Blog

  • Książkowy TOP mojej córeczki

    Wielokrotnie już pisałam na blogu o książkach. Kiedy watro je zacząć czytać dzieciom i jakie. Przychodzi jednak taki czas kiedy maluchy same zaczynają decydować co się im podoba. Chcą aktywnie uczestniczyć w czytaniu. Dziś chciałabym Wam przedstawić książki, które wybrała jako ulubione Marianka. Po mimo swoich ponad15 miesięcy (skorygowany niecały roczek) jest już dość zdecydowana co się Jej podoba a co nie. Dzięki temu też wspólnie zdecydowałyśmy niedawno na Targach Książki jakimi pozycjami uzupełnić Mani biblioteczkę. Na pierwszy rzut oka było widać co się Jej podoba.

    Poniżej przedstawię Wam książki, które już od kilku miesięcy codziennie goszczą w życiu Marianki oraz „świeżynki” sprzed kilku dni. Tak naprawdę wszystkie są Jej ulubionymi. Właściwie sięga po nie równie często, jedynie pierwsza jest obecnie na etapie „nie mogę bez niej żyć, czytajmy ją na okrągło”. Zaczynamy 🙂

    Wszyscy ziewają” Anity Bijstrerboch to książka z okienkami, która opowiada o zwierzątkach i maluszku, które chcą spać i ziewają. Ilość tekstu jest minimalna, co podoba się młodszym dzieciom. A odgłosy ziewania i poruszanie buziami bohaterów sprawia, że nie mogą się od niej oderwać.

    wszyscy-ziewaja-1wszyscy-ziewaja-2

    Kartki są utwardzane, przez co nieco trudniej je zgiąć. Każdy z dziesięciu bohaterów ma ruszającą się buzię. Im bardziej rodzic wczuje się w rolę tym chętniej maluchy włączą się do ziewania 😉

    Marianka średnio 15 razy w ciągu dnia krzyczy „Aaaaaa” wskazując na półkę z książkami abyśmy wspólnie poziewały.

    Wydawcą książki „Wszyscy ziewają” jest Wydawnictwo „AdaMada”.

    Pucio uczy się mówić” Marty Galewskiej – Kustra jest książką bardzo znaną. Jej podtytuł „Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” mówi najwięcej. Na każdej ze stron znajdziemy inną sytuację dnia codziennego, w której znalazł się Pucio i jego rodzina.

    pucio

    Krótki tekst jest napisany w taki sposób jakby to rodzic opowiadał „co dzieje się na rysunku”. Pojawia się wiele dźwięków – pierwszych wyrazów, które mówią dzieci. Maluchy, które jeszcze nie rozpoczęły mówić, dzięki przygodom Pucia chętniej rozpoczną naśladowanie rodziców.

    Marianka od pierwszego czytania została oczarowana przez tą książeczkę. Zaśmiewała się przy co drugiej kartce. Obecnie każdego dnia inny dźwięk powoduje salwy śmiechu. Chętnie też wskazuje te rzeczy, których dźwięki ja wydaję.

    Książka ma kartonowe kartki, które bardzo ułatwiają wspólne oglądanie. Wydawcą jest „Nasza księgarnia”. Dla dzieci, które już zaczęły mówić więcej autorka proponuje „Pucio mówi pierwsze słowa”. Za jakiś czas z pewnością też po nią sięgniemy 🙂

    Księga dźwięków”, której autorem Soledad Bravi to kolejna pozycja dźwiękonaśladowcza. Zawiera kilkadziesiąt obrazków przedmiotów, zwierząt i osób wydających dźwięki.

    ksiega-dzwiekow-0

    Każdy obrazek jest na innej stronie co pozwala dzieciom skupić się tylko na nim. Rodzic ma za zadanie jak najwierniej przekazać opisany dźwięk. Co oczywiście nie jest trudne 🙂

    ksiega-dzwiekow-1ksiega-dzwiekow-2

    Wiem od rodziców, że każde dziecko ma swoje ulubione obrazki i do nich najczęściej wraca. U Marianki radosny i nieokiełznany śmiech powodują wilk i pistolet, chętnie powtarza dźwięk węża i początek tego „jak robi” katar – czyli „aaa”.

    Kartonowe kartki nadają się do dziecięcych rączek. Sama książka jednak jest ciężka z powodu ilości stron. Wydawcą tego hitu jest Wydawnictwo „Dwie Siostry”.

    A co to?” napisał Hektor Dexet. Marianka wybrała ją spośród kilku innych na Targach Książki i od razu przypadła Jej do gustu. Ile razy dziennie można ją oglądać? Pięć – dziesięć 🙂

    a-co-to-1a-co-to-2

    Zabawna i kolorowa książeczka, która na swoich kartonowych stronach kryje jakąś zagadkę. Dziurki w stronach pomagają rozwiązać zadania i angażują dziecko do wspólnej zabawy. Nie tylko dowiecie się kto się schował za serem, czy gdzie ma swoją kryjówkę królik, ale również kto nie śpi w nocy lub gdzie jest dzidziuś.

    To kreatywna i skłaniająca do działania propozycja Wydawnictwa Mamania. Kartki nie są z grubego kartonu, ale są wystarczająco sztywne dla maluchów.

    Naciśnij mnie”, której autorem jest Herve Tullet, to książka którą odkryłyśmy przez przypadek kilka miesięcy temu. Prosta, wręcz banalna – tak pewnie określiłby ją prawie każdy dorosły. Bo cóż może być zajmującego w kropkach? Trzeba zapytać dzieci, które uwielbiają tę pozycję.

    nacisnij-0

    Książka angażuje dzieci, które muszą naciskać, pocierać, przewracać, potrząsać, dmuchać i klaskać. Dzięki ich zaangażowaniu kropki się zmieniają i sprawiają radość.

     nacisnij-1nacisnij-2nacisnij-3nacisnij-4

    Marianka miała problemy z opanowaniem klaskania. Po parunastu dniach zabawy z „Naciśnij mnie” zaczęła klaskać i to po każdej czynności. Mam nadzieję, że za jakiś czas książeczka pomoże również Jej w opanowaniu dmuchania.

    Dla starszych dzieci autor przygotował podobną propozycję „Kolory”. W jego dorobku znajdziecie też inne ciekawe propozycje, które z pewnością zaskoczą nie tylko dzieci. Wydawcą tej kreatywnej i angażującej książki jest BABARYBA. Jedynym minusem dla maluchów jest to, że książka ma miękkie kartki i maluchy oglądające ją samodzielnie mogą szybką ją zniszczyć.

