Blog

  • Wiem, że boli…

    Malutkimi kroczkami przygotowujemy się do wyjścia Marianki ze szpitala. Cały proces opóźni się pewnie o co najmniej kilka dni, bo jak to dzieci przeziębiła się i katarek przytkał jej nos. Ale w ramach przygotowań spotkałam się dziś z panią, która prowadzi u Mani na oddziale rehabilitację i uczyłam się co jest dla Mani dobre, a co nie. U dzieci z wzmożonym napięciem mięśniowym, czasami ważne są małe rzeczy tak jak sposób podnoszenia czy układania. Okazało się, że muszę na nowo nauczyć się ją wyjmować z łóżeczka, przewijać, przytulać, karmić czy układać po karmieniu. Jest to ważne ponieważ takie szczegóły mogą „zepsuć” to co osiągnie podczas rehabilitacji. Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej, ale lepiej późno niż wcale. Rehabilitantka pokazałam mi też kilka prostych ćwiczeń, które mogę wykonywać z Marianka sama, codziennie jeszcze będąc w szpitalu. Niestety nie są one dla niej przyjemne, a niektóre nawet być może bolesne. Jednak widziałam efekt już po paru minutach ich wykonywania. Mania była po wszystkim mniej napięta. Kiedy powtarzałam po specjalistce konkretne ruchy i widziałam moją córeczkę krzywiącą się, pojękującą, kiedy widziałam płynące łezki po tych cudnych policzkach…. miałam ochotę sama się rozpłakać, a przynajmniej przytulić ją. Wiedziałam jednak, że to ukoi ją w tej chwili, ale na dłuższą metę nie pomoże. Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy dopiero na początku naszych zmagań z napięciem mięśniowym. Wiem, że nie będzie łatwo… Ale muszę to zrobić, chcę ćwiczyć, bo chcę pomóc Mariance na dłużej, na całe życie.
    Rodzice często stają przed dylematem jak postąpić, czy ulżyć/ dogodzić/ ustąpić dziecku teraz czy patrząc perspektywicznie postawić na swoim. To nie są łatwe decyzje. Ale tak naprawdę to odpuszczając dziś ułatwiamy sobie tu i teraz, a stawiając na swoim ułatwiamy dziecku przyszłość. Ważne aby nasza konsekwencja była poparta uczuciem, czułością i empatią w stosunku do dziecka. Ja wykonując dziś ćwiczenia cały czas mówiłam do Marianki, że jeszcze troszeczkę, że jest dzielna, że jestem z niej dumna, że jak tylko skończymy poprzytulamy się. Być może nie zrozumiała sensu moich słów, ale wiem, że ich zabarwienie emocjonalne trafiło do niej. Dzięki temu ten ból obydwie zniosłyśmy lepiej…

  • Wierzę w cuda

    Już nie raz pisałam, że dzieci są gośćmi, którzy pytają o drogę. Nie każdy ma to szczęście aby przyjąć w swoim domu i sercu takiego „gościa”. Ja z moim mężem otrzymaliśmy taką możliwość aby gościć Mariankę i to jest cud. Cud, na który czekaliśmy całe nasze życie. Cud, który nas zmienił i ukształtowała na nowo jako ludzi – rodziców.
    To właśnie wiara pozwoliła mi przetrwać te ostatnie 16 tygodni. Dzięki niej codziennie wychodziłam ze szpitala wierząc, że zostawiam Mariankę nie tylko pod wspaniałą opieką położnych, pielęgniarek i lekarzy, ale też jej Anioła Stróża. Codziennie kreśląc znak krzyża na jej małej główce i modląc się pierwszymi modlitwami jakich matka może nauczyć dziecko wierzyłam, że w ten sposób roztaczam nad Manią parasol ochronny. To pozwalało mi wyjść i nie zwariować.
    Wiara dała mi siłę do walki i do życia. Od zawsze wierzyłam w Boga i w ludzi. Każdy napotkany człowiek był, jest i będzie kimś wyjątkowym, kimś kogo warto poznać i komu warto dać szansę. Z reguły przypisuję ludziom dobre intencje, choć czasem okazuje się inaczej. Ale wolę dziesięć razy się poparzyć niż raz nie dać komuś szansy. Wiara czyni cuda. To niby frazes, ale taki który daje nadzieję. Wierzę, że na mojej drodze nie stają ludzie przypadkowi. Bo gdyby było inaczej, w tej trudnej sytuacji, w której się znaleźliśmy w połowie stycznia nie spotkalibyśmy lekarzy, którzy są profesjonalistami w każdym calu, pielęgniarek i położnych, które nie tylko fachowo zajmują się dziećmi, ale też uczą rodziców jak się nimi zająć w szpitalu i po powrocie do domu. Ale przede wszystkim nie spotkałabym cudownych rodziców innych wcześniaków, z którymi wspólnie przeżywałam i przeżywam chwile trudne (kiedy z naszymi dziećmi coś się złego dzieje) i piękne (kiedy któreś z dzieci pozytywnie zaskakuje lub wychodzi do domu). To dzięki m.in. rodzicom Julki, Oliwki, Filipa czy Natalki stawałam się nie tylko tą, która potrzebuje wsparcia ale i go udziela.
    Rodzice, którzy czasami muszą w różnych sytuacjach walczyć o swoje dzieci (ich zdrowie, życie, zachowanie, samodzielność, itp.) wiedzą ile potrzeba siły, determinacji, samozaparcia ale też wiary, że to wszystko ma sens, że damy radę, że w końcu będzie dobrze.
    Tak więc wierzmy… też w nasze dzieci, w nas samych i w to, że ktoś czuwa nad nim nad nami. A ja będę jeszcze wierzyła, że za kilka dni Marianka będzie z nami w domu.

