Tag: dziecko

  • Pożegnanie z pieluchą

    ODPIELUCHOWANIE to słowo, które wielu rodziców przyprawia o zawrót głowy. Często już rodzice kilkumiesięcznych dzieci stresują się myślą, że przyjdzie czas kiedy i Oni będą musieli się z tym zmierzyć. Regularnie dostaję pytania jak sobie poradzić z tym tematem i jak wyglądało to u nas. Dość długo odkładałam ten zagadnienie ponieważ tak jak nie ma dwóch identycznych dzieci, tak i nie ma uniwersalnych sposobów na nieleniuchowanie. Bazując na doświadczeniach mamy i wieloletniej nauczycielki w przedszkolu i żłobku mogę jednak nakreślić kilka podstawowych aspektów związanych z tym tematem.

    Po pierwsze to prawda, że kiedyś dzieci odpieluchowywały się wcześniej. Wynika to przede wszystkim z tego, że nie było pieluch jednorazowych. Zarówno dzieci nie czuły się komfortowo kiedy już po jednym zrobieniu siku pielucha była mokra, jak i rodzicom zależało aby jak najszybciej zrezygnować z tony pieluch i ciągłego prania. Dziś używanie pieluch jednorazowych jest wygodne dla rodziców – odpada aspekt prania i suszenia, ale i dzieciom one nie służą. Przede wszystkim trudniej jest poczuć, że pieluszka jest mokra co za tym idzie połączenie przyczyny i skutku… zrobię siku – jest mi mokro. Oczywiście pieluchy jednorazowe to nie jedyne rozwiązanie w dzisiejszych czasach, ale zdecydowanie większość rodziców z nich korzysta.

    Aby dziecko rzeczywiście odpieluchowało się w sposób naturalny muszą się zadziać dwie rzeczy: gotowość fizyczna i psychiczna. Gotowość fizyczna związana jest zarówno z możliwością samodzielnego siedzenia na nocniku czy sedesie, możliwość samodzielnego dotarcia do tego miejsca też ma znaczenie. O wiele łatwiej dziecku, które jeszcze nie mówi po prostu podejść do nocnika lub ubikacji niż zawołać „siusiu”. Dlatego kiedy rozmawiamy o odpieluchowaniu dzieci o opóźnionym rozwoju ruchowym musimy mieć pełną świadomość zależności między siedzeniem i poruszaniem się a gotowością do korzystania z toalety. Inną ważną rzeczą jest umiejętność kontrolowania swego ciała i zatrzymania moczu aby zdążyć udać się do ubikacji. Dzieci, które nie są w stanie utrzymać go przez chwilę nie będą w stanie zrezygnować w pełni z pieluchy.

    Kolejną sprawą jest gotowość psychiczna. Z jednej strony dziecko powinno kojarzyć odczucie parcia moczu czy kupy a tym, że potrzebuje skorzystać z łazienki, z drugiej samo z siebie nie będzie wiedziało „o co chodzi”. Dlatego tak ważne jest aby maluch wiedział do czego służy ubikacja, nocnik czy podkładka na sedes. Można go zapoznać poprzez posadzenie, wytłumaczenie, przeczytanie książeczki czy komunikowanie, że mama lub tata idą teraz do ubikacji i po co. Dziecko zna świat na tyle na ile go pozna, na tyle na ile pokażemy mu i wytłumaczymy. Nie rodzi się z informacjami gdzie i jak robi się siku i kupę. Dlatego mówiąc o gotowości psychicznej dziecka do odpieluchowania jak najbardziej jestem za nie przymuszaniem ale też za zaznajamianiem z tematem.

    Chciałabym również nadmienić, że „wysadzanie” nie jest odpieluchowaniem samym w sobie tylko jego wsparciem. Jeżeli będziemy wysadzać dziecko regularnie w odpowiednich porach to nawet niespełna roczne dziecko można uznać za „odpieluchowane”. Jednak to nie będzie prawdą. Pozbędziemy się pieluszki na zawsze tylko w momencie, kiedy dziecko samo będzie mówiło/ dawało znak, że chce do toalety. Wcześniej to jest trening, droga do celu ale nie sam cel. Jak najbardziej jestem za wysadzaniem dziecko również po to aby wyrobić w nim nawyk chodzenia do ubikacji przed wyjście z domu, przed spaniem itp. Ale sam nawyk nie wystarczy jeśli dziecko wypije np. więcej płynów i nie powie nam, że potrzebuje skorzystać z łazienki a będziemy akurat w samochodzie.

    Ja miałam ambitny plan zacząć żegnać się z pieluchą Marianki po ukończeniu roku. Jednak plany planami a moja córka w rok to nawet niezbyt stabilnie siedziała. Ale nocnik był w domu, niestety została na nim posadzona trochę wbrew własnej woli (często babcie lub ciocie chcące „pomóc” młodym rodzicom stosują tę praktykę) i jakiś czas trudno było Ją do niego przekonać. Kiedy jednak zaczęła chodzić (niestety dopiero około 2 urodzin) temat odpieluchowania powrócił. Zaczęliśmy od książeczek, rozmów i sadzania na nocnik nie po to aby zrobić siku ale aby poczytać książeczki. U nas od nocnik lepiej sprawdziła się podkładka na sedes – jakoś bardziej przypadła do gustu. Plan na pozbycie się pieluchy i możliwość „poczucia” mokrego zaplanowałam na lato. Jednak okazało się, że Marianka sama zaczęła czuć że „coś robi”. Późna wiosną doszło do tego, że trzeba było zmieniać pieluszkę po jednym „siknięciu”. To był dla mnie znak, że trzeba zaryzykować i pożegnać pieluchy. Oczywiście najpierw zrezygnowaliśmy w dzień, a z czasem kiedy po nocy pieluchy były suche w ogóle. Oczywiście zdarzyło się kilka wpadek, ale moim zdaniem właśnie osiągnięcie tej gotowości zarówno fizycznej jak i psychicznej sprawiło, że odpieluchowani nie było stresujące zarówno dla nas jak i dla Marianki.

    Oczywiście każde dziecko jest inne, z pewnością „szybkie” dzieci które są w ciągłym ruchu mogą mieć trudność z skupieniem się na swoich odczuciach i wychwyceniu tego momentu, kiedy robią siku. Jednak ten moment pójścia do przedszkole (3 lata) jest moim zdaniem naprawdę realnym. Oczywiście mówimy tu o zdrowych dzieciach, bez zaburzeń i trudności. Trzeba pamiętać, że każda trudność fizyczna lub psychiczna będzie wpływała na różne rodzaje zachowań w tym na odpieluchowanie. Dlatego nie można mierzyć dzieci jedną miarą, ale też tłumaczyć wszystkie trudnościami. Nawet dzieci które mają czy afazję, czy zaburzenia całościowe można i trzeba wdrażać do pożegnania się z pieluchą. Należy wtedy porozumieć się terapeutami i ustalić plan działania, tak aby zapewnić dziecku możliwość wejścia na kolejny etap rozwoju i poczucia się „dużym chłopcem/ dużą dziewczynką”.