    Bardzo głodna gąsienica” Erica Carle to książka, którą poznałam pracując jeszcze w żłobku. Prosta historią o gąsienicy, która wyszła z jajeczka i jest bardzo głodna nie tylko angażuje dzieci poprzez dziurki, które przegryza bohaterka w poszczególnych produktach. Dzięki te pozycji dzieci poznają również cykl życia motyla.

    bardzo-glodna-gasienica-miks

    Kolorowe ilustracje, na grubych kartonowych kartkach, zachęcają do oglądania, a dziurki do aktywnego uczestniczenia w historii. Marianka lubi również samodzielnie oglądać tę książeczkę… oczywiście przez dziurki. Zabieramy ją ze sobą kiedy musimy np. czekać u lekarza. Zajmuje na bardzo długi czas.

    Wydawcą jest Wydawnictwo Tatarak, w którego ofercie znajdziecie kilka podobnych pozycji.

    Byłem taki grzeczny” Jen`a Portera to jedna a czterech książeczek z serii „Byłem taki”. Grube, kartonowe kartki sprawiają, że maluchy z łatwością mogą je oglądać samodzielnie.

    bylem-taki-grzeczny-1bylem-taki-grzeczny-2

    Byłem taki grzeczny” przedstawia krótkie opowiadania o dniu bohatera, który pomaga mamie i wykonuje obowiązki domowe. Co mnie najbardziej zdziwiło, Marianka od razu zauważyła, że na jednym obrazku np. mama jest smutna, a na drugim wesoła bo chłopiec jej pomógł. Szybko „wyłapała”, co zrobił aby na koniec dnia czuć się dobrze.

    W serii Wydawnictwo Olesiejuk proponuje również „Byłem taki…” – dzielny, dobry i grzeczny.

    Jest tam kto?” to szwedzki bestseler autorki Anna – Clara Tidholm. W serii kartonowych książeczek znajdziecie również „Gdzie idziemy?”, „A dlaczego?” oraz „Wymyśl coś”.

    jest-tam-kto-1jest-tam-kto-2

    Jest tam kto?” jest tak skonstruowane, że historyjka mówi o wchodzeniu do domku. Należy zapukać w drzwi, na następnej stronie zobaczymy co jest w pokoju oraz kolejne drzwi w innym kolorze, w które trzeba… zapukać. Mała ilość tekstu jest atutem. Dziecko skupia się na pukaniu i kolorach drzwi.

    Wydawnictwo Zakamarki zawsze proponuje nam coś ciekawego. W planach mamy zakup kolejnych części serii.

    Popatrz w niebo” Joanny Gębali i Moniki Zborowskiej to propozycja trzech kartonowych książeczek dostosowanych do wieku dzieci. Wszystkie dotyczą tego co jest nad nami. Ich grafika uwzględnia wiek czytelników i ich możliwości.

    patrz-w-niebo-1-1patrz-w-niebo-1-2

    Pierwsza część przeznaczona jest dla dzieci do pierwszego roku i jest bardzo symboliczna. Nie znajdziecie tam tekstu a jedynie ilustracje, które dorosłym mogą kojarzyć się z kosmosem. Jednak nie szukajcie tam odniesień do konkretnych planet. To raczej swobodna interpretacja przestrzeni kosmicznej. Marianka od pierwszego wejrzenia zauroczyła się tą częścią parę miesięcy temu. Tak Ją zainteresowała, że w trudnych momentach rehabilitacji książeczka pozwoliła odwrócić Jej uwagę od ciężkich ćwiczeń.

    patrz-w-niebo-2-1patrz-w-niebo-2-2

    Druga część zawiera już proste opisy i bardziej konkretne obiekty występujące na niebie. Jest przeznaczona dla dzieci w wieku 1 – 2 lata. Wesołe ilustracje zachęcają do oglądania i dalszego opowiadania. Mariance również się podoba. Chętnie uśmiecha się do planet i pokazuje ich noski 🙂 Nie możemy doczekać trzeciej części, która jest dla dzieci 2 – 3-letnich.

    Wydawcą serii jest Muchomor

    Obracanki”

    To również seria trzech kartonowych książeczek. Każda kartka jest ruchoma i wymaga dopasowania.

    kolory-1kolory-2

    W skład serii wchodzą: Kolory, Liczby, Porównania. Wszystkie są kolorowe i wykonane z twardego kartonu. Z pewnością dla najmłodszych najbardziej odpowiedni będą „Kolory”, ale samo obracanie jest tak zajmujące, że do pozostałych tytułów dzieci szybko dorosną.

    liczby-1liczby-2

    Tę uroczą serię wydała Grupa Wydawnicza Foksal

    Książki dźwiękowe

    My znalazłyśmy akurat takie, ale na rynku można dostać wiele różnych książeczek wydających dźwięki. Marianka miała problem w naciskaniem. A ponieważ lubiła książeczki stwierdziliśmy, że może właśnie one zmotywują ją do zdobycia nowej umiejętności. I tak się stało. Nadal bardzo je lubi. Teraz już samodzielnie ogląda i stara się naciskać w odpowiednich momentach.

    Niestety większość propozycji zawiera bajki i dźwięki z nich pochodzące. Nam zależało najbardziej na tych z dźwiękami naturalnymi. Marianka uwielbia tę z ptaszkami i zwierzętami wiejskimi.

    ksiazeczki-dzwiekowe-miks

    Każda z tych książek jest niesamowita, kreatywna. Wykorzystuje je do terapii i uczenia Mariankę nowych umiejętności. Ale ich największą zaletą jest to, że uwielbia je Mania. Czasami nie do końca wiem dlaczego… Ale tak jest. Wasze dzieci też z pewnością mogą je pokochać.

