smarowania, a przemiłe panie pielęgniarki wymyśliły jak zakładać opatrunek aby zabezpieczyć ranki. Nie będę już opisywała jak problematyczne po wyjściu kazało się znalezienie odpowiednich w kształcie gazików (ale od czego są wspaniali ludzie, którzy bezinteresownie pomagają w potrzebie – Dziękuję!). Maść była wspaniała i szybko pomogła, ale też jej termin przydatności skończył się 7 dni po wyjściu. Lekarz pierwszego kontaktu nie mógł wypisać nowej, bo na tej nie było składu. Więc musieliśmy czekać do dzisiejszej wizyty u chirurga.
    To wszystko jest jednak betką. Nasza Marianka jest niezmiernie ruchliwa i to co udało się zagoić po wyjściu ze szpitala, szybko się odnowiło. Już od kilku dni marudziła kiedy kładłam ją na plecki w łóżeczku czy w wózku. Przedwczorajsza noc była straszna, bo Mania płakał gdy tylko przyjmowała pozycję leżącą inną niż na brzuchu. Zaś wczoraj w dzień po prostu wychodziła z siebie z bólu. Myślałam, że usiądę i będą płakała razem z Nią. Bo tak naprawdę nie wiedziałam jak jej pomóc. To chyba jedne z najgorszych odczuć jakich doświadczyłam odkąd się Mania urodziła – bezsilność i niemożność odebrania bólu (a towarzyszyły mi one nieustannie w szpitalu). W tej chwili oddałabym wszystko aby Ją nie bolało. Wolałabym aby to ja cierpiała… W końcu po telefonie do męża zdecydowałam, że użyję maści ze szpitala, która nam jeszcze została. Na moje oko nie zmieniła konsystencji, koloru czy zapachu. Wiedziałam, że efekt może być różny, albo pomogę Mariance, albo będzie jeszcze gorzej. Ale przeczucie miałam, że będzie dobrze. Jak się okazało maść chwilę później uśmierzyła ból Mani. A dziś pani chirurg powiedziała mi, że jeśli jest przechowywana w odpowiednich warunkach to jest zdatna do użycia o wiele dłużej niż 7 dni.
    Ryzykowałam wile podając Mariance maść, ale Jej ból i cierpienie było tak dotkliwe, a przecież przeżyła już tak wiele. Czy zrobiłam to bardziej dla Niej czy dla siebie? Nie wiem. Wiem tylko, że moment, w którym dziecko cierpi jest straszny dla rodzica. A ja po wyjściu Marianki ze szpitala obiecałam Jej i sobie, że zrobię wszystko co w mojej mocy aby unikała cierpienia fizycznego. Przecież przez te 4,5 miesiąca Jej małe ciałko i tak już zniosła bardzo wiele, a Marianka jest najdzielniejszą dziewczyną jaką znam.

  • „Sama”

    Moja Marianka jeszcze nie mówi, choć zaczyna już gu-gać, ale od kilku dni mam przemożne wrażenie, że chce mi czasami powiedzieć „Zostaw, sama!”. Już pisałam o Jej smoczku… że częściej jest obok niej niż w buzi. Do tej pory Mania chętnie korzystała z mojej lub męża pomocy przy przytrzymywaniu smoczka aby nie wypadał. Wystarczyło kilka mocniejszych pociągnięć i „Monio” lądował w różnych dziwnych miejscach, a nasze ręce wsuwały go z powrotem do małych usteczek Marianki. Jednak coś się zmieniło… Córcia coraz sprawniej utrzymuje smoczek w buzi, a jak chcemy jej pomóc to odpycha nasze ręce. Daje znak, że już sporo potrafi i nie musimy jej wyręczać.
    Tak jest z wieloma umiejętnościami, które w swoim życiu nabywają dzieci. Najpierw potrzebują pomocy, później tylko od czasu do czas, aż wreszcie nabywają już tę umiejętność i… no właśnie może zadziać się kilka różnych rzeczy. 1) Rodzic dostrzega, że dziecko potrafi coś nowego, cieszy się i chwali pociechę 2) Rodzic nie dostrzega, że dziecko już to potrafi i nadal wyręcza 3) Rodzic dostrzega nową umiejętność, ale nadal wyręcza bo wie, że robi to lepiej 4)….. Scenariusze są różne, ale jak się przegapi ten moment kiedy dziecko potrafi już coś samo to można zrobić mu niechcąco krzywdę. Nasz latorośl traci w ten sposób poczucie własnej wartości, czuje się przez rodzica niedocenione, rezygnuje korzystania z nowej umiejętności, nie chce uczyć się nowych rzeczy. A potem mówimy, że musimy robić wszystko za nasze dzieci…
    Marianka nie chce już naszej pomocy przy smoczku i choć często jeszcze nie radzi sobie z nim tak jak by chciała, to ja pozwalam Jej na to. Po mimo, że  zdaję sobie sprawę, że jest szansa iż za chwilę się zdenerwuje, że Jej nie wychodzi i uspokojenie Jej trwać będzie dłużej niż włożenie smoczka do buzi. Ktoś może powiedzieć mała rzecz – smoczek, a takie przemyślenia powoduje. Ale moja Marianka jest mała, a dla mnie Jej najmniejsze osiągnięcia to sukces, bo zapowiadają dużo większe „rzeczy”.