    Rodzicom, którzy są tuż przed odpieluchowaniem lub w trakcie mogę powiedzieć jedno, nie poddawajcie się ale też wsłuchujcie się w swoje dziecko Ono najlepiej da Wam znać czy jest gotowe czy tylko jest leniuszkiem 😉

  • Pokaż mi jak mogę zrobić to sam czyli Montessori w domu

    Montessori to moda, która przeminie… usłyszałam ostatnio taką wypowiedź. Z pewnością jest w tym trochę prawdy, ale jeśli nawet to kwestia mody nie ujmuje to samej metodzie. Powstała wystarczająca dawno temu aby życie zweryfikowało jej przydatność i zastosowanie zarówno w edukacji jak i w życiu codziennym.

    Kim była Maria Montessori i jak powstała metodą przez nią opracowana możecie przeczytać we wpisie dotyczącym przedszkoli prowadzonych tą metodą. Dziś chciałabym Wam jednak opowiedzieć o „Montessori w domu”. W internecie można znaleźć kilka naprawdę interesujących blogów na ten temat. Ja nie chcę dziś opowiadać o aranżacji przestrzeni (tu polecam kurs Kukumag) czy pomocach/ materiałach bo choć są bardzo ważne to jednak w moim odczuci nie najważniejsze. Tak więc w czym tkwi tak naprawdę siła pedagogiki Montessori?

    Jak dla mnie jest kilka najważniejszych aspektów. Przede wszystkim spojrzenie na siebie z zupełnie innej perspektywy… nie jako nauczyciela świata i życia, ale jako przewodnika a może jeszcze bardziej towarzysza w poznawaniu świata. Montessori proponuje abyśmy obserwowali dziecko i starali się podążać za nim. Kluczowe są tu tz. „okresy wrażliwości” – na porządek, ruch, język, doznania zmysłowe, drobne przedmioty, życie społeczne. Uważność i otwarty umysł dorosłego, który odpowiada na potrzeby rozwojowe dziecka jest kluczem do jakichkolwiek działań.

    Bardzo ważne jest też zaufanie jakim obdarzamy dziecko, co jest przejawem najwyższego szacunku. Korczak, którego również bardzo cenię, mówił że dziecko to nie zapowiedź człowieka czy przyszły człowiek tylko już człowiek – dlatego należy mu się taki sam szacunek jak dorosłym (więcej na ten temat tu). Jeśli my będziemy szanować dziecko, Ono także będzie szanowało innych.

    Montessori zwraca też uwagę na pokazywanie dziecku rzeczywistości, która nas otacza. Naturalnym u dziecka jest chęć poznawania świata wszystkimi zmysłami, ciekawość otoczenia i jego eksplorowanie wpisuję się w naturę dzieciństwa. Umożliwianie właśnie takiego nieskrępowanego poznawania świata nie wiąże się z brakiem granic lecz takich ich wyznaczaniem aby w ich ramach dziecko miało swobodę, a jednocześnie czuło się bezpieczne. Jasno określone zasady zarówno przy nauce z użyciem materiału Montessori jak i w życiu codziennym nie ogranicza wolności tylko zapobiega frustracji lub niebezpieczeństwu. Bo choć dziecku należy się szacunek to jeszcze wszystkiego nie rozumie i nie jest w stanie przewidzieć, dlatego to dorosły musi zadbać o bezpieczeństwo jednocześnie tłumacząc dziecku zasady i przyczyny ich ustalenia.

    Dla mnie w tej metodzie jest bardzo ważne również to, że resekujemy etapy rozwoju dziecka, wspieramy Go w nich ale niczego nie przyśpieszamy na siłę. Podążanie za zainteresowaniami dziecka i wiedza o okresach wrażliwości daje możliwość ułatwiania dziecku nauki ale nie zmuszania Go do niej. Naturalność jest tu kluczowa.

    Z perspektywy mojego macierzyństwa bardzo ważna jest dla mnie samodzielność Marianki, z jednym z ważnych elementów pedagogiki Montessori jest tz. „życie codzienne”. Umożliwianie dziecku uczestnictwa w pracach domowych, zainteresowanie roślinami i zwierzętami, nauka samodzielności – a właściwie pozwalanie na samodzielność stanowią klu tej metody. Pozwolenie na decydowanie o sobie (w ramach możliwości rozwojowych dziecka) i swoim działaniu przy współudziale, a nie nadzorze dorosłego uczy dziecko odpowiedzialności za siebie i innych.

    Jednym z zarzutów w kierunku Montessori jest, że dzieci nie bawią się tylko pracują. A jak inaczej nazwać mozolne poznawanie świata kawałek po kawałku? Nie chodzi o to aby dzieci siedziały nad materiałem ale aby miały otwarty umysł i chłonęły świat całym sobą. Zabawa ma wydźwięk infantylny i mało poważny, a praca to wysiłek. Oczywiście biorą pod uwagę rozwój dziecka to praca w znaczeniu montesoriańskim będzie tak naprawdę zabawą bo daje dziecku ogromną satysfakcję i przyjemność, uczy i otwiera, rozwija kreatywność i wyobraźnię i sprawia, że dziecko jest szczęśliwe i dumne z siebie.

    Może i Montessori dla wielu to moda i szybko przeminie… dla mnie to nie tylko przestrzeń i materiał do pracy ale przede wszystkim zmiana spojrzenia na dziecko i rolę dorosłego w Jego rozwoju. Jeśli nie jesteś gotowy na zmianę tego spojrzenia to nawet najlepiej zaaranżowany pokój i wszystkie pomoce Montessori nie sprawią, że zrozumiesz jakie możliwości daje ta metoda. A jeśli chcesz spróbować inaczej… zacznij od pogłębienia wiedzy o metodzie, czytaj książki samej Marii ale też współczesnych autorów. Można je kupić nawet w sieciówkach i dyskontach tylko trzeba wiedzieć czego szukać. Na początek mogę Ci polecić np. „Metoda Montessori. Naucz mnie robić to samemu” Charlottr Poussin – której już tytuł daje dużo do myślenia 😉

  • Kiedy pada i jest ciemno – co robić z maluchem?

    Jesień i zima to dla maluchów i rodziców nie najłatwiejszy okres. Po lecie, kiedy niemal całe dnie można spędzać na świeżym powietrzu przychodzą zimne, mokre dni, a zaraz po drzemce robi się ciemno. Co wtedy robić? Na pewno nie popadać w zniechęcenie, ale wykorzystać ten czas na zabawę i rozwój naszego dziecka. Ale jak?