  • Co robię źle?

    Myślę, że większość rodziców choć raz w życiu zadała sobie lub zada to pytanie. Co robię źle? Dlaczego choć się bardzo staram, nie wychodzi? Czy to jak zachowuje się moje dziecko jest moją winą? Czy to co się z nim złego dzieje wynika z moich niedociągnięć? Ja podobne pytania zadałam sobie kilka dni temu. Marianka od kilku tygodni bardzo ładnie zjadała. A ostatnio nawet nie potrzebowała wsparcia tlenowego przy jedzeniu, zaczęła robi sama przerwy kiedy potrzebowała powietrza. Aż tu raptem w niedziel po każdym karmieniu ulało jej się więcej niż zwykle, a w poniedziałek po dwóch pierwszych karmieniach po prostu wypłynęło z niej prawie wszystko co jadła. Od razu zaczęłam się zastanawiać co jest nie tak. Czy źle się Mania czuje, czy może ja karmię ją w nieodpowiedni sposób? Bo do tej pory jak ją karmiłam nie zdarzało jej się to, a tym bardziej kiedy robiły to pielęgniarki. Na szczęścia zanim wpadłam w pułapkę samooskarżeń udało mi się Mariankę nakarmić bez późniejszych problemów.
    Wiem, że ważne jest aby patrzeć na swoje rodzicielstwo obiektywnie. Tak aby z jednej strony nie oskarżać siebie o wszystko złe co się dzieje, a jednocześnie być świadomym popełnianych błędów. Dlatego od 3 i pół miesiąca często zadaję pytania dla pań pielęgniarek i położnych jak mam opiekować się Manią w danej sytuacji. Wiem, że jako wcześniak wymaga czasami trochę innej opieki niż dzieci donoszone. I jeśli mam blisko siebie specjalistów chętnie korzystam z ich porad i podpowiedzi.
    Zawsze kiedy to ja stałam w pozycji specjalisty i podpowiadałam rodzicom moich podopiecznych wychodziłam z założenia, że jeśli ktoś prosi o pomoc to znaczy, że mu zależy. Zawsze zakładałam, że mam do czynienia z dobrymi rodzicami, którzy potrzebują wsparcia aby dostrzec rozwiązanie swego problemu. Wierzę, że tylko odważny człowiek kiedy ma problem i mu zależy, prosi o pomoc. Bo bardzo trudno przyznać się przed samym sobą i innymi, że czegoś nie zauważamy lub nie wiemy. A zwłaszcza jeśli chodzi o nasze dzieci. Bo przecież chcemy dla nich jak najlepiej, znamy je najlepiej i kochamy najbardziej. Chcemy być dobrymi rodzicami. W związku z tym, zawsze kiedy udzielałam rad rodzicom starałam się dać im do zrozumienia, że są wspaniałymi rodzicami bo chcą się uczyć i coś zmienić.
    Z takiego samego założenia wychodzę teraz, kiedy pytam się pań pielęgniarek czy położnych o sprawy związane z Manią. One mają doświadczenie i wiedzę dotyczącą pielęgnacji wcześniaków. Niestety dziś chcąc uczyć się od jednej z pań w jej słowach, tonie i postawie odebrałam, że nie tylko robię wiele rzeczy przy Mani źle, ale też nie kładę nacisku na taki kontakt jaki jej jest potrzebny. I choć być morze pani ta miała rację co do kolejności czynności przed karmieniem Mani, czy sposobu trzymania przeze mnie butelki… to wiem na pewno, że myliła się w innych sprawach. Bo ona ma doświadczenie w swojej pracy, ale jest na oddziale nie codziennie, nie obserwuje mnie cały czas, nie wie jaki kontakt mam z moją córeczką i być może nie potrafi spojrzeć na cała sytuację moimi oczami. Bo ja wiem, że Marianka jest dla mnie najważniejsza, wiem że prze prawie 7 godzin dziennie skupiam się tylko na Niej, że chcę się zajmować Mania jak najlepiej i jestem bardzo dobrą mamą. A tę resztę spraw wspólnie z Mariankę wypracujemy z czasem, cześć jeszcze w szpitalu a część już  w domu.
    Ja po każdej rozmowie z rodzicami miałam nadzieję, że wzmocnię ich wiarę we własne możliwości, podkreślę to, że są wspaniałymi rodzicami, a moja pomoc tylko pomoże im czerpać radość z bycia rodzicem. Za siebie i swoje postępowanie mogę odpowiadać, a choć z pewnością intencje tej pani nie były złe – rezultat był marny. Dobrze, że akurat ja wierzę we własne możliwości i w to, że jestem i będę najlepszą mamą dla Mani jaką mogę być…