  • Poczucie winy

    To moja wina… Z pewnością… bo czyja? Dlaczego musiało to spotkać akurat moje dziecko i mnie? Może gdybym inaczej postępowała… była inna… żyła inaczej… A teraz płacimy za to wszyscy… A najbardziej moje dziecko… Czym ja zawiniłam? Co mogłam zrobić inaczej? Dlaczego ja? To moja wina…

    Dziś mogę powiedzieć o tym głośno… Tak właśnie myślałam kiedy Marianka urodziła się za wcześnie, w 25 tygodniu ciąży. I nie tylko tuż po porodzie, nie tylko przez ponad 4 miesiące Jej pobytu w szpitalu, ale jeszcze długo później po powrocie do domu. Chyba czasami nadal mam takie myśli. Zdaję sobie sprawę, że podobnie ma większość mam wcześniaków. I to niezależnie od przyczyn przedwczesnego porodu. Bo co możesz myśleć siedząc przy inkubatorze i widząc swoje dziecko podłączone milionem kabelków do urządzeń? Co innego możesz myśleć widząc jak twoje dziecko cierpi? A do tego masz w głowie, że wszyscy też myślą tak samo. Myślą, że to twoja wina. Kiedy w dobrej wierze rodzina czy znajomi pytają „dlaczego?” a ty nie wiesz co odpowiedzieć. Zwłaszcza kiedy tak jak u mnie do końca nie zdiagnozowano przyczyny. I próbują znaleźć rozwiązanie: może się przedźwignęłaś, może coś zjadłaś i się przytrułaś, a może lekarz był beznadziejny i czegoś nie dopilnował, może nie dbałaś o siebie, może się przeziębiłaś albo brałaś jakieś leki, może… A ty wszystko to i jeszcze więcej bierzesz za pewnik. To moja wina.

    Długo ukrywałam nawet przed mężem, że tak czują. Bałam się powiedzieć tego na głos, aby On nie potwierdził, że też myśli – to twoja wina. Tego chyba bym nie przeżyła. Na szczęście mam cudownego męża, który nie pozwolił mi tak myśleć i mnie wspierał. A ja długo… bardzo długo żyłam z tyłu głowy z myślą – to moja wina.

    Kiedy poczuła się lepiej i przestałam się obwiniać… Nie wiem. Po protu w pewnym momencie przestałam o tym myśleć. Córka i walka o jej zdrowie, rehabilitacja, wizyty u lekarz i codzienna praca z Manią sprawiały, że przestałam się na tym skupiać. A teraz staram się do tego nie wracać. Kiedy to piszę ściska mnie w gardle i łzy same podchodzą do oczu, bo nadal czuję, że to mogła być moja wina. Może kiedyś przestanę tak czuć w ogóle.

    Wydaję mi się, że podobne myśli mogą mieć nie tylko mamy wcześniaków, ale wszyscy rodzice, z których dziećmi coś się dzieje. Czy to mają problemy zdrowotne, z zachowaniem czy innego rodzaju. A przecież nie zawsze wszystko od nas zależy. I choć czasami nieświadomie przyczyniamy się do takich czy innych problemów naszych dzieci nigdy nie chcemy dla nich źle. Prędzej sami byśmy się z nimi zamienili niż pozwolili im cierpieć. I właśnie często przez tę miłość i poświęcenie obwiniamy siebie.

    Jaka jest moja rada. Nie siedzieć i nie rozmyślać. Bo to nic nie da. Działać, próbować pomóc, szukać wsparcia. Nawet jeśli jedynym co możemy zrobić jest ściąganie co 3 godziny mleka, trzymanie ręki w inkubatorze czy śpiewanie kołysanek. Ja podczas tych niemiłosiernie długich dni, tygodni i miesięcy aby nie zwariować dużo z Marianką „rozmawiałam”, o wszystkim Jej opowiadałam, czytałam książki, śpiewałam, modliłam się… Wszystko aby nie płakać przy inkubatorze i nie myśleć, że to moja wina…

    I może kiedyś uwierzę lekarzom, że to nie była moja wina… Tego i Wam życzę

  • Zarządzenie najwyższej wagi!

    UWAGA! UWAGA! Ogłoszenie dla wszystkich rodziców! Aby nie zwariować, aby nie stracić radości bycia rodzicem swoich dzieci zarządzam dzień lenia! Żadnego sprzątania, zbytecznych obowiązków domowych, zamartwiania się, przyjmowania i chodzenia w gości, żadnej pracy, e-maili i innych temu podobnych… To jest właśnie ten dzień, kiedy Ty i twoja rodzina macie wynudzić się i leniuchować cały dzień! Tak powiedziałam ja. Czołowa propagatorka i praktykująca DZIEŃ LENIA 😉

    A tak na poważnie, to rzeczywiście każdemu z nas co jakiś czas przydaje się taki dzień lenia. Kiedy byłam jeszcze zabieganą singielką, raz na miesiąc lub na dwa robiłam sobie taki dzień. Telefon wyłączałam lub odkładałam gdzieś daleko, komputer też odpoczywał. Cały dzień wylegiwałam się w łóżku z lekką książką lub przed telewizorem oglądając raczej mało ambitne komedie amerykańskie lub programy na kanałach kobiecych. Ktoś z Was mógłby powiedzieć, że trwoniłam lub marnowałam te dni. Ktoś inny zaś, że dla niego to nie odpoczynek tylko „odmóżdżenie”. I od razu odpowiadam. Te dni były po to abym dała organizmowi odpocząć. Życie w ciągłym biegu dawało mu się we znaki, a raz na jakiś czas potrzebował się zrestartować. Dotyczyło to zawłaszcza mózgu, który zazwyczaj pracował na największych obrotach. I choć zazwyczaj odpoczywam raczej w sposób aktywny, czy to podróżując czy spotykając się ze znajomymi, to właśnie takie odizolowanie bardzo było mi potrzebne.

    No dobrze, singiel to sobie może pozwolić na wszystko. A co z rodzicami? My też mamy prawo, a wręcz obowiązek aby organizować dla siebie i rodziny dzień lenia. Dzięki temu nauczymy nasze dzieci, że czasami warto się wyłączyć i dać swemu organizmowi odpocząć. Wiadomo, że taki dzień trzeba zaplanować. A właściwie nie planować na ten dzień nic szczególnego. Obowiązki domowe mogą poczekać. Zamiast stać przy garach pół dnia zjedzmy coś co już mamy w lodówce lub zamówmy jakiś domowy obiad do domu. A kto wie, może nawet pizzę 😉 Urządźmy wspólne długie leżenie w łóżku, chodzenie do południa w pidżamach czy dzień bez makijażu. Przygotujmy coś fajnego do oglądania, może domowy popcorn? Niech ten dzień będzie bez pośpiechu, bez „spiny”, bez nikogo oprócz naszej rodziny. Taki nudny wspólny dzień. Gdzie będzie czas na turlanie się po łóżku, przytulanie, wygłupy i nic nie robienie. Pokażmy naszym dzieciom, że to też jest fajne.