    To o czym będę pisała to z pewnością nie jest wiedza tajemna, ale tak właśnie my z Marianką spędzamy czas. To są nasze propozycje dla dzieci w wieku żłobkowym 1 – 3 lata. Oczywiście część z nich będzie dla roczniaków zbyt trudna, ale od czego są ćwiczenia. Trzeba pamiętać, że dzieci same z siebie nie wiedzą jak bawić się w niektóre rzeczy, to my musimy im to pokazać i nauczyć.

    Zapraszamy do wspólnej zabawy 🙂

    Ciastolina i inne masy plastyczne

    To wspaniała zabawa, która rozwija zdolności manualne i ćwiczy koordynację ruchową. Przy maluchach warto bacznie obserwować czy nie będą próbowały jeść ciastoliny. Ma ona specyficzny zapach, a od wąchania do lizania czy gryzienia droga jest już niedaleka 😉

    Ze starszakami warto spróbować innych mas plastycznych, zwłaszcza wykonywanych wspólnie. Przepisy na masę solną czy papierową, kolorowy ryż, jadalną ciastolinę lub piasek księżycowy można znaleźć na wielu portalach internetowych.

    ciastolina

    Wspólne i samodzielne czytanie

    Siły i wartości książek nie można nie doceniać. Obecnie jest tak ogromny wybór książek dla dzieci, że każdy nawet najbardziej wybredny czytelnik znajdzie coś dla siebie. Kampanie takie jak „Cała Polska czyta dzieciom” już od dawna promuje wspólne czytania. Ja zachęcam też do tego aby dzieci miały dostęp do części książeczek – zwłaszcza kartonowych, samodzielnie.

    Rodzice często pytają mnie jak sprawić, żeby maluchy nie niszczyły tych książeczek. U nas Marianka od zawsze była blisko książek. Najpierw tylko słuchała, potem zaczęłyśmy wspólnie oglądać te kartonowe, powtarzaliśmy Jej, że książeczki są do oglądania a nie jedzenia. I kiedy miała około 1,5 roku pozwoliłam Jej samodzielnie je -oglądać. Kilka razy spróbowała je polizać, ze trzy na okładce mają ślady zębów, ale to wszystko. Teraz sama sięga po ulubione pozycje i spędza z nimi sporo czasu.

    ksiazeczki

    Puzzle i układanki

    Rozwijają koordynację wzrokowo – ruchową, ćwiczą skupienie, przygotowują do nauki czytania i pisania. A od czego zacząć? Od tych puzzli, które są drewniane i można je chwycić od góry. Warto wybierać takie, które pod spodem mają taki sam obrazek jak na ruchomym elemencie, to pomoże najmłodszym. Następnie warto sięgnąć po puzzle dwuelementowe. Ciekawe są również układanki typu „uzupełnij element” czy znajdź pary.

    Pamiętajmy, że trzeba dzieciom pokazać jak je powinny składać, bo nie od razu będą wiedziały jak to zrobić.

    puzzledomek-ukladankaukladanka-biedronka

    Klocki

    Ktoś może powiedzieć, że przecież to najprostsza zabawa na świecie. Oczywiście, ale dla maluchów wcale nie takie proste. Zachęcam do tego aby zaczynać od tych klocków z dużymi elementami. Najpierw rodzice budują, a dzieci „rozwalają”, aż w końcu maluchy same spróbują stworzyć np. wieżę. Takie klocki można również wykorzystać do nauki segregowania, kolorów czy sprzątania.

    Kiedy dzieci opanują te najprostsze klocki zachęcam do poszukiwania takich o oryginalnych kształtach kwiatków, kratek, kostek, kół zębatych, itp. Pomogą one rozwijać dziecięcą wyobraźnię – zwłaszcza tę przestrzenną.

    kolckiklocki-wieza

    Wspólne gotowanie

    To niełatwa sztuka, ale zawsze warto spróbować. Oczywiście trudno mówić o gotowaniu z roczniakiem, ale od czegoś trzeba zacząć. Obserwacja to już wiele. Warto wdrażać dzieci do wspólnej pracy, próbowania składników, dawania… Każdy posiłek, choć odrobinę przygotowany przez siebie lepiej smakuje. To tez jeden z pomysłów na „niejadki”. Wiadomo, że zanim zaczniemy gotować trzeba najpierw kupić składniki. Warto w sklepie opowiedzieć dziecku do czego wykorzystamy poszczególne produkty, nazywać je czy wspólnie wybierać.

    dynia

    Zabawy sensoryczne

    Najprościej można nazwać je zabawy rozwijające zmysły: smaku, dotyku, słuchu, węchu, wzroku. Pomysłów zarówno w literaturze jak i internecie jest wiele. Ja zachęcam do samodzielnego tworzenia takich zabaw.

    U nas hitem w zabawach dotykowych jest szukanie kasztanów schowanych w makaronie oraz faktury. Te ostatnie mamy akurat kupne, ale zrobienie ich samodzielnie nie jest trudne. Wystarczy zebrać kilka materiałów o różnych fakturach i przykleić je do kartoników.

    fakturykasztany

    Smak najłatwiej ćwiczyć właśnie podczas zabaw w kuchni.

    Aby rozwijać zmysł słuchy wystarczy kilka prostych instrumentów. Ze starszymi dziećmi można je wykonać samodzielnie. Najprostsze oczywiście będą do wykonania grzechotki, ale pomysłowi rodzice z pewnością mogą pokusić się o wykonanie fletu czy tuby 😉 A potem? Wystarczy wspólny śpiew i muzykowanie. Ze starszakami warto bawić się w próby odtworzenia rytmu lub tworzenia akompaniamentu do znanych piosenek. Można też skorzystać z gotowych dźwięków zwierząt, przedmiotów codziennego użytku czy przyrody i zgadywać „co to?”.

    instrumentyinstrumenty2

    Maluszki czasami nie potrafią „wąchać” na zawołanie. Trzeba pokazać jak to robić. Co możemy wąchać? Co nam wyobraźnia podpowie: przyprawy, kwiatki, potrawy, kosmetyki. Istnieją też gry, w których są gotowe zapachy i trzeba dopasować je do obrazków – Marianka bardzo je lubi.

    nos-w-nos

    Najwięcej zabaw można wymyślić na ćwiczenie wzroku. Bo zaczynamy od książeczek kontrastowych – a może wspólnie stworzyć własną, poprzez szukanie dwóch takich samych rzeczy, segregowanie kolorów czy kształtów, a kończąc na chowaniu rzeczy i zgadywaniu czego brakuje.

    Zabawy plastyczne

    Kredki i farby to coś czego nie powinniśmy unikać. Oczywiście pierwsze prace maluchów nie będę zbyt… podobne do czegokolwiek, ale i tak bardzo ważne. Im szybciej dzieci będą rysowały, malowały i kolorowały, tym szybciej opanują chociażby poprawny chwyt. Nie jest to łatwe i nie należy maluszków od razu do tego zmuszać, ale ważne jest aby dzieci w ogóle chciały rysować i malować. Na początku najczęściej maluchy mają problem ze zbyt delikatnym lub mocnym naciskiem na kredkę. Na szczęście teraz są bardzo fajne, grube kredki, którymi łatwiej rysować.