  • Konsekwentnie kocham Cię…

    Marianka chyba zorientowała się, że w domu jest lepiej niż w szpitalu. Wczoraj rano byłyśmy na kontrolnym badaniu wzroku (bardzo nieprzyjemnym dla Niej), a później odwiedziła nas pani rehabilitantka. Miałam wrażenie, że te dwa zdarzenia przypomniały Mani właśnie o szpitalu. Bo od popołudnia praktycznie nie mogłam jej odłożyć do łóżeczka, bo zaraz zaczynała się zanosić płaczem. A jeśli nawet trafiła już na dłużej do niego muszę być w zasięgu wzroku lub dotyku. Dzisiejsza noc też był do tej pory najtrudniejsza. I choć obiecywałam sobie, że moje dzieci będą spały w swoich łóżeczkach, to dziś ewidentnie Marianka potrzebowała mnie i męża w nocy. Nie zastanawiałam się więc długo i ułożyłam ją tak aby mogła się do mnie przytulić.
    Czy to było złamanie moich własnych reguł i zaprzeczenie radom? Moim zdaniem nie. Ponieważ właśnie w tej chwili moja córeczka potrzebowała czuć się bezpiecznie, a dziś mogła to osiągnąć jedynie w moich ramionach. Bez tego poczucia, że jest kochana i bezpieczna nie może się uczyć żadnych zasad i reguł.
    Konsekwencja jest bardzo ważna o czym pisałam nie raz. Ważne są też priorytety jakie sobie stawiamy i potrzeby dzieci (zwłaszcza te podstawowe), którym wychodzimy na przeciw. Każde nasze postępowanie w stosunku do dziecka pociąga za sobą konkretne konsekwencje. I dla nas i dla Niego. Ja na przykład wiedziałam, że jeśli dzisiejszą noc Mania spędzi z nami w łóżku to będzie się czuła bezpiecznie, ale też może chcieć następnym razem wymusić na nas to samo. Wiem o tym, że tak może być. Ale dokonałam wyboru, który wydal mi się w danej chwili najlepszy, choć być może obarczony pewnym ryzykiem w przyszłości. Najważniejsze aby być świadomym tego co się robi i z czym to się w przyszłości może wiązać.
    Moim zdaniem konsekwencja to obok miłości jedne z najważniejszych pojęć w relacjach rodzic – dziecko. To miłość pozwala nam wyznaczać odpowiednie do wieku granice i konsekwentnie ich przestrzegać, to miłość pomaga zrozumieć kiedy jakaś potrzeba podstawowa dziecka jest ważniejsza niż nasze zasady. To w końcu miłość pomaga nam dostrzec, że czasami warto po prostu posłuchać instynktu i wybrać dłuższą drogę do osiągnięcia naszych celów wychowawczych.
    Ktoś mógłby teraz powiedzieć, że w końcu skonfrontowałam rzeczywistość, ze swymi teoriami i radami. Może i tak, ale ja zawsze twierdziłam, że bycie rodzicem to niełatwa sztuka, do której nie ma scenariusza. Dlatego warto skorzystać czasem z rad osób patrzących z boku… i ułatwić sobie życie aby autentycznie cieszyć się z tego, że jest się rodzicem swoich dzieci. Bo ja po mimo, że ostatnio robię wszystko jedną ręką i chce mi się płakać kiedy widzę jak Mania sprawdza czy jej nie zostawiam… to słuchając Jej oddechu cieszę się że akurat Marianka jest moją córeczką. A to, że czasami ktoś mi wytknie, że nie korzystam sama ze swoich rad… no cóż, nie ma ideałów na świecie, a na pewno ja nim nie jestem. Jestem tylko człowiekiem i czasami ze zmęczenia lub przez nieuwagę też wybieram czy wybiorę dalszą drogę do celu. Ale jestem tego świadoma i na to gotowa. Bo kocham moją Manię…