    Oczywiście z maluchami może to być trochę kłopotliwe, ale nie niemożliwe. Można przecież zabrać je do swojego łóżka z zabawkami, abyśmy mogli się wylegiwać, a one żeby się bawiły. Wcześniej przygotujmy jedzenie, aby tego dnia „pracę” ograniczyć do minimum.

    Dużo się śmiejmy i odpoczywajmy. Tulmy i wariujmy. Wyłączmy się na innych, a włączmy na siebie. Dajmy odpocząć swemu organizmowi, a zwłaszcza mózgowi. A zobaczycie jak wspaniale się nam odwdzięczą. A dzieci będą czekały na kolejny DZIEŃ LENIA 🙂 Miłego odpoczynku <3

  • Aby nie zgubić się na Święta

    Sprzątanie, mycie okien, zakupy… Babka, sernik, pieczeń… śniadanie, obiad… święconka… goście… zajączek, jakieś głupie szukanie jajek (czego to z Ameryki nie skopiują). Tyle szykowania na dwa dni Świąt. Na Boże Narodzenia to chociaż dłużej wolne jest, a tu już we wtorek do pracy. A dzieci już od czwartku w domu siedzą, Ci nauczyciele to mają dobrze. Niech już będzie po wszystkim. Zostanie tylko sprzątania. A pogody ładnej i tak nie będzie… jak zawsze.

    Nie wiem dlaczego, ale kiedy rozmawiam o Wielkanocy, wiele osób właśnie tak ja postrzega. Dużo szykowania – mało świętowanie. Takie mało pozytywne nastawienie. A przed Świętami wiadomo mnóstwo sprzątania i zakupów. Wszystko w ciągłym biegu. I jakoś tak zapominamy, że dla chrześcijan to Wielkanoc jest najważniejszym ze świąt.

    Dla mnie również Boże Narodzenie ma ogromną magię i jest niezwykle rodzinnym świętem. Jednak to Wielkanoc jest tym czasem, kiedy moje serce bije jakoś inaczej. Dlaczego? Bo to szczególny czas. Całe przygotowanie, które zawiera post i Wielki Tydzień. Niedziela palmowa, która jest zapowiedzią nieuniknionego oraz Triduum Paschalne. Dla osób, które choć raz zagłębiły się w całe to misterium Wielkanoc jest czymś więcej. I warto to pokazać naszym dzieciom. Warto przygotować się do tych Świąt wspólnie, tłumacząc symbolikę i przekazując wartości. Pokazać, że to nie sprzątanie, zakupy, gotowanie i goście są najważniejsi.

    Ale aby to zrobić, trzeba najpierw samemu zastanowić się czy wiemy tak naprawdę czym jest Wielkanoc. Czy kiedykolwiek w dorosłym życiu przygotowaliśmy się do Niej w pełni? Czy potrafimy i chcemy pokazać naszym dzieciom czym jest Zmartwychwstanie? Bo może nie. Może jest nam dobrze tak jak jest. Może wystarczy jak sprzątniemy, ugotujemy, poświęcimy i zjemy. Może tak wystarczy.

    Ja będę chciała Mariance pokazać coś więcej. Z roku na rok będzie rozumiała więcej. Dziś jeszcze nie może uczestniczyć w Triduum Paschalnym czy Rezurekcji. Ale z czasem będzie, a za każdym razem zrozumie więcej, bo Jej to wytłumaczę. Wspólnie będziemy mogły odkrywać tajemnicę Zmartwychwstawania. Dlaczego Pan Bóg posłała swego jednorodzonego Syna aby odkupił grzechy całego świata, moje i Jej. Wspólnie będziemy płakały kiedy w Wielki Piątek usłyszymy słowa „dokonało się”. Wspólnie będziemy się cieszyć słysząc Alleluja! A kiedy podrośnie wspólnie będziemy nocą odwiedzać Groby Pańskie „sprawdzając” czy wszędzie Pan Zmartwychwstał. Bo właśnie to jest ważne w Wielkanocy, że jest Ktoś kto nas tak kocha, że oddał za nas życie. Znacie to… czyż tak nie postępuje najlepszy z rodziców.

    Może takie przeżywanie Wielkiej Nocy nie jest dla każdego. Ale z pewnością ważne aby nie zgubić w przygotowaniach tego co najważniejsze i aby nasze dzieci miały świadomość dlaczego są te Święta.

  • Dla kogo zwierzak?

    Ja chcę pieska… kup mi kotka… ale fajnego chomika ma Basia… te rybki są fantastyczne… marzę o myszoskoczku… naprawdę będę się nim opiekował… zrobię wszystko… Wcześniej czy później większość rodziców stanie naprzeciw takich zapewnień. W niektórych domach zwierzęta są jeszcze przed pojawieniem się dzieci i tu problemu nie ma. Jednak w wielu rodzinach dopiero kilkuletnie dziecko po raz pierwszy porusza temat zwierzaka. Wielu rodziców rozważa jakie i kiedy zwierzątko kupić dziecku. Nie zdają sobie jednak sprawy, że nigdy nie kupuje się zwierzęcia dla dziecka…

    tylko dla rodziny. Niezależnie ile dziecko ma lat i jak bardzo jest odpowiedzialne, to my rodzice podejmujemy zobowiązanie wprowadzając do domu zwierzę. Dziecko może być zmęczone, chore i wtedy nie zajmie się zwierzakiem… o on i tak musi być nakarmiony i zaopiekowany (wyprowadzenie na spacer, wymiana pisaku w kuwecie, wody w akwarium czy trocin). To na nas spada ten obowiązek. A wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego i ma potem pretensje do dziecka, że obiecywało a nie dba. Im mniejsze dziecko tym mniej zdaje sobie sprawę, że zwierzak to obowiązki na stałe, a nie na kilka dni. A nawet starsze dzieci mają z tym pewne problemy.