    Jeżeli chodzi o farby to rodzice często boją się bałaganu i rozlanej wody. Na początku można skorzystać z farb w sztyfcie, kredek wodnych lub farb w pędzlu.

    Im dzieci starsze tym można pokusić się o wydzieranki czy wyklejanki. Tylko wyobraźnia nas ogranicza.

    Pamiętajmy, że mało które dziecko usiądzie do stolika od razu na dłużej. Na początku cieszmy się z minuty czy dwóch. A, że trening czyni mistrza, a dzieci uczą się skupienia to z czasem opanują i tę umiejętność. Pomoże im to również w adaptacji do przedszkola.

    kredki

    Naklejki

    Na początku dzieci nie bardzo potrafią z nich korzystać, warto zacząć jedynie od przyklejania, a to rodzic niech odkleja je. Pomóżmy dziecięcym rączkom nakierować się na odpowiednie miejsce. Można zacząć też jedynie od przyklepywania cała rączką naklejki. Teraz są dostępne książeczki właśnie dla najmłodszych z dużymi elementami do przyklejenia. Dla 2 – 2,5 latków można już zaproponować takie gdzie nie tylko trzeba coś przykleić, ale wykonać do tego jakieś proste zadanie.

    Naklejki rozwijają bardzo koordynację oko – ręka i ćwiczą skupienie oraz dokładność.

    naklejki

    Gry dla najmłodszych

    Niewiele firm proponuje gry dla dzieci poniżej 3 lat, ale nawet te można wykorzystać do zabawy z młodszymi. Wystarczy uprościć zasady lub wymyślić własne. Najbardziej nadadzą się do tego wszelkiego rodzaju loteryjki, dopasowywania par czy memory. Warto na daną grę spojrzeć szerzej i nie skupiać się tylko na tym do czego przeznaczył ją producent. Jakiś czas temu trafiłyśmy na grę z drewnianymi zwierzątkami w różnych kolorach. Trzeba w niej wyrzucić na kostce kolor i zebrać cały zestaw zwierząt. My jednak wykorzystujemy ją do nauki kolorów, segregowania, wyszukiwania „takiego samego”.

    gra-kolorygra-loteryjka

    Bańki mydlane

    Zawsze i wszędzie zajmą maluchy na krótszą lub dłuższą chwilę. My zawsze mamy je pod ręką, choćby po to aby na chwilę odetchnąć przed kolejną zabawą.

    Starszym dzieciom warto zaproponować aby to one puszczały bańki, to wspaniała zabawa logopedyczna.

    banki

    Piasek kinetyczny

    To w sumie jedna z mas plastycznych, ale Marianka go uwielbia. To taki mini substytut piaskownicy i wspomnienie lata. Warto zaopatrzyć się w folię do położenia na miejscu zabawy, łatwiej wtedy sprzątnąć i piasek nie jest wtedy zanieczyszczony niczyim innym.

    Piasek może tez pomóc tym dzieciom, które nie lubią dotykać tego prawdziwego w piaskownicy. W domowych warunkach łatwiej się przełamać i przyzwyczaić do tej specyficznej w dotyku materii.

    piasek-kinetyczny

    I ostatnia ale najważniejsza… zabawa swobodna

    Ktoś mógłby powiedzieć cóż w niej niezwykłego i trudnego zarazem. Ale jest wielu rodziców, którzy wiedzą, że aby dziecko samo się pobawiło musi najpierw być tego nauczone (jak? Przeczytasz tu).

    zabawa-swobodnazabawa-sw

    To tylko kilka pomysłów, które my najczęściej wykorzystujemy. Ale tak naprawdę to wszystko co jest w domu może być inspiracją do wspólnej zabawy. Rodziców, który mają chęć do tworzenia samodzielnego zabawek i to takich rozwijających zachęcam do zajrzenia na Instagramie na profil @zabawy_liliany – tam bardzo kreatywna mama – nauczycielka przedszkola prezentuje swoje pomysły. Bardzo polecam

  • Wakacje pod namiotem z dzieckiem – koszmar czy przygoda?

    Wakacje z maluchem pod namiotem? O tak! Byliśmy, sprawdziliśmy i polecamy. Warto jednak pamiętać o kilku ważnych sprawach, aby wymarzone wakacje nie zmieniły się w koszmarek. Warto zrobić sobie listę rzeczy do zabrania i podczas pakowania sprawdzić dwa razy czy wszystko zabraliśmy – my o kilku ważnych rzeczach zapomnieliśmy, ale i tak daliśmy radę 🙂

    Zanim w ogóle zabierzemy się za pakowanie warto sprawdzić co oferuje pole namiotowe (lub inne miejsce) gdzie będziemy nocować. Czy jest tam łazienka z ciepła wodą, dostęp do prądu, jakaś gastronomia, czy to zupełna głusza i wszystko trzeba mieć swoje. Tak czy siak oto mała ściągawka, co warto zabrać ze sobą i na co zwrócić uwagę.

    LEKI

    To najważniejsze o czym nie możemy zapomnieć – zwłaszcza jeśli dzieci przyjmują coś na stałe lub nie można dostać tego bez recepty. Nie możemy też zapomnieć o lekach od gorączki (a przy tym o termometrze), czymś od komarów – u nas sprawdziły się plasterki, opatrunkach na drobne otarcia lub rany. To według mnie minimum, które powinniśmy zabrać w każdą podróż, a już zwłaszcza pod namiot. Wart pomyśleć też o wapnie i czymś na biegunkę.

    JEDZENIE

    Jeżeli nasze dziecko je już wszystko to co my, to sprawa jest prosta. Trochę trudniej kiedy jeszcze korzysta z butelki, kasze, itp. Wtedy niezastąpiony okaże się podgrzewacz – najlepiej samochodowy lub jakiś mały podręczny (jeśli będziemy mieli dostęp do prądu). Warto sprawdzić czy wszystkie części butelki zabraliśmy (ja zapomniałam zakrętki i trudno było wymieszać mleko) i odpowiednią ilość kaszek lub słoiczków. Zachęcam aby zawsze mieć w zapasie, na wszelki wypadek. Pomyślmy też o przekąskach, owocach, itp. bo w pobliżu może nie być miejsca aby je kupić.

    Czy zabierać ze sobą krzesełko do karmienia? My karmiliśmy Mariankę na kolanach lub w spacerówce. Oczywiście to ostatnie rozwiązanie może skończyć się koniecznością czyszczenia wózka, ale zawsze więcej miejsca w bagażniku zostaje wolnego.