  • Szufladkowanie… to takie proste

    Jak bardzo łatwo przychodzi nam szufladkowanie. Dziewczynki dobrze się uczą, chłopcu łobuzują, szybko biega – będzie sportowcem, ktoś jest niepełnosprawny – nie poradzi sobie sam, 10 punktów w skali Apgar – super, mało punktów – małe szanse na przeżycie… Każdy z nas to robi, bardziej lub mniej świadomie. Ja też… dlatego cieszę się, że ocenę „punktową” mojej Marianki poznałam dopiero kilka dni temu. Inaczej pewnie dużo trudniej byłoby mi przeżyć kilka pierwszych tygodni jej życia, trudniej byłoby mi wierzyć, że przeżyje, trudniej… Ale na szczęście wykazałam się tchórzostwem i nie spytałam lekarzy ile punktów dostała Mania, w ten sposób dałam jej po prostu szansę na życie. Nic nie zakładałam, po prostu starałam się wierzyć, że będzie żyła. Więc kiedy kilka dni temu nadarzyła się okazja dowiedziałam się, że w pierwszej minucie swego życia Marianka dostała 2 punkty w skali Apgar, a po kilku minutach otrzymała ich 5.
    Po tych 3 i pół miesiącach wiem, że wstępna ocena jest zawsze wstępną, a nie wyrokiem. Wszystko może się zmienić,a zwłaszcza u dzieci. To dopiero kształtujące się organizmy, osoby które zmieniają się codziennie. Uczą się nowych rzeczy, doskonalą umiejętności, czasami się męczą. Znam historie kiedy dziecko rodziło się o czasie, a okazywało się, że po kilku godzinach pojawiały się problemy z oddychaniem. Ale również takie, kiedy 28 tygodniowa ciążka kończyła się urodzeniem 490 g dziecka, które po 15 tygodniach waży prawie 3 kg i doskonale radzi sobie oddechowo.
    Starsze dzieci też tak mają. Uczą się wcześnie lub później mówić, chodzić, czytać czy pisać. Ja sama miałam problemy z nauką czytania (zawłaszcza na głos), a kilka lat później tata nie mógł mnie zagonić spać bo książki pochłaniałam tonami, najchętniej w nocy.
    Moim zdaniem każdemu trzeba dać szansę aby osiągnął to na co go stać. Nie wmawiajmy dzieciom, że czegoś nie mogą zrobić, po prostu niech spróbują. A z drugiej strony nie zmuszajmy do robienia czegoś do czego nie mają predyspozycji. Niech każdy znajdzie swój sposób na przeżycie swego życia. Bo kiedy dziecko wpadnie w jakąś szufladkę, zwłaszcza kiedy wpada w nią za sprawą rodzica, to ciężko się z niej wydostać. I choć wiem, że zawsze chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej, to czasem różnie wychodzi.
    Dzięki temu, że Marianka nie wpadła w mojej głowie do szufladki „2 – małe szanse na przeżycie” to byłam gotowa na wsparcie Jej w walce o życie. A dziś kiedy patrzę na ożywioną Manię, która wymachuje rączkami, postękuje, uśmiecha się do mnie, czy płacze wiem, że ważne jest to co osiągnęła, a nie jak została oceniona na początku. Bo pokazała, że jest warta więcej niż 2 punkty 😉