    Kiedy miała 15 lat, a moja siostra 10 w pracy u mojego taty urodziły się kocięta. Siostra strasznie prosiła rodziców o to aby jedno z nich zabrać do domu. Jak byłam przeciwna. Mówiłam rodzicom, że z tego będą same problemy. Oznajmiłam, że owszem jak już kot będzie w domu to go pewnie polubię, ale nie będę wyręczała siostry w opiece, a rodzice niech później nie narzekają. Nie cieszyłam się wcale, że miałam rację. Siostra dostała kotka, a większość obowiązków spadło na mamę. Kotka przebywała tylko w domu, nie wychodziła na zewnątrz. Każdy dłuższy wyjazd z domu musiał uwzględniać kogoś kto przyjdzie nakarmić kota. Dzikuska atakowała gości, a jak nas dłużej nie było to ze złości wyrzucała ubrania z szafek. Oczywiście były też o dobre momenty kiedy przychodziła się położyć koło kogoś na kanapie czy w chwilach słabości dała się pogłaskać. Ale jednak sporo było z nią problemów. Większość wynikała z baraku jej „wychowania” ale ja zawsze powtarzałam, żeby nie narzekali bo sami tego chcieli. Kiedy po 14 latach, pod nieobecność rodziców, musiałam Wiktorię uśpić bo bardzo chorowała – tez to przeżyłam, pomimo że byłam już dorosła i nie mieszkałam z rodzicami.

    Czy to znaczy, ze nie należy ulegać i wprowadzać zwierząt do domu. Oczywiście, że nie. Zwierzątko to trening odpowiedzialności, ale kontrolowany i wspomagany przez rodziców. Należy jednak wszystko przemyśleć i porozmawiać zarówno z dzieckiem jak i całą rodziną. Pamiętajmy, że każde zwierze żyje przez dłuższy lub krótszy czas, nie wszystkie da się zabrać ze sobą na wakacje i nie wszędzie. Musimy mieć kogoś zaufanego kto zaopiekuje się zwierzęciem podczas naszej nieobecności. Warto by było sprawdzić czy nasze dzieci nie są alergikami na sierść – jeżeli myślimy o zwierzęciu, które ją ma. Zorientujmy się też jakiej opieki wymaga dane zwierze i czy jesteśmy mu ją w stanie zapewnić. Na przykład jeśli jesteśmy „sowami” i lubimy dłużej pospać, a każde 5 minut rano to dla nas skarb, to może pies, którego trzeba codziennie rano wyprowadzić nie będzie dobrym pomysłem. Znajdźmy takie zwierze, które uzupełni naszą rodzinę a nie będzie sprawiało nam kłopot. Bo oddanie zwierzęcia po kilku tygodniach czy miesiącach… jest nie tylko niefajne ale też nie wychowawcze. Sprawiasz problemy, jest trudno – oddam Cię. Taki przekaz budujemy.

    Oczywiście jest też wiele pozytywów płynących z kontaktu ze zwierzętami. Ogromna dawka czułości i wrażliwości jaką dostają dzieci. Nauka szacunku do każdego żyjącego stworzenia. Zwierzę potrafi też zintegrować rodzinę. A takie, które żyje długo… zapełnić pustkę kiedy dzieci dorastają.

    Zanim zatem zgodzimy się na zwierzę w domu. Pamiętajmy, że nie kupujemy go dla dziecka tylko dla całej rodziny.

  • Nie zawsze byliśmy rodzicami

    Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy nie spędzaliście nocy na trybie czuwania? Pamiętacie szalone wypady ze znajomymi, takie tu i teraz? Pamiętacie jak wyjście z domu nie wiązało się z zabraniem ze sobą tysiąca i jednej rzeczy, które na pewno się przydadzą? Pamiętacie czasy kiedy nikt Wam nie przerywał „przytulanek”? Pamiętacie czasy kiedy mogliście spokojnie po ciemku przemieszczać się po mieszkaniu bez obawy nadepnięcia zabawki? A pamiętacie, że… kiedyś nie byliście rodzicami? Może to i głupie pytanie. Ale na serio… pamiętacie?

    Dla jednych czasy sprzed rodzicielstwa to czas sielski i anielski. Dla innych sposobność na wyszalenia się, poczucie „że się żyje”. Jedni do nich tęsknią częściej, a inni czasami. A jeszcze inni nie przyznają się do tego wcale. Bo to, że się tęskni czy wspomina życie bez dzieci nie znaczy, że ich nie kochamy. Albo, że wolelibyśmy ich nie mieć. To wspomnienia, często wyidealizowane naszym obecnym zmęczeniem czy problemami. Czasami wyrzucamy sobie, że nie powinniśmy tęsknić do tych czasów.

    Są osoby, które twierdzą, że rodzicielstwo wcale nie zmieniło ich życia. Ale to chyba nie tak. To, że nadal pracujesz, masz pasje i przyjaciół wcale nie znaczy, że twoje życie się nie zmieniło. Bo czy nadal masz takie same priorytety? Czy nadal masz tyle samo czasu co kiedyś? Może ktoś tak ma. Ja nie.

    Przed ciążą byłam bardzo aktywna zawodowo, społecznie i towarzysko. Wiedziałam, że pojawienie się dziecka wiele zmieni, lecz pragnęłam nadal być aktywna i włączać malucha w to co robię. Bo to jest realne i da się to zrobić. Ja nie miałam takiej szansy, aby od razu moje rodzicielstwo wyglądało tak jak sobie wymarzyłam. Przedwczesny poród i walka ze skutkami wcześniactwa na ponad rok oderwały mnie od poprzedniego życia. Miałam wybór. Albo pożegnać się na zawsze ze starym życie, z tym co było dla mnie ważne. Albo… poczekać. Dać Mariance i sobie szansę na wspólne poznawanie świata, mego świata.

    Często rodzice kiedy poczują, że życie po narodzinach dziecka się zmienia zapominają o dawnych osobach, jakimi byli. Poświęcają się dziecku, rodzinie i pracy. To nie jest złe. Jednak jeśli w 100% zapomnimy o tym co kiedyś było dla nas ważne, przestaniemy być tak naprawdę sobą. Może nie od razu jesteśmy w stanie znaleźć czas na swoje pasje, zainteresowania i przyjaciół. Ale róbmy to stopniowo. Z każdym miesiącem dziecko jest starsze i na więcej możemy sobie pozwolić. Może zamiast spotykać się ze znajomymi na mieście warto ich zaprosić do siebie. Zanim znów wyruszymy na górski szlak zacznijmy spacery po bliższej i dalszej okolicy. Uwielbialiśmy czytać książki? Niech to najpierw będzie 10 min dziennie.

    Takie świadome wybieranie siebie, w ramach możliwości rodziny, jest bardzo ważne. Pokazujemy dziecku, że każdy jest ważny. Pasja i realizacja siebie każdego członka rodziny jest doceniana i wspierane. Pokazujemy dzieciom, że warto mieć zainteresowania i coś co pozwala zachować równowagę. Uczymy przez własny przykład.