    ZAKWATEROWANIE

    Jaki namiot wybrać? To już od was zależy. Ile dni w nim spędzicie. Czy wszystkie rzeczy będziecie w nim trzymać, czy tylko najpotrzebniejsze? Ile osób będzie w nim spało? Warto pamiętać, że maluch powinien spać pomiędzy dorosłymi, aby było mu cieplej i czuł się bezpieczny. Jeżeli decydujecie się na dwa materace, ułóżcie dziecko tak aby nie spało na styku, bo tam zawsze będzie mimo wszystko ciągnęło od ziemi. Sprawdźcie też jaką szerokość ma komora sypialni i czy na pewno wasze materace tam się zmieszczą (to, że na namiocie jest oznaczenie „4” jak się okazuje – nie zawsze dwa materace „2” się w nim mieszczą). Nie zapomnijcie też o pompce do tych materacy – jak my to zrobiliśmy. Dmuchanie ustami nie jest fajne. No i oczywiście latarki… Bez tego ani rusz 🙂

    Ustawiając namiot sprawdźcie kto jest waszymi sąsiadami. Wybierzcie rodziny z dziećmi w podobnym wieku. Dzięki czemu w podobnym czasie w namiotach będzie cisza. Wybudzony maluch w nowym miejscu może mieć problemy z ponownym zaśnięciem.

    SPANIE

    Podstawa to dobry śpiwór. Można kupić takie specjalne dla dzieci, albo wykorzystać ten, którego używamy zimą w wózku. Należy jednak pamiętać, że jego długość musi być większa niż nasze dziecko. Powinno ono móc w nim swobodnie zmienić pozycję. Przed wyjazdem wypróbujmy go w domu. Niech maluch wejdzie do niego, pobawi się w nim, oswoi.

    Warto też zadbać o odpowiednie ubranie do snu. Zależy to wszystko oczywiście od temperatury na zewnątrz. My zdecydowaliśmy się na cienki pajacyk oraz spodnie i bluzę dresową (nie przesadnie grube). Stój dopełniliśmy cieplejszymi skarpetkami i cienką czapeczką. Marianka się nie przegrzała, ani nie zmarzła. Trzeba to kontrolować na bieżąco. Pamiętajcie, że zawsze rano jest zimniej i warto mieć pod ręką kocyk, aby w razie czego nakryć dziecko.

    Warto też pamiętać o rytuałach podobnych jak w domu. To pomoże dziecku szybciej zasnąć. Przebywając na świeżym powietrzu z pewnością szybciej się zmęczy i może być tak, że będzie radość i zabawa, a za chwilę płacz – bo znienacka dopadło zmęczenie.

    HIGIENA

    W czym będziemy myć nasze dziecko? To zależy. Wiele pól namiotowych oferuje prysznice i dostęp do ciepłej wody. Wtedy wystarczy zabrać środki higieniczne i ręcznik. Pamiętajmy tylko aby nie sadzać dziecka w ogólnodostępnym brodziku. Możemy wykorzystać większą miskę lub klapki jeżeli dziecko stoi już stabilnie. Jeżeli nie mamy dostępu do prysznica to warto zaopatrzyć się w większą miskę lub zabrać wanienkę, którą uzupełnimy ciepłą wodą. Nie zachęcam do mycia maluchów w jeziorze lub rzece. Może to być trudne a i niebezpieczne za razem.

    ZABAWKI

    Maluch na wyjeździe w zasadzie nie potrzebuje dużej ilości zabawek. To raczej podróż może wymagać kilku „zapychaczy” czasu. Na miejscu z pewnością przyda się ulubiona maskotka lub zabawka, może piłka, wiaderko i zabawki do piasku. Jeśli jest to miejsce nad wodą to coś dmuchanego. Dla maluchów warto pomyśleć o basenie jeśli woda jest zimna i głęboka. A poza tym… to przestrzeń, w której będziemy powinna im dostarczać pomysłów na zabawy.

    PRZEMIESZCZANIE SIĘ

    Jeżeli planujemy wędrówki, zwiedzanie, itp. nieodzowny jest oczywiście wózek. Warto jednak planując takie eskapady zastanowić się nam możliwościami naszego „pojazdu”. Czy jest lekki i da się w niektóry miejsca wnieść, czy ma pompowane koła i bezdroża nie stanowią dla niego przeszkody. Czy rozkłada się na płasko i na dłuższej wędrówce nasz maluch będzie mógł w nim zasnąć. To właśnie te czynniki powinny decydować o miejscach jakie odwiedzimy.

    Oczywiście problem staje się mniejszy jeżeli korzystamy z dobrych nosideł ergonomicznych lub chusty.

    I NAJWAŻNIEJSZE

    Dobre nastawienie. Jeżeli będziemy jechać z nastawieniem, że będzie trudno i beznadziejnie… to tak będzie. Jeżeli zaś będziemy czekali na wspaniałą przygodę z naszym maluchem… to właśnie ją przeżyjemy. Czego Wam bardzo życzę 🙂

    PS: nie pisałam o ubrankach i pieluchach – bo tu już każda mama sama wie jak najlepiej spakować swego malucha

  • Dla kogo zwierzak?

    Ja chcę pieska… kup mi kotka… ale fajnego chomika ma Basia… te rybki są fantastyczne… marzę o myszoskoczku… naprawdę będę się nim opiekował… zrobię wszystko… Wcześniej czy później większość rodziców stanie naprzeciw takich zapewnień. W niektórych domach zwierzęta są jeszcze przed pojawieniem się dzieci i tu problemu nie ma. Jednak w wielu rodzinach dopiero kilkuletnie dziecko po raz pierwszy porusza temat zwierzaka. Wielu rodziców rozważa jakie i kiedy zwierzątko kupić dziecku. Nie zdają sobie jednak sprawy, że nigdy nie kupuje się zwierzęcia dla dziecka…

    tylko dla rodziny. Niezależnie ile dziecko ma lat i jak bardzo jest odpowiedzialne, to my rodzice podejmujemy zobowiązanie wprowadzając do domu zwierzę. Dziecko może być zmęczone, chore i wtedy nie zajmie się zwierzakiem… o on i tak musi być nakarmiony i zaopiekowany (wyprowadzenie na spacer, wymiana pisaku w kuwecie, wody w akwarium czy trocin). To na nas spada ten obowiązek. A wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego i ma potem pretensje do dziecka, że obiecywało a nie dba. Im mniejsze dziecko tym mniej zdaje sobie sprawę, że zwierzak to obowiązki na stałe, a nie na kilka dni. A nawet starsze dzieci mają z tym pewne problemy.