  • 100 dni

    Dziś nasza Marianka przeżyła swój setny dzień. Dziś też po raz pierwszy odważyłam się zapytać pani doktor o powrót do domu. Chciałam wiedzieć czy zabierzemy ją ze szpitala do końca maja, a dowiedziałam się, że jeśli nadal będzie szło wszystko jak do tej pory to ta szczęśliwa chwila może nastąpić już za 2,5 – 3 tygodnie. Nie gratulujcie, ale trzymajcie kciuki aby tak było. Bo z wcześniakami różnie bywa i czasami się „zawieszają” i trzeba odczekać aż znowu będą na dobrej drodze. Nie chcę zapeszyć.
    100 dni to z jednej strony mało, a z drugiej dużo. Muszę przyznać, że w ciągu tego czasu zdarzały mi się chwile zwątpienia, a raczej ogromnego strachu. Bałam się, że nie będę miała możliwości zabrania Marianki do domu. Jak miała tydzień na naszym oddziale zmarła dziewczynka, która żyła 4 tygodnie. To było dla mnie straszne przeżycie zwłaszcza, że tego dnia dowiedzieliśmy się o dziurce w jelicie Mani. Na tym samym początku zdawało mi się, że dużo płaczę (oczywiście nie przy małej), ale z perspektywy czasu wiem, że były to chwile słabości. W momencie kiedy zrozumiałam, że mam niesamowicie silną córkę, która walczy o każdy oddech, o każdą minutę i dzień stwierdziłam, że ja muszę jej pomóc. Mogłam niewiele, ale wierzę, że moja obecność, miłość, dotyk, głos, mleko… były dla niej wsparciem. Bo wsparcia nasze dzieci potrzebują w każdej „walce” o siebie. I choć nie przeżyjemy życia za nie, to możemy być blisko i kochać… Nie powiem, że nie miałam chwil słabości, tych gorszych dni, ale to nie ja byłam w tym wszystkim najważniejsza… A teraz mogę się cieszyć tym co już, w ciągu tych 100 dni osiągnęła Marianka. Bo to niezwykła dziewczynka, silna, mądra i kochana, bardzo ciekawska i towarzyska. Skąd to wiem? Rodzice, którzy obserwują swoje dziecko wiedzą takie rzeczy 🙂
    Przed nami jeszcze trochę dni, tych w szpitalu i dużo więcej w domu. Jeszcze przed Manią doskonalenie oddychania bez wsparcia tlenowego… Ale te 100 dni to dopiero początek… Dla nas wszystkich