    A co z rodzicami, którzy aż nadto realizują siebie. Jeśli to nie przeszkadza tworzeniu relacji z dzieckiem, nie wpływa negatywnie na więzi… To czemu nie. Wszystko jest dla ludzi. Tak jak nie możemy zapominać, że kiedyś nie byliśmy rodzicami – tak też nie możemy zapominać, że nimi jesteś. To my jesteśmy odpowiedzialni za nasze dzieci, ich bezpieczeństwo, wychowanie i opiekę. Nasze pasje, zainteresowania i przyjaciele mają mieć miejsce w naszym życiu, ale nie mogą odbierać go naszym dzieciom. Potrzebny tu jest złoty środek.

    Pamiętajmy też, że kiedyś nasze dzieci dorosną, a my będziemy mieli zdecydowanie więcej czasu. Wtedy może nam być już trudno wrócić do pasji i zainteresowań. Można wprawdzie odkryć nowe. Ale niestety często bywa tak, że jeśli ktoś poświęcił siebie dla wychowania dzieci – często siebie już nie może odnaleźć.

    Wam i sobie życzę znalezienia złotego środka pomiędzy byciem rodzicem, a sobą. Bo przecież to właśnie te dwa elementy sprawiają, że jesteśmy jedyni w swoim rodzaju. A nasi najbliżsi nas kochają 🙂

  • Wielkie problemy małych ludzi

    To były piękne czasy, kiedy największym problemem było to, że nie mogę pobawić się akurat tą zabawką, na którą mach ochotę lub nie dostałem lodów. Nic mnie nie interesowało, nie maiłem „dedlajnów”, rachunków i marudnego szefa na głowie. Nie to co teraz. Ile razy zdarzyło się nam pomyśleć – „Boże chciałbym mieć takie problemy” – słuchając o bolączkach swoich dzieci? A ile razy powiedzieć „Nie przesadzaj”. Bo przecież co to za problemy. A jak to się ładne mówi „Zapomniał wół, jak cielęciem był”. Dorastając zapominamy jak postrzegaliśmy świat jako dzieci i jak wpływały na nas trudności.

    Mając 9 czy 10 lat chciałam dołączyć do kółka tanecznego w klubie przy garnizonie na naszym osiedlu. Marzyłam o tym, aby móc tańczyć i być członkiem zespołu. Na „przesłuchania” pędziłam jak na skrzydłach… a wracałam z płaczem. Nikt nie wytłumaczył dlaczego dostały się te a nie inne dzieci, ale ja byłam przekonana, że nie wzięli mnie z powodu mojej puszystej postury. W domu płakałam godzinami. Wydawało mi się, że świat się skończył. Przecież miałam zostać tancerką… a teraz co? Dla mnie była to taka tragedia, że jeszcze dziś myśląc o tym jest mi przykro. Ktoś mógłby powiedzieć, cóż się stało, może spróbuj czegoś innego, nie było Ci pisane, itp. I choć mama próbowała mnie pocieszać na różne sposoby to uczucie niesprawiedliwości i krzywdy było tak silne, że uspokoiłam się dopiero kiedy fizycznie mnie już to zmęczyło. Bo w tym wszystkim chodzi o emocje jakie człowiek przeżywa.

    Nie ważne ile się ma lat smutek, żal, poczucie krzywdy są takie same. Ich przyczyny, rozwiązanie problemów mogą być różne ale same uczucia czy emocje nie zmieniają się zasadniczo. Powstają w tej samej części mózgu i tak samo są w stanie zawładnąć naszymi umysłami i ciałami. Dlatego tak ważne jest aby w trudnych emocjonalnie chwilach udzielać wsparcia dzieciom. Nie bagatelizować ich problemów, a skupić się na emocjach właśnie. Bo z pewnością same dziecięce problemy jesteś w stanie dość szybko i prosto rozwiązać. Ale to właśnie emocji nie możemy zbagatelizować.

    Nam wydaje się, że problem małego dziecka jest mały. Ale dla niego jest ogromy. Często staje przed takim problemem po raz pierwszy w życiu. Nigdy nie był w takiej sytuacji, a do tego pojawiają się emocje i uczucia, których nie potrafi opanować. Jedynie wsparcie i zrozumienie ze strony rodziców jest w stanie pomóc dziecku nauczyć się radzenia z problemami. Jeżeli raz, drugi zbagatelizujemy problem, bo naszym zdaniem jest błahy, to będzie kiedyś problem poważny, a dziecko do nas nie przyjdzie… przecież i tak nie ma co szukać u nas zrozumienia.

    Dlatego warto od najmłodszych lat wspierać dziecko w pokonywaniu jego problemów. Jest to tez okazja do nauki określania swoich emocji i radzenia sobie z nimi. Ale przede wszystkim do budowania silnej relacji z dzieckiem opartej na zaufaniu. Czasami warto spojrzeć na problem oczyma dziecka i przypomnieć sobie jak sami byliśmy w jego wieku. Wystarczy tak niewiele.

  • Chcę być jak na profilowym… czyli syndrom mamy w dresach

    Nie wiem czy pani mnie poznaje, ale rozmawiałyśmy na FB kilka razy. Nazywam się XY. Ja poznałam panią po Mariance :)”. Takie słowa ostatnio usłyszałam od przemiłej blondynki na sali rehabilitacyjnej. Czy ją poznałam? Dopiero po dłuższej chwili. Zresztą nie był to pierwszy raz kiedy nie rozpoznałam mamy, którą znam z mediów społecznościowych. W mojej głowie to wspaniale wystylizowane, uczesane, umalowana i radosne kobiety. A przede mną stoją często zmęczone mamy ze związanymi włosami, w wygodnym ubraniu, które czasami nosi plamy ulania. Zresztą ja wyglądam tak samo. Kto jest prawdziwy? Ta kobieta na „profilowym” czy mama z maluchem pod pachą?