  • Dzień Dziecka

    Dziś kolejne pierwsze święto dla naszej Marianki – tym razem jej święto Dzień Dziecka. Być może ktoś z Was ciekawi się co Mania dostała na swoje święto od rodziców? Już piszę, nic materialnego. Po pierwsze dla tego, że na razie zabawki jeszcze słabo ją „kręcą”, po drugie niestety nie ma świadomości, że dziś świętuje, a po kolejne – nawet gdybyśmy chcieli kupić Jej najcudowniejszy prezent świata… zwyczajnie nie mielibyśmy kiedy tego robić, bo od wyjścia ze szpitala ciągle coś, a to rejestracja u specjalistów, a to zakup leków, na które trzeba czekać lub wzmacniaczy do mleka, których nigdzie nie da się kupić od ręki. Tak więc dziś świętujemy inaczej. Jeśli jednak chcecie dowiedzieć się co sądzę o prezentach to możecie to przeczytać i obejrzeć w moich poprzednich materiałach.
    Wróćmy więc do tego jak my dziś świętujemy. Ranek Marianka miała okazję przywiać wspólnie z nami w łóżku i trochę się po wylegiwać, a po południu mamy zaplanowany spacer z babcia i dziadkiem. Moim zdaniem czas spędzony z dzieckiem jest najważniejszy. Ale właśnie taki czas kiedy skupiamy się bezpośrednio na dziecku, jego odczuciach, myślach i przeżyciach. Ja miałam niesamowitą okazję przez 4 miesiące właśnie tak spędzać każdą chwilę z moją córeczką. I choć okoliczności były fatalne, to ta możliwość bycia z Nią i tylko dla Niej mam nadzieję zdeterminuje nasze relacje na długo. Teraz w domu jest zdecydowanie trudniej utrzymać taki poziom skupienia na moje Mariance, ale też wiem, że Ona musi zacząć uczyć się samodzielności (oczywiście na miarę swoich możliwości) i nie mogę przez cały dzień po prostu siedzieć i na Nią patrzeć. Choć nadal bardzo to lubię. Tak więc świętujemy tak jak można świętować z noworodkiem.
    W ten szczególny dzień warto się zastanowić dlaczego został on ustanowiony. Czy tylko po to aby dzieci miały okazję do otrzymania kolejnego prezentu? A może po to by podkreślić jak dzieciństwo i bycie dzieckiem jest ważne, aby stać się człowiekiem dorosłym. Aby pamiętać, ze każdy z nas był, czy nam się to podoba czy nie,  kiedyś był dzieckiem. Być może dlatego aby przypomnieć to co mówił wspaniały człowiek, wielki pedagog Janusz Korczak, że „Dziecko jest człowiekiem, a nie zadatkiem na człowieka”. Może po to, by przypomnieć wszystkim, że to czego doświadczy się w dzieciństwie często może determinować nas w dorosłości. By pamiętać, że oprócz tych cudownie uśmiechniętych, bawiących się dzieci na naszych placach zabaw, jest mnóstwo dzieci smutnych, pokrzywdzonych, ciężko pracujących – takich, które nie wiedzą czym jest radość i beztroska. A może… a może macie jeszcze inne pomysły?
    Dziś moja córcia uśmiechała się, machała rączkami, próbowała nawiązać z nami kontakt… Mam nadzieję, że jest po prostu szczęśliwa i to warto świętować nie tylko 1 czerwca 🙂