  • Bez zabezpieczenia

    Wczoraj przeżyłam 45 minut, które sprawiły, że na mojej głowie pojawiły się z pewnością kolejne siwe włosy. A było tak… Marianka radzi sobie z oddychaniem coraz lepiej i są dni kiedy nie potrzebuje w ogóle wsparcia tlenowego, nawet podczas jedzenia. Saturacja jest ogólnie dobra, a Mania wygląda zdrowo i radośnie. Jest Ona niezwykle żywym dzieckiem… i tu pojawia się pewien problem, sprzęt z nią przegrywa 🙂 Kiedy malutka wierci się, pręży, przekłada lub podnosi główkę czujniki rejestrujące jej saturację oraz tętno szaleją. Albo pokazują bardzo zaniżone wynika albo w ogóle nic, a przy tym piszczą na alarm niemiłosiernie. I właśnie wczoraj był taki dzień, że z naszego stanowiska słychać było non stop alarm, choć Marianka czuła się znakomicie. Jedna z pielęgniarek stwierdziła, że skoro Mania dobrze sobie radzi a ja cały czas nad nią czuwam to ona na trochę wyłączy sprzęt aby się zresetował, a my żebyśmy mogli się uspokoić. Dla mnie było to wyzwanie większe niż zdobycie górskiego szczytu. Wiem jak powinna Marianka wyglądać kiedy ma dobrą saturację, jak jej oddech powinien być częsty, itp. Ale kiedy ekran pulsometru został wyłączony lekko spanikowałam. Po kilkunastu minutach nadeszła pora karmienia… Zapytałam pań czy włączą sprzęt, a one zaproponowały abym spróbowała nakarmić bez niego, kierując się swoim instynktem i wiedzą. Oczywiście mogłam liczyć przez cały czas na ich wsparcie w razie wątpliwości. Bałam się, ale się zgodziłam… Przede wszystkim dlatego, że w domu nie będę miała wsparcie, ani zabezpieczenia tego rodzaju sprzętem. Będę musiała ufać temu co widzę i co wiem o mojej córci. Nakarmiłam Manię, może trwało to trochę dłużej niż zwykle, dwa razy prosiłam o konsultację czy wygląda dobrze, ale wspólnie nam się udało. Kiedy Mania odpoczęła po karmieniu pielęgniarka włączyła sprzęt mówiąc do Marianki, że już wystarczy „Bo mama dostanie zawału”.
    To były straszne i piękne trzy kwadranse. Napędziły mi stracha, ale też nauczyły bardzo wiele. Przede wszystkim, że kiedyś musimy zaufać sobie i swemu dziecku. To tak jak z jazdą na rowerze, jeśli kiedyś nie puścimy siodełka czy drążka, którym wspomagamy dziecko, nigdy się nie nauczy jeździć. Być może upadnie, może się przestraszy, ale my będziemy blisko. Pomożemy, pocieszymy i zachęcimy do kolejnej próby. Całe życie to próba nauki jazdy na dwóch kółkach. Cały czas przed nami i naszymi dziećmi stają nowe wyzwania, często musimy zrezygnować z ciągłego zabezpieczania naszych dzieci aby mogły się czegoś nauczyć i stać się samodzielne. Stać się dorosłym.
    Przede mną jeszcze wiele prób opieki nad Marianka bez pomocy sprzętu. Muszę się nauczyć ufać sobie i Jej. Na razie korzystam z zabezpieczenia sprzętowego i profesjonalizmu personelu medycznego. Ale wiem, że nadejdzie dzień, w którym ani razu nie spojrzę na ekran, nie zawołam pielęgniarki czy położnej i nie będę się bała (no może troszeczkę). Wiem, że sobie poradzę. Dla Mani i dla siebie.

  • Rodzice bohaterzy

    Od kilkunastu lat współpracuję z rodzicami, wspieram ich i pomagam. Od trzech miesięcy mam jednak do czynienia z wyjątkowymi ludźmi, którzy codziennie walczą o życie swoich dzieci. Przez ten czas poznałam niezliczoną ilość opowieści o losach wcześniaków, o ich determinacji do życia i o tym, jak ich rodzice radzą sobie z tym wszystkim. I choć sposoby są różne, jedni zamykają się w sobie, inni szukają jak najwięcej informacji, ktoś chce rozmawiać o swoim dziecku, ktoś inny raczej woli słuchać, są tacy którzy potrzebują aby im powiedzieć, że będzie dobrze i są tacy, którzy to mówią. Miałam szczęście spotkać niesamowitych i silnych ludzi. Bo chociaż czasami każdego z nich dopadają wątpliwości to nigdy zwątpienie, bo choć są zmęczeni, nerwy mają w strzępach… są przy swoich dzieciach. Wiedzą, że poza medycyną, lekarzami specjalistami, sprzętem jest coś jeszcze co często decyduje o być lub nie być tych dzieci… miłość i wiara, czułość i wsparcie. I to jest właśnie ich rola. To jest właśnie nasza rola, rola rodzica. Niezależnie ile lat ma nasze dziecko, czy jest zdrowe czy chore, czy się buntuje czy nie, to te cztery rzeczy są w stanie inicjować cuda.
    Miłość, która jest bezwarunkowa, ale nie bezkrytyczna. Wiara w to, że nasze dzieci są dobre, ale czasami źle robią. Czułość która dodaje skrzydeł, pomaga kształtować charakter, a nie jest kartą przetargową w sporach. Wsparcie w dążeniu do bycia dobrym człowiekiem, a nie wyręczanie.
    Kiedy następnym razem jakaś sytuacja związana z waszym dzieckiem zdenerwuje Was lub wytrąci z równowagi, pomyślcie sobie, że Wasze dziecko jest cudem. A Wy bohaterem, który ten cud otrzymał i ma mu pomóc poznać ten świat i dorosnąć. Jeśli kiedyś nić porozumienia między Wami a dziećmi się nadwyręży niech nie ogarnia Was zwątpienie…  Bo nie ma takiej sytuacji, z której nie byłoby wyjścia, choć czasem trzeba na nie poczekać i popracować nad tym. Ale warto dla tych naszych cudów 🙂
    Ja również codziennie walczę dla Marianki. Chce być dla niej bohaterem, który wspiera ją  walce o życie i zdrowie. Bo chcecie to wierzcie lub nie… ale Mania i inne wcześniaki, które czasami spędzają w szpitalu 3, 4 czy 5 miesięcy, są dla mnie najsilniejszymi i największymi Małymi Gigantami i Bohaterami.