    Oczywiście to jedna i ta sama osoba. Jednak nasze zdjęcia profilowe często przedstawiają nas w najlepszym momencie naszego życia. Kiedy czułyśmy się najpiękniejsze, atrakcyjne i szczęśliwe. Te zdjęcie wybieramy spośród setek innych. Te zdjęcie często przedstawia nas takimi jakim chciałybyśmy być na co dzień, albo aby nas tak postrzegano. A na co dzień jakie jesteśmy? Zabiegane, zaaferowane dziećmi, domem, pracą ale równie szczęśliwe – tylko może w inny sposób. Jeśli możemy wybieramy wygodne ubrania – zwłaszcza przy małych dzieciach. Często nasza fryzura zamiast zachwycać jest po prostu wygodna (w moim przypadku, taka aby stracić jak najmniej wyrywanych włosów). Nie zawsze mamy czas i chęci zadbać o swój wygląd. Tak jest wygodniej. I zapewniam Was, że pisząc te słowa mam na sobie najwygodniejsze z wygodnych ubrań. Wolałabym abyście mnie jednak taką nie oglądali.

    Czy zatem wstawianie „ładnych” profilowych to nie jakieś oszustwo? Nie. Bo przecież jesteśmy na nich my. A to, że na co dzień tak nie wyglądamy. Może nie wyglądamy teraz. Ale wyglądałyśmy, ale będziemy znów tak wyglądać. Na pewno?

    Bardzo łatwo jest się „zasiedzieć” w wygodnych dresach. Bardzo łatwo jest zrezygnować z butów na wysokich obcasach, wymyślnej fryzury, makijażu… Bardzo łatwo jest zrezygnować lub zgubić siebie. Nie oszukujmy się dres nie jest ulubionym ubraniem większości kobiet. A my mamy nie jesteśmy pod tym względem inne. Tylko w tej chwili jest dla nas wygodniejszy i nie tak szkoda go zniszczyć (ulania, brudne łapki, jedzenie, ślina, wymioty, i wiele innych). Ale bardzo wiele z nas marzy aby znów założyć coś eleganckiego, seksownego i nie „mamowego”. W czym więc problem? W nas. Często szukamy wymówek. Bo nie wyglądam jak przed ciążą (coś o tym wiem), nie mam ciuchów fajnych w tym rozmiarze (a nie kupię, bo przecież wrócę do formy), nie mam czasu, gdzie ja tak wystrojona pójdę… To wszystko są wymówki.

    Ja podziwiam mamy, które na spacer z dzieckiem w wózku zakładają szpilki, najlepsze ubranie, robią fryzurę i pełen makijaż. Nie szydzę… Nie wiem kiedy znajdują na to czas, ale rozumiem je. To normalne, że chcemy czuć się nadal kobieco. To normalne, że nie chcemy być „tylko” mamą. I wystarczy niewiele, żeby tak się poczuć. Zamiast rozciągniętych szaro – burych dresów kupić równie wygodne kolorowe lub może lepiej skrojone. Przed wyjściem robić choć minimalny makijaż (jeśli wcześniej to robiłyśmy). Kupić ubranie, które pasuje do naszej obecnej sylwetki, nawet jeżeli zamierzamy wrócić do formy. Trochę to potrwa, później możemy je odsprzedać. Szukajmy, stwarzajmy takie sytuacje, w których będziemy mogły znów wyglądać atrakcyjnie i kobieco. Aranżujmy spotkania czy wyjścia. Organizujmy raz w miesiącu randkę z mężem/ partnerem gdzie „zrobimy się” na bóstwo.

    Nie siedźmy i nie rozpaczajmy jakie to byłyśmy piękne i młode. Bo nadal takie jesteśmy. Nie patrzmy na nasze zdjęcia profilowe jak na minione czasy lub małe oszustwo. Bądźmy tymi kobietami w wersji codziennej, dostosowanej do naszego życia. A raz na jakiś czas bądźmy gwiazdami. I wtedy zróbmy sobie kolejne cudowne zdjęcie profilowe. Bo kobieta zmienną jest, ma w sobie wiele zagadek i wiele odsłon. Nie zostańmy mamą w dresie na całe życie. Również mentalnie. A przynajmniej ja nie zamierzam 🙂

  • Nie będę siedziała i płakała

    Wiele osób dziwi się, że tak dobrze poradziłam sobie z przedwczesnym porodem, pierwszymi ponad 4 miesiącami życia Marianki spędzonymi w szpitalu, wizytami u nastu specjalistów, ciągłymi rehabilitacjami czy codziennymi ćwiczeniami terapeutycznymi w domu. A ja im odpowiadam „A jak mam się zachowywać ?” Mam siedzieć i płakać? To by nie było dziwne? Wtedy byłabym normalna?

    W życiu spotykają nas najróżniejsze trudności i przeciwności losu. To jak sobie z nimi radzimy wynika z wielu rzeczy. Choćby naszego charakteru, ale też w dużej mierze z tego jak nauczyliśmy sobie z trudnościami radzić w dzieciństwie. Są sytuacje, które będą dla nas ważne mniej lub bardziej. O jedne z nich będziemy walczyć, a inne sobie odpuścimy. Czasami przecież nie warto się kopać z koniem. Ale to wszystko przychodzi z czasem, doświadczeniem i mądrością. A do tego wszystkiego jeszcze trzeba dorzucić nasze emocje i jak potrafimy sobie z nimi poradzić. Czy jesteśmy je w stanie opanować czy też biorą nad nami górę. To wszystko nie jest łatwe. A może właśnie jest?

    Istnieje wiele sposobów na radzenie sobie z trudnymi życiowymi sytuacjami. I każdy ma jakiś sposób. Nawet jeśli nie jest tego świadomy. I ten właśnie sposób radzenia sobie z trudnymi sytuacjami jest pierwszym jaki widzą nasze dzieci. Czy one też będą tak postępowały? Nie koniecznie i nie wszystkie. Jest jednak szansa, że jeżeli nie poznają innych sposobów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami – zachowają się tak jak my. A jeśli nawet nie pójdą w nasze ślady – to wpłynie to na ich spojrzenie na nas.

    Warto jest się więc zastanowić nad sobą i swoim postępowaniem. Co robimy kiedy spotyka nas coś niemiłego, trudnego bądź przygnębiającego? Załamujemy się, walczymy, potrzebujemy czasu, jesteśmy zdezorientowani, rozczulamy się nad sobą… Myśleliście kiedyś o tym? Jak nas wtedy widzą nasze dzieci? Jak nas oceniają? Czy dajemy im poczucie bezpieczeństwa? Co pokazujemy swoim zachowaniem?