  • Czekanie

    Od urodzenia dzieci uczą się umiejętności, które są niezbędne w życiu. Jedną z takich umiejętności jest czekanie. A zwłaszcza czekanie na spełnienie tego czego akurat dziecko chce – niezależnie czy to jest potrzeba czy zachcianka (tego małe dzieci nie rozpoznają i nie różnicują). Z czasem okazuje się, że jednak nie wszystko można mieć tu i teraz, zaraz. Muszą nauczyć się czekać…
    Marianka rozpoczęła tą trudną naukę już w szpitalu, gdzie na oddziale było kilkanaścioro dzieci a pań na zmianie dwie lub trzy. Oczywiście jak byłam ja lub mąż to czego chciała/ potrzebowała dostawała szybciej, ale też nie od razu. Moja córeczka jak już poczuje głód, to choćby spała od razu po otwarciu swoich pięknych oczu butelkę chce otrzymać już. Nawet w nocy, o czym przekonują się nasi sąsiedzi. Nie bardzo obchodzi ją, że trzeba jeszcze zmienić pieluszkę, podgrzać mleko, czy po prostu wstać z łóżka. Tak było na „wcześniakach”, tak było w DSK i tak jest w domu. O ile na pierwszym oddziale czekanie było krótkie, bo wystarczyło zmienić pieluszkę i wyjąć gotową już butelkę z podgrzewacza, to problem pojawił się w DSK. Tam okazało się, że mama musi np. ściągnąć mleko i nie ma jak od razu włożyć do buzi smoczka, który właśnie wypadł. Albo musi wyparzyć butelkę, czy po pójść do łazienki lub zjeść. W domu też staram się uczyć Manie, że czasem trzeba poczekać. Dzieciom jest to trudno zrozumieć, ale te doświadczenia są wprowadzeniem do nauki czekania na swoją kolej. A jak wynika z mego doświadczenia zawodowego jest to niezmiernie trudne dla dzieci w wieku żłobkowym czy nawet przedszkolnym. Ale jeśli zrozumieją, że czasem tak trzeba to łatwiej mi nawiązywać kontakty z rówieśnikami, mniej się denerwują i mają mniej stresów.
    Oczywiście nie staram się na siłę odraczać tego co Mania potrzebuje, ale też nie chcę się dać zwariować i pędzić na złamanie karku bo właśnie przysłowiowy smoczek wypadł z buzi. Zawszę tłumaczę Mariance, że za chwilę podejdę tylko skończę. Takie postępowanie uczy również szacunku do rodziców, bo jeśłi my siebie będziemy szanować to i nasze dzieci się tego nauczą. A jeśli rzucamy wszystko tylko dlatego, że coś „małego” nie odpowiada naszym dzieciom, to czego je uczymy?
    My z Manią jesteśmy na początku nauki ważnych umiejętności, ale nie odkładamy ich na później. Czy wszystko nam się udaje? Oczywiście, że nie ale próbujemy, aby kiedyś nie było za późno.

  • Trudna adaptacja

    Wszyscy pytają mnie jak nam mijają pierwsze dni w domu. I za każdym razem odpowiadam tak samo… „Przyzwyczajamy się”. Dotyczy to zarówno mnie jak i męża ale przede wszystkim Marianki. Dla Niej to sala oddziału wcześniaków była znajomym i bezpiecznym miejscem. Napier przeniesiono ją do nowego szpitala/ nowej sali, wprawdzie była tam cały czas mama ale to też było dziwne. Nie było „cioć”, które znała, inne były dźwięki, zapachy, widoki, czynności wokół niej. Po tygodniu znowu wszystko stanęło na głowie, bo nie tylko zapakowali w jakiś dziwny fotel, wynieśli na zewnątrz ale też wsadzili w ogromny pojazd, który zawiózł w całkiem nowe miejsce. Jedyne co było tam znajome to mama i ten facet, który się wokół niej kręci (zwany tatą). Nowe pomieszczenia i to kilka, nowe łóżko, zwyczaje, pojawiający się ludzie (twierdzili, że to babcia i dziadek), wszystko nowe…
    Dla Marianki, rzeczywiście wszystko jest nowe i trudne. Od pierwszej drzemki w nowym łóżeczku, przez kąpiel, po spacer. Ale też takie proste rzeczy jak przeniesieni z sypialni do salonu. Jest też bardzo nieufna. Kiedy zasypia co jakiś czas podnosi oko i sprawdza czy aby sobie nie poszłam, czy jestem. Pewnie jeszcze na długo jej to zostanie. W tej chwili piszę ten tekst jedną ręka bo drugiej Marianka potrzebuje do poczucia, że jestem blisko.
    Adaptacja do nowego miejsca jest trudna, zwłaszcza dla dzieci, które często nie rozumieją dla czego muszą być tu, a nie w miejscu, które doskonale znają i czują się w nim bezpieczne. Jak im pomóc? Przede wszystkim samemu uwierzyć, że będzie dobrze, bo dzieci wyczuwają emocje rodziców jak barometry. A później wspierać i jeszcze raz wspierać w poznawaniu świata, który czasem może wydawać się ogromny, niebezpieczny i pełen samotności, a tak naprawdę jest pełen ciekawych miejsc i ludzi.
    Mania właśnie ziewa… jesteśmy dziś po pierwszym spacerze. Kiedy tylko poczuła świeże powietrze i lekki wiaterek – zamarła w bezruchu (aż się przestraszyłam)… to musiało być dla niej trudne przeżycie. Ale byliśmy razem z Nią, czule przemawialiśmy, a po powrocie umieściliśmy w łóżeczku, które już zna i włączyliśmy karuzele, którą lubi. Bo wszędzie dobrze, ale trzeba mieść swoje miejsce na świecie, a w nim ludzi, którzy Cię kochają. Jeśli dziecko ma takie miejsce i ludzi, to z czasem zaadoptuje się do nowych miejsc, ludzi i sytuacji, bo będzie miało gniazdo, w którym zawsze będzie bezpieczne…