    Kiedy miała 15 lat, a moja siostra 10 w pracy u mojego taty urodziły się kocięta. Siostra strasznie prosiła rodziców o to aby jedno z nich zabrać do domu. Jak byłam przeciwna. Mówiłam rodzicom, że z tego będą same problemy. Oznajmiłam, że owszem jak już kot będzie w domu to go pewnie polubię, ale nie będę wyręczała siostry w opiece, a rodzice niech później nie narzekają. Nie cieszyłam się wcale, że miałam rację. Siostra dostała kotka, a większość obowiązków spadło na mamę. Kotka przebywała tylko w domu, nie wychodziła na zewnątrz. Każdy dłuższy wyjazd z domu musiał uwzględniać kogoś kto przyjdzie nakarmić kota. Dzikuska atakowała gości, a jak nas dłużej nie było to ze złości wyrzucała ubrania z szafek. Oczywiście były też o dobre momenty kiedy przychodziła się położyć koło kogoś na kanapie czy w chwilach słabości dała się pogłaskać. Ale jednak sporo było z nią problemów. Większość wynikała z baraku jej „wychowania” ale ja zawsze powtarzałam, żeby nie narzekali bo sami tego chcieli. Kiedy po 14 latach, pod nieobecność rodziców, musiałam Wiktorię uśpić bo bardzo chorowała – tez to przeżyłam, pomimo że byłam już dorosła i nie mieszkałam z rodzicami.

    Czy to znaczy, ze nie należy ulegać i wprowadzać zwierząt do domu. Oczywiście, że nie. Zwierzątko to trening odpowiedzialności, ale kontrolowany i wspomagany przez rodziców. Należy jednak wszystko przemyśleć i porozmawiać zarówno z dzieckiem jak i całą rodziną. Pamiętajmy, że każde zwierze żyje przez dłuższy lub krótszy czas, nie wszystkie da się zabrać ze sobą na wakacje i nie wszędzie. Musimy mieć kogoś zaufanego kto zaopiekuje się zwierzęciem podczas naszej nieobecności. Warto by było sprawdzić czy nasze dzieci nie są alergikami na sierść – jeżeli myślimy o zwierzęciu, które ją ma. Zorientujmy się też jakiej opieki wymaga dane zwierze i czy jesteśmy mu ją w stanie zapewnić. Na przykład jeśli jesteśmy „sowami” i lubimy dłużej pospać, a każde 5 minut rano to dla nas skarb, to może pies, którego trzeba codziennie rano wyprowadzić nie będzie dobrym pomysłem. Znajdźmy takie zwierze, które uzupełni naszą rodzinę a nie będzie sprawiało nam kłopot. Bo oddanie zwierzęcia po kilku tygodniach czy miesiącach… jest nie tylko niefajne ale też nie wychowawcze. Sprawiasz problemy, jest trudno – oddam Cię. Taki przekaz budujemy.

    Oczywiście jest też wiele pozytywów płynących z kontaktu ze zwierzętami. Ogromna dawka czułości i wrażliwości jaką dostają dzieci. Nauka szacunku do każdego żyjącego stworzenia. Zwierzę potrafi też zintegrować rodzinę. A takie, które żyje długo… zapełnić pustkę kiedy dzieci dorastają.

    Zanim zatem zgodzimy się na zwierzę w domu. Pamiętajmy, że nie kupujemy go dla dziecka tylko dla całej rodziny.

  • Mini odbicie w lustrze

    Od urodzenia dzieci obserwują świat aby go poznać. Tak jak każdy człowiek w nowym miejscu chcą się dostosować aby czuć się bezpiecznie i „u siebie”. Dość wcześnie zauważają, że wokół nich są inni do nich podobni. Obserwując ich stają się jedyni z nas. Pierwszymi obiektami ich zainteresowań są rodzice i rodzeństwo. Nie tylko patrzą, ale też z czasem zaczynają naśladować. I w ten sposób zaczyna się zabawa z „lusterko”. Możemy w nim często zobaczyć małą wersję siebie. Czy podoba nam się ten obraz?

    Badania prowadzona już na 4 miesięcznych dzieciach pokazują, że bardzo szybko uczą się przez naśladownictwo. Wystarczy pokazać im jakąś minę czy wyciągnąć język, a po kilku próbach będą już robiły to bezbłędnie. I będzie im to sprawiało wielką przyjemność. Z badań możemy się też dowiedzieć, że jeszcze znacznie szybciej dzieci uczą się poprzez obserwację innych dzieci niż dorosłych. Co to dla nas oznacza? Bardzo dużo.

    Oznacza to, że tak jak my będziemy się zachowywać w różnych sytuacjach, tak też będą się zachowywały nasze dzieci. Czasami nam się wydaje, że wystarczy powiedzieć coś dziecku i ono powinno to zrozumieć i tak robić. Jednak kiedy co innego mówimy, a co innego robimy – to właśnie przekaz niewerbalny trafia bardziej do nich. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze to właśnie obserwacja jest naturalnym i wrodzonym sposobem nauki każdego człowieka. Po drugie dzieci nie zawsze rozumieją wszystkie słowa i kontekst wypowiedzi rodzica. Dlatego przekaz słowny nie zawsze trafia do nich. I to niezależnie od wieku dziecka. Zwłaszcza, że mamy często tendencję do przydługich wypowiedzi i stosowania przenośni czy ironii. Dlatego dopiero połączenia przekazu werbalnego i niewerbalnego daje największy sukces komunikacyjny.

    Dzieci są wspaniałymi obserwatorami, a my nieświadomymi ich inspiratorami. Pamiętam, że podczas rozmowy z jedną mamą mojego wychowanka, ona stwierdziła, że chłopiec używa specyficznych stwierdzeń i intonacji, np. „widziałem” kiedy ktoś coś zrobił. A ja uświadomiłam sobie, że właśnie w ten sposób mówię, kiedy chcę aby dzieci z grupy wiedziały, że widzę co robią i nie podoba mi się to, ale daję szansę aby nie szły w tym dalej. Nie wspomnę już obserwacji maluchów bawiących się w dom i stwierdzeń „przynieś mi trochę piwka żonko” czy „ chodźmy na papieroska”. Z pewnością znacie też te dowcip, że prze dwa pierwsze lata nakłania się dziecko do powiedzenia pierwszych słów, a wystarczy raz powiedzieć przy nim „dupa” a od razu powtórzy. Dzieci naśladują przede wszystkim to co wydaje się im atrakcyjne. A co uważają za takie? To co jest robione i mówione przez dorosłych, starsze rodzeństwo lub podziwianego kolegę.

    Jak sobie radzić z taką sytuacją? Przede wszystkim być autentycznym i zachowywać się tak jak chcemy aby zachowywały się nasze dzieci. Nie przekazujmy sprzecznych komunikatów werbalnych i niewerbalnych. I bądźmy świadomi, że mamy w domu swoje odbicie w lustrze, tylko takie mini. Odbicie, dla którego jesteśmy najważniejsi na świecie. Dla którego jesteśmy alfą i omegą. Tak będzie przez długi czas. Do kiedy? W przedszkolu do osób, które dzieci naśladują zaliczyć można ukochaną panią i kolegów. W pierwszych latach szkoły podstawowej jest podobnie. Z czasem oczywiście zyskują koledzy – grupa rówieśnicza. Ale jeśli powstała w najmłodszych latach więź między rodzicami i dzieckiem jest silna to nadal oni pozostaną głównymi osobami, które naśladują. Często bardzo nieświadomie.