    Ja miałam to szczęście, że odkąd pamiętam zawsze w sytuacjach kryzysowych działałam. To działanie dawało mi poczucie, że nie stoją bezczynnie z założonymi rękami. Dawało mi poczucie sprawstwa. Pozwalało zająć głowę i robić coś aby sytuacja była lepsza. Zadanie, zadanie… działanie… To mój sposób na trudne sytuacje. Czy jest najlepszy? Z pewnością nie. Ale dla mnie dobry. Muszę tylko pamiętać, aby w tych zadaniach nie zgubić swoich emocji i uczuć. Pamiętać, że one też mają swój czas i miejsce… aby nie zwariować. Mam nadzieję, że Marianka będzie zawsze widziała mamę zwartą i gotową do mierzenie się ze wszystkimi trudnościami. Mamę, która pokaże, że warto walczyć o siebie, bliskich i to co dla nas ważne. Chciałabym w Jej oczach być osobą, która się nie załamuje tylko próbuje zmieniać świat. Czy mi się to uda? Nie wiem. Ważne, że jestem świadoma swoich wad i zalet. Czy nie mam chwil załamania? Oczywiście, że tak, ale wiem, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. A reszta zależy od Mani.

    Mam nadzieję, że każdy z Was jest zadowolony z tego jak radzi sobie z trudnymi sytuacjami oraz tym w jaki sposób postrzegają go wtedy dzieci. Jeżeli nie… to zawsze można to zmienić. Nie jest to łatwe, ale warto. Bo to miłe uczucie czuć się dobrze z samym sobą i tym jak nas postrzegają dzieci.

  • Empatia… po co to komu?

    W dzisiejszym świecie kiedy liczy się pieniądz, szybkość działania, sukces, parcie do przodu można zadać pytanie po co komu ta cała empatia i gadanie o niej. Przecież empatią nie zapełnię garnka, nie zapłacę za wczasy, nie napełnię baka w samochodzie. Za to jest ona w stanie oderwać mnie od moich spraw, na których powinienem się skupić. Więc może przestać gadać, a zacząć działać. Przestać się rozczulać, a wziąć się w garść. Nie oglądać się na innych, tylko zająć swoimi sprawami. Bo przecież mamy to, co sami wypracujemy i osiągniemy. Nie ma co tracić czasu na jakąś empatię. Ale czy na pewno?

    Słowo empatia oznacza zdolność odczuwania stanów psychicznych, emocjonalnych innych osób. Inaczej to umiejętność spojrzenia na daną sytuację z perspektywy innej osoby. Według badań taka umiejętność ułatwia nawiązywanie i utrzymanie głębszych relacji międzyludzkich. Jeszcze do niedawno nie przykładano do niej tak dużej uwagi, ale coraz częściej nawet pracodawcy zwracają uwagę czy przyszli lub obecni pracownicy ją posiadają.

    Kojarzycie może Sheldon`a z „Teorii wielkiego podrywu” („The Big Bang thoery”)? Ten zdolny fizyk nie posiada empatii. Nie potrafi się wczuć w sytuację innych osób, co powoduje ciągłe spięcia i nieprzyjemne sytuacje. Nie potrafi nawet udawać, że odczytuje stan emocjonalny znajomych i nieznajomych. Jego życie towarzyskie nie jest łatwe. Oprócz grupy najbliższych przyjaciół i rodziny, którzy zaakceptowali Sheldon`a takim jakim jest bardzo trudno mu nawiązać nowe kontakty i znajomości. Czy właśnie tego chcemy dla naszych dzieci? Nie sądzę.

    Oczywiście taki ekstremalnych przykładów jak w serialu jest niewielu. Ale na co dzień możemy spotkać ludzi, którzy nie potrafią lub nie chcą spojrzeć z perspektywy innej osoby. Nie próbują odczytać jak się czuje ich rozmówca. To powoduje, że nie są raczej lubiani i trudno im wykonywać niektóre zawody. Zwłaszcza te, które wymagają kontaktów z klientem czy kontrahentem. Jak więc pomóc naszym dzieciom aby mogły rozwinąć w sobie empatię?

    Przede wszystkim należy zacząć od małego. I jak z każdą umiejętnością to nie słowa a czyny sprawią, że nasze dzieci ją posiądą. Oczywiście przy empatii na pewno pomocna będzie umiejętność nazywania własnych odczuć i emocji. Bo bez tego trudno mówić o rozpoznawaniu ich u innych. Jeśli sami jesteśmy osobami empatycznymi będzie nam łatwiej. Bo wtedy odruchowo uczymy tego nasze dzieci. A jeśli nie? No cóż, empatii można się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

    Warto z dziećmi rozmawiać o tym jak się czują inne osoby w danej sytuacji. Pozwoli to maluchom i starszakom na nawiązanie nowych przyjacielskich znajomości. Należy zacząć od rodziny i najbliższych znajomych, z którymi dziecko ma kontakt. Ale z czasem warto rozmawiać o tym jak mogą czuć się obcy. Dobrym sposobem na naukę empatii jest udział w akcjach charytatywnych, pomocowych. Wtedy warto powiedzieć dziecku dlaczego pomagamy. W jakiej sytuacji są osoby, którym chcemy pomagać. Spróbujmy pokazać dzieciom jak wygląda życie tych osób i jak nasza pomóc, może je zmienić. Czasami wystarczy niewiele. Kupno pokarmów z długim terminem ważności czy przyborów do szkoły i wrzucenie ich do koszyków organizacji pomocowych. Innym razem to pomoc finansowa (wpłaty indywidualne, 1%, udział w licytacjach, itp.). Za każdym razem mówmy dzieciom dlaczego to robimy.

    Jeśli pomożemy naszym dzieciom rozwinąć empatię, będzie im łatwiej w życiu nawiązać kontakty. Choć z pewnością dużo trudniej będzie im obojętnie przejść koło krzywdy innych osób. Ale czy dzięki temu świat nie stanie się choć odrobinę lepszy. A przecież chcemy aby właśnie w ciut lepszym świecie dorastały nasze dzieci. Twórca skautingu w swoim testamencie zostawił takie przesłanie „Zostawcie ten świat trochę lepszym niż go zastaliście”. Ja właśnie tak chcę. Chcę też nauczyć empatii Mariankę aby i ona mogła zmieniać świat. Czy jestem idealistką? Nie, uważam, że to od nas zależy jak żyjemy i czego uczymy nasze dzieci. A również badania dowodzą, że pośród kompetencji poszukiwanych w XXI empatia jest jak najbardziej pożądana.