  • Mamy, Matki, Mamusie, Mateczki…

    Nie można przecenić roli matki w życiu każdego człowieka. To ona ma ogromny wpływ na każdego z nas od samego poczęcia. Jej nawyki żywieniowe, używki, stres, chęć lub nie do nowo powstającego życia. To ona jest początkiem miłości lub jej braku. Wychowuje, uczy, kocha…
    Mówi się o tym, że Pan Bóg każdemu daje Anioła Stróża, którym jest mama…
    Macierzyństwo to zarazem najpiękniejsza i najtrudniejsza rzecz jaka przydarzyła mi się w życiu. I choć to dopiero początek to patrząc w tej chwili na śpiącą w łóżeczku Mariankę wiem, że to jest moje powołanie i nie zamieniłabym tego doświadczenia na nic innego. Nie ma większej i prawdziwszej miłości niż ta matczyna, która prowadzi prze życie i pozwala stać się wspaniałym dorosłym. Dziś patrzyłam jak moja mam po raz pierwszy bierze Manię na ręce i z jaką miłością patrzy przy tym na mnie. Wiem, że to ona nauczyła mnie jak kochać i być dobrym. Choć dostrzegam w niej wady (z czasem coraz mniej) to bardzo bym chciała, żeby Marianka kochała, szanowała i ufała mi tak jak ja swojej mamie.
    Wiem, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ja. Nie każdy ma tak cudownego Anioła Stróża. Ale to właśnie każda kobieta podejmuje decyzję jaką mamą będzie. I po mimo, że co jakiś czas słyszymy o matkach, którym powinno odebrać się to miano, to są to tylko wyjątki. Powinniśmy się skupić na tym, że na świecie są miliony wspaniałych mam, które czerpią radość z tej roli, które kochają swoje dzieci, chcą dla nich jak najlepiej…
    Świętujmy więc dziś dzień tych wszystkich niesamowitych kobiet, które kochają bezgranicznie i uczą kochać…
    Ja też świętuję… po raz setny wkładając smoczka w otwartą buźkę Marianki, która patrzy na mnie swoimi ufnymi oczkami… To nic, że za chwilę smoczek znów wypadnie… możesz mi ufać, że do póki sama go nie utrzymasz zawsze Ci go podam <3

  • Nareszcie

    Po 129 dniach doczekaliśmy się – Marianka jest z nami w domu. Z pewnością trudno byłoby nam trzymać się w garści gdyby nie Wy – rodzina, bliżsi i dalsi znajomi, czytelnicy. Dziękuję to za mało, ale właśnie DZIĘKUJEMY za modlitwę, wsparcie, dobre słowo, pozytywną energię, śledzenie i zainteresowanie losami Mani na moim blogu. Za to wszystko możemy odwdzięczy się wszystkim tylko i aż starając się wychować Mariankę na dobrego człowieka.