  • Upływ czasu

    Dziś w nocy moja córeczka Marianka skończyła 3 miesiące. Jest to o tyle niesamowite, że jeszcze ze 2 – 3 tygodnie powinna siedzieć sobie spokojnie w moim brzuchy. Trzy miesiące… Gdyby ktoś 3 miesiące temu powiedział mi, że Marianka kiedyś będzie sobie tak dobrze radziła i będziemy wyglądać dnia wyjścia do domu, jest szansa że nie uwierzyłabym. Te pierwsze dni i tygodnie były bardzo trudne, były dni które myślałam, że nigdy się nie skończą. Były momenty, kiedy chciałam schować się pod koc i przespać wszystko… Były dni, że trudno mi było myśleć pozytywnie i wierzyć… A dziś? Kiedy spoglądam w tył nie wiem kiedy minęły te trzy miesiące. Dni i tygodnie zacierają się i zlewają. Przetrwałam dzięki mojemu wspaniałemu mężowi, wierze w Boga, a przede wszystkim mojej kochanej Mani, która walczyła… Nie znam nikogo, nawet dorosłego, kto byłby tak waleczny i zdeterminowany żyć. Więc skoro ona w tym swoim maleńkim ciałku, w tych niecałych 800 g, tak bardzo chciała żyć, to ja mogła tylko przyłączyć się do tej walki.
    Czas to coś tak niesamowitego, że z jednej strony wlecze się jak na coś czekasz, a z drugiej strony przemija niesamowicie szybko, kiedy o nim nie myślisz. Mam nadzieję, że najbliższe tygodnie miną mi bardzo szybko i wkrótce będziemy mogli zabrać Manię do domu. A z drugiej strony chcę delektować się każdą chwilą spędzoną z Nią. Bo ona nadal walczy… o każdy samodzielny oddech, o każdy posiłek zjedzony bez przemęczania się i wspomagania tlenem, o każdą chwilę z mamą i tatą, o to aby być zwykłym noworodkiem. Zwykłym, a jednocześnie tak niezwykłym bo Jej życie miało taki trudny początek, a jeszcze wiele przed Marianką. A czas? Czas pokaże… co będzie dalej.