    Czy to źle czy dobrze? Oceńcie sami.

  • Czas z dzieckiem… liczy się jakość

    Ten weekend był naprawdę cudowny. Piękna pogoda i czas spędzony z rodziną. Nigdzie się nie spieszyliśmy. Nigdzie nie biegliśmy. Mieliśmy czas na wspólny spacer, obiad, wygłupy, śmiechy i nic nie robienie. Tak właśnie tworzy się więzi rodzinne, tak tworzy się wspomnienia. Jednak wielu rodziców nadal nie zdaje sobie prawy, że nie tylko ilość czasu spędzanego z dzieckiem się liczy. Najważniejsza jest jego jakość. A co to właściwie oznacza?

    Kilka lat temu prowadziłam spotkanie dla rodziców na temat czasu spędzanego z dziećmi. Okazało się, że jest jego nie aż tak dużo, zwłaszcza jak rodzic pracuje. Im mniejsze dziecko tym ten czas jest krótszy, bo więcej czasu śpi. Analizowaliśmy też czas spędzony z dziećmi pod kątem jego wpływu na relacje (ich tworzenie i wzmacnianie). Uczestnicy doszli do zaskakujących wniosków. Okazało się, że bywają dni, że 15 minut bezpośredniej relacji rodzic – dziecko, takiej która skupia się tylko i wyłącznie na nich, to i tak dużo. Nie wierzycie? Zastanówmy się więc czy to prawda. Jeśli pracujemy, to większość czasu podczas dnia spędzamy bez dziecka. Widzimy go rano oraz po południu i wieczorem. Odliczmy czas na ewentualne powroty z przedszkola, żłobka czy szkoły. Rano to jesteśmy wszyscy w większości zaspani więc skupiamy się, żeby jakoś się zorganizować do wyjścia. W domu jest czas na obiad, chwila na lekcje ze starszymi dziećmi, może jakiś telewizor, kolacja, kąpiel i czas spać. W tym wszystkim łatwo się zagubić. Przy mniejszym dziecku wprawdzie może odpaść praca, ale wszystkie obowiązki domowe już nie. Może zatem w weekend znajdziemy czas. Bywa, że sobota i niedziela to dni, w których staramy się nadrobić to czego nie udało się nam zrobić w ciągu tygodnia, może jakieś większe zakupy, odwiedziny. I czas ucieka. A jak wygląda spacer z małymi dziećmi? Czy jest podczas niego rozmowa, opowiadanie o tym co jest wokół? Czy może przemierzenie osiedla w ciszy? A później słyszę, jak mama mówi „dlaczego on się tak domaga mojej uwagi, przecież jestem z nim cały czas…”

    Sama wiem, że trudno się z tym wszystkim ogarnąć. U nas dochodzą jeszcze w tygodniu codzienne rehabilitacje, terapie czy wizyty u specjalistów. W biegu łatwo jest przegapić najważniejsze.

    A jak temu zaradzić? Nie jest to może łatwe, a może właściwie jest. To kwestia zaangażowania. Bo cóż trzeba aby czas przebywania razem nie był tylko „przebyciem”? Trzeba się zaangażować w relację. Podczas powrotu z przedszkola można rozmawiać o tym co się tam wydarzyło, czego dziecko się nauczyło lub co było na obiad. Można ten czas wykorzystać na wspólne zabawy typu „Co widzi moje bystre oczko”. Zaangażujmy dziecko do wspólnych zakupów czy gotowania. Rozmawiajmy przy tym, tłumaczmy dlaczego tak coś robimy a nie inaczej. To samo tyczy się obowiązków domowych. Wiem, że samemu szybciej pewne rzeczy możemy zrobić. Ale coś za coś. Wygospodarujmy też codziennie czas na zabawę lub grę, którą wybierze dziecko. Nie musi trwać to długo, ale codziennie i zawsze o podobnej porze. Zorganizujmy tak wieczór, żeby nie był bieganiną a czasem wyciszenia i odprężenia. Przed snem niech się znajdzie czas na wspólne czytanie i rozmowę. To właśnie wtedy wiele dzieci mówi najważniejsze rzeczy dotyczące mijającego dnia. Wtedy trzeba wykazać największą czujność aby nie przegapić ważnej informacji. Może to być jakaś ukryta skarga czy coś złego co się wydarzyło. A może właśnie coś co przysporzy nam powodów do dumy.

    To wszystko jest kwestią naszego wyboru. A tworzenie relacji nie jest łatwe. Ale jeżeli nie zadbamy o nie kiedy dzieci są małe, nie liczmy na wiele w momencie kiedy będą nastolatkami. Bo to co zasadzimy dziś, wykiełkuje jutro. Czas z dzieckiem trzeba przeżyć, a nie przebyć. Czego i Wam i sobie życzę.

  • Reklamy… zmora rodziców

    Piękne obrazki… coś się rusza… coś gra… wspaniale, kolorowo… i wszystko takie cudowne… i wszystko musisz mieć… i wszystko takie prawdziwe… Tak właśnie dzieci, do pewnego wieku, postrzegają reklamy. Widząc coś, co jest w telewizji i w to wierzą. Nie odróżniają świata realnego od fikcji. Dla nich wszystko co zobaczą i usłyszą jest prawdziwe, a zwłaszcza w telewizji. Dla nich słowo reklama nic nie znaczy, a raczej tyle samo co informacje.

    I tu pojawia się problem wielu rodziców. Skoro dzieci wierzą, że to co jest w reklamie to prawda, przyjmują za sprawdzoną informację, to wszystko chcą mieć. A jak wiadomo rodzice raczej nie są zainteresowani kupnem wszystkich zabawek na świecie. Idzie to jeszcze dalej. W sklepie dzieci potrafią namawiać do zakupy żywności lub chemii danej firmy, bo „pani w telewizji mówiła, że jest najlepszy”. A co za tym idzie, jeżeli rodzic myśli inaczej, co bardziej krnąbrne maluchy potrafią urządzić awanturę o płatki lub proszek do prania. Nie wspominam tu o zabawkach, bo chyba każdy rodzic, którego dziecko obejrzało najnowszą reklamę lalki, samochodu, klocków czy pluszaków z filmu myśląc o wizycie w sklepie z działem zabawkowym zaczyna się pocić. Czy zatem my jako rodzice mamy możliwość się bronić? Oczywiście! Trzeba tylko pamiętać o kilku ważnych sprawach.