  • Rodzic jest ciągle zaskakiwany

    Nie ma dwóch takich samych dni dla rodzica. Codziennie nas coś zaskakuje, na jedne rzeczy jesteśmy teoretycznie przygotowani na inne już nie bardzo. Tak też było u nas wczoraj, kiedy dowiedziałam się, że przenoszą Mariankę do innego szpitala. Spodziewałam się wprawdzie, że jeszcze z tydzień spędzimy na oddziale wcześniaków, ale ta informacja wprawiła mnie w osłupienie. Gdyby nie to, że trzymałam Manię na rękach to nie wiem co by się stało. Okazało się, że są potrzebne bardziej specjalistyczne badania gastrologiczne, które możemy zrobić w szpitalu dziecięcym. Przenosimy się tam jutro.
    I choć jest wiele dobrych aspektów tej sytuacji to wczoraj nogi się pode mną ugięły. Potrzebowałam prawie doby aby choć trochę odetchnąć. Bo o ile wspaniałe jest to, że będę mogła być teraz z Marianką cała dobę i dobrze, że ją przebadają to nie takiego pożegnania z „wcześniakami” się spodziewałam. Liczyłam na spokojną aklimatyzację w domu, a nie przyzwyczajanie się do nowego oddziału. Jest duża szansa, że spędzimy tam tylko tydzień… o ile wszystko będzie dobrze.
    Rodzice często są zaskakiwani, czy to przez swoje dzieci czy przez otoczenie. Dzieci zaskakują nas w trakcie swego rozwoju (zarówno pozytywnie jak i negatywnie), swoimi pytaniami, zachowaniem czy pomysłami. I choć nie jesteśmy się w stanie przygotować na wszystkie ewentualności (pewnie nie tylko ja bym tak chciała) to najważniejsze jest zachowanie zimnej krwi i otwarcie na to co przynosi nam każdy dzień.
    Nie będę pisała, że się nie obawiam… jeszcze wczoraj umierałam ze strachu, dziś już tylko jestem zdenerwowana… ale wiem, że to też przeżyjemy. I cytując Antka Królikowskiego „Najważniejsze, że jesteśmy razem” a wszystko jakoś się ułoży.

    PS: Ci z Was, którzy mają dobrą pamięć pewnie się zorientowali, że Marianka skończyła dziś 4 miesiące (choć jej wiek skorygowany to 3 tygodnie).

  • Ile sił ma rodzic?

    Od jakiegoś czasu codziennie zadaje sobie pytanie: Ile jeszcze mam siły? Od kiedy się kazało, że jednak jeszcze Marianka nie wychodzi ze szpitala codziennie wieczorem powtarzam mojemu mężowi, że już nie mam siły. A jednak rano jakoś tę siłę znajduję na kolejny dzień. I znowu biegnę do Mani, czasami z nową nadzieją, a czasami po prostu żeby przy niej być. Wszyscy mówią, tyle już wytrzymaliście to jeszcze trochę na pewno dacie radę. Oczywiście, że damy… ale chodzi raczej o to, że po prostu są chwilę kiedy tych sił jest już mało, kiedy trzeba sobie powiedzieć, że jest ciężko, bo jest… kiedy trzeba popłakać… schować się pod koć… wściec się… czy tępo pogapić się w szklany ekran… Bo jesteśmy tylko ludźmi. Może zabrzmi to dziwnie, ale rodzic też człowiek. Ma prawo być zmęczony i o tym powiedzieć. Ja mówię… Jestem zmęczona szpitalem, tym że mam ograniczony kontakt z Marianką, że muszę pytać o wiele spraw związanych z córką (czy mogę zrobić przy niej to czy tamto), siedzeniem na twardym krześle…. Tak po prostu jest, nie będę udawał, że nie. Mam prawo ponarzekać i pomarudzić. Mam prawo chcieć już od tego odpocząć. Jednak najważniejsze jest co zrobię. Czy w tym całym zmęczeniu fizycznym i psychicznym zatracę się czy nie. Czy pozwolę sobie na chwilę słabości przy mężu, mamie czy kimś bliskim czy będę to w sobie gniotła.
    Rodzice często mają poczucie winy, że czują się zmęczeni lub narzekają. Ale my też mamy do tego prawo. Jesteśmy tylko ludźmi… Ważniejsze jest to co zrobimy z tym naszym zmęczeniem i brakiem sił. Czy znajdziemy sposób na regenerację czy się w tym zatracimy. Czy „utoniemy” w tym wszystkim i się poddamy czy spróbujemy nabrać wiatru w żagle.
    Wiem, że dla dzieci warto jest to zrobić z kilku przyczyn. Po pierwsze jeśli nabierzemy sił to będziemy w stanie dać dziecku więcej siebie. Po drugie pokażemy, że każdy człowiek ma prawo do słabszych momentów w życiu oraz jak się po nich zebrać do kupy.
    Codziennie mówię nie dam rady, ale też każdego dnia walczę o Mariankę i dla Niej. Ona jest tego warta. Wierzę, że kiedy wreszcie zabiorę Ją do domu będzie lżej, na pewno nie fizycznie ale psychicznie z pewnością. Bo cztery miesiące to dużo… i nie dużo… jeszcze znajdę siły… gdzieś na pewno…