  • Lęk separacyjny

    Z pewnością wielu z Was słyszało o lęku separacyjnym. Hasło te powraca często przy tematach związanych z powrotem mamy do pracy, pójściem dziecka do żłobka lub przedszkola czy wyjazdem, któregoś z rodziców. Jest on związany ze strachem przed rozstaniem i złym samopoczuciem podczas przebywania osobno. Najczęściej o lęku separacyjnym mówi się w kontekście dzieci i ich krótkotrwałym (chwilowym) lub długotrwałym rozstaniu z rodzicami lub opiekunami.
    I właśnie lęk separacyjny przytrafił się mi i Mariance. Co gorsza nie wiadomo, której z nas bardziej dotyczy. Tego czo czuje Mania mogę się jedynie domyślać, po obserwacjach jej zachowania. Kiedy jestem z Nią najlepiej żebym trzymała ją na rękach, ewentualnie jeśli leży w łóżeczku to żebym trzymała ją za rączkę lub główkę. Jeśli wychodzę na chwile, a nie ma przy niej wtedy taty to zaraz się denerwuje. Jak zachowuje się kiedy wychodzę pod wieczór? Jeszcze jakiś czas temu wiem, że była grzeczna i większość czasu spała, a teraz? Nie pytam, bo wolę myśleć, że jest tak nadal. Jak mogę jej pomóc? Jest tak malutka, że mogę ją jedynie zapewniać, że wrócę jak najszybciej i dawać jej tyle miłości ile mogę, spędzając z nią 1/4 doby. Łatwiej jest w takiej sytuacji z odrobinkę starszymi dziećmi. Je też należy zapewniać, że mama przyjdzie, spróbować wytłumaczyć kiedy (np. po podwieczorku, jak się obudzisz lub po spacerze), dotrzymywać słowa i przychodzi o wskazanej porze i tłumaczyć, że mama wychodzi ale kocha nadal, a czas spędzony bez niej też może być fajny. I przede wszystkim wierzyć w to, że dziecko jest bezpieczne i nie wniić siebie, że się je zostawia z kim innym (opiekunką, babcią, czy paniami w przedszkolu). Właśnie ta wiara, że moje dziecko jest pod dobrą opieką sprawia, że mój lęk separacyjny pozwala mi jeszcze funkcjonować. Bo ostatnimi dniami sama go doświadczam, choć oczywiście z innej perspektywy. Wiem, że zobaczę Mariankę następnego dnia po 11, ale i tak każde rozstanie boli… Wiele razy spotkałam się z taką sytuacją u rodziców dzieci z przedszkola, czy zuchów wyjeżdżających po raz pierwszy bez rodziców. I wiem, że najgorsze co można zrobić to poddać się temu lękowi przy dziecku oraz dać mu odczuć, że się boimy. Jeśli dziecko to wyczuje, ono też będzie odczuwało lęk i do zdwojony. Pamiętając swoje rady dla tych rodziców, zaciskam zęby przy Mani i mówiąc, że ją kocham i wrócę szybko wychodzę z oddziału, a wszystkie swoje lęki próbuje poskromić z dala od niej. I choć wielokrotnie radziłam rodzicom aby nie ukrywali swoich odczuć i emocji przed dziećmi, bo one właśnie tak się uczą je oswajać. To w przypadku nieuzasadnionego lęku, związanego z tęsknotą i sytuacją życiową, która nie pozwala nam być 100% czasu z dzieckiem warto akurat to uczucie pozostawić sobie.
    Wiem, że kiedy Marianka wróci do domu sytuacje związane z lękiem separacyjnym mogą się u niej nasilić. Wiem również, że sobie poradzimy i ona i ja… Bo już tyle ciężkich chwil za nami… i tyle pięknych przed nami.

  • Strach przed nowym

    I stało się… Marianka dziś „awansowała” z intensywnej terapii na oddział wcześniaków. W sumie spodziewałam się, że za jakiś czas to się stanie ale dziś zostałam zaskoczona. Z jednej strony poczułam radość, bo to oznacza że Mania radzi sobie coraz lepiej, a z drugiej doznałam uczucia lęku. Jednak przez ostatnie 11 i pół tygodnia przyzwyczaiłyśmy się obydwie do miejsca, do pań pielęgniarek i położnych, miałyśmy jakiś tryb naszego wspólnego czasu. A tu same nowości, inne pomieszczenie, personel medyczny, godziny odwiedzin. Było po prostu inaczej i obydwie to odczułyśmy. Oczywiście mogłyśmy spędzić ze sobą nie 5 a 6,5 godziny, ale było po prostu inaczej, nie lepiej nie gorze a po prostu inaczej. Wiem, że mój lekki niepokój Marianka też odebrała ale trudno czasami trzymać nerwy na wodzy.
    Tak jak mną dziś targały różne emocje od radości po niepokój, tak i każdym człowiekiem, a zwłaszcza dzieckiem targają one w nowych sytuacjach, miejscach, momentach w życiu. Trzeba o tym pamiętać i dać dzieciom możliwość przeżywania tych wszystkich uczuć. To niełatwe, więc muszą one czuć, że rodzic jest przy nich, wspiera je i kocha. Warto wówczas porozmawiać z dzieckiem o tym co czuje, że ma do tego prawo i to normalne. Warto też powiedzieć, że za chwilę coś co jest nowe przestanie nim być. Kiedy poznamy nowe miejsce, osoby, uczucia – zaakceptujemy je, wdrożymy się będzie nam dużo łatwiej i z czasem się przyzwyczaimy. To nie łatwe dla dorosłego, a co dopiero dla dziecka.
    My z Marianką też „oswoimy” nowy oddział, choć mam nadzieję, że już niedługo będziemy przyzwyczajać się do całkiem nowego miejsca, którym jest DOM. A to też z pewnością nie będzie łatwe, ale bardzo wyczekane…