    Reklamy przyciągają

    Są nagrane w taki sposób aby były interesujące, kolorowe i angażujące. Czasami dziecko nawet nie spojrzy w telewizor kiedy „leci” jakiś serial lub film, a już na reklamy tak. W końcu przygotowują je specjaliści. Starajmy się aby dzieci, zwłaszcza te najmniejsze, jak najmniej miały styczność z reklamami. Aby nie przyciągały ich uwagi, zawsze można zmienić kanał, choć często reklamy są w podobnym czasie 🙁 Można wybrać program bez reklam lub na chwilę wyciszyć lub wyłączyć telewizor. Oczywiście nalepie odciągnąć uwagę dziecka poprzez wejście z nim w interakcję.

    Dla dzieci wszystko jest realne

    Do momentu, w którym dziecko nie zacznie myśleć krytycznie, wszystko jest dla niego prawdą. To oczywiście w dużej mierze zależy od rodziców i ogólnego rozwoju dziecka, kiedy to nastąpi. Jak możemy pomóc zrozumieć dziecku co jest prawdą a co fikcją? Tłumacząc i rozmawiając. Nie tylko o reklamach i telewizji, ale o wszystkim co nas otacza. O książkach, które czytam. O bajkach, które ogląda. Czasami kontrolnie można zadać dziecku pytanie „Jak myślisz, to jest naprawdę czy na niby?”. Jesteśmy w stanie sprawdzić wówczas czy rozumie o czym mówimy.

    Zasady i umowy

    Jeżeli jednak dziecko jeszcze nie rozróżnia fikcji od rzeczywistości to zostaje nam jedno. Przed każdymi zakupami ustalić co kupujemy oraz, że to rodzice podejmują decyzje. Można powiedzieć „Rozumiem, że pani w telewizji powiedziała, że ten proszek jest najlepszy. Jednak ja kupuję ten, bo go sprawdziłam i uważam, że jest dla mnie najlepszy.”. Jeśli zaś chodzi o zabawki… Możemy się umówić, że pójdziemy obejrzeć, ale dziś nic nie kupimy. Niech to będą oględziny przed świętami, urodzinami czy inną okazją. Albo jeśli mamy zamiar coś kupić to już w domu ustalmy co, ilość rzeczy lub kwotę do jakiej możemy wydać. I tego się trzymamy. Bo jak raz ulegniemy… Zresztą sami wiecie 😉

    Nie sprawimy raptem, że reklamy zniknąć i nasze dzieci nie będą pod ich wpływem. Ale możemy im pomóc zrozumieć świat.

  • Rozwój fizyczny – jak łatwo zaszkodzić

    Niestety nie zdążyłam uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia, więc ciężko mi stwierdzić czego bym się tam dowiedziała. Jednak rozmawiają z wieloma mamami dzieci donoszonych mogę stwierdzić, że w jednym przypadku mam lepiej niż one. Ja swoją szkołę opieki nad noworodkiem i niemowlakiem przechodziłam przez kilka miesięcy, praktycznie i pod opieką fachowców – praktyków. Pomagały mi nie tylko położne i pielęgniarki, ale też najbardziej rehabilitantka.

    Po mimo że pracując w żłobku miałam do czynienia z maluchami i przewijaniem – to jednak 780–cio gramowe ciałko wyglądało trochę inaczej. I kiedy już po kilku dniach zaproponowano mi przewinięcie Marianki, zrobiłam to z lekką obawą ale pod okiem położnej. Nie było to łatwe, bo Mania była na respiratorze, ale udało się. A kiedy już nie była podłączona do tak dużej ilości sprzętu, który wymuszał takie a nie inne ruchy, rehabilitantka pokazała mi jak prawidłowo unosić nóżki przy przewijaniu. I muszę stwierdzić, że nie widziałam wcześniej aby jakakolwiek znana mi mama robiła to w taki sposób. Teraz wiem, że właśnie ten prawidłowy sposób zabezpiecza bioderka i stawy. Niby mała rzecz, a jednak.

    Podobnie rzecz się miała z podnoszeniem Marianki. Większość z nas podnosi dzieci pod paszkami… Nie wpływa to jednak pozytywnie na ich rozwój kręgosłupa, mięśni szyjnych i karku. Pokazano mi jak robić to prawidłowo i ćwiczyłam, aż opanowałam (nie jest to bardzo skomplikowane, ale wymaga wprawy).

    Takich drobiazgów jest kilka, może kilkanaście. Wydają się niegroźne, ale w późniejszym czasie mogą negatywnie wpłynąć na rozwój fizyczny naszych dzieci. Na problemy ze skurczami mięśni, skrzywieniem kręgosłupa czy nierównomiernym rozwojem obu stron ciała. Z tych „drobiazgów” warto tu wymienić:

    – kładzenie noworodka raz na jedną stronę, raz na drugą w łóżeczku

    – zbyt wczesne noszenie w pozycji pionowej

    – noszenie i karmienie na jednym ręku

    – noszenie na biodrze

    – kładzenie zabawek lub innych rzeczy zawsze z tej samej strony.

    Jeśli byłyście w szkole rodzenia, w której wam przekazano wiedzę na ten temat to wspaniale. Ale niestety mam takie wrażenia, że nie jest to wiedza powszechna. Ja też jej nie posiadałam. Mając jednak przez ostatnie 10 miesięcy kontakt z rehabilitantami dowiaduję się tak naprawdę za każdym razem czegoś nowego. Chcieliśmy np. kupić Mariance pchacza, nasza rehabilitantka powiedziała aby zwrócić uwagę czy ma hamulce na kołach. Jeśli nie, dziecko będzie się uczyło chodzić w nieprawidłowej pozycji – pochylone do przodu, najprawdopodobniej na palcach, naciągając ścięgna. Nie mówię już o chodzikach, o które trwa walka na wielu forach „mamowych”.

    Czy to znaczy, że wszystkie dzieci „nieprawidłowo” noszone, kładzione, za szybko pionizowane, wkładane w chodziki będą miały problemy z rozwojem fizycznym? Trudno mi to napisać, ale raczej tak. Aczkolwiek nie od razu można to zauważyć. Niektóre problemy mogą się pojawić dopiero w wieku nastu lat lub u osób dorosłych i nie są kojarzone z etapem niemowlęctwa. Oczywiście może też się komuś „udać” i uniknąć powikłań, ale czy warto ryzykować i liczyć, że moje dziecko to ominie.

    Ja nie chcę straszyć, tylko uświadomić, jak z naszej niewiedzy, której jesteśmy nieświadomi możemy przypadkowo zaszkodzić rozwojowi dziecka. Ja miałam to szczęście, że tę wiedzę otrzymałam i otrzymuję na bieżąco. Niestety pozostali rodzice są pozostawieni sami sobie, Internetowi i swojej dociekliwości. Być może w waszym otoczeniu jest ktoś (lekarz, fizjoterapeuta, rehabilitant, położna, doświadczony rodzic) kto Wam będzie w stanie podpowiedzieć jak zadbać o rozwój fizyczny dzieci już od najwcześniejszych chwil ich życia. Czasami trzeba tylko się rozejrzeć.

  • Co za dużo to nie zdrowo, czyli jak zepsuć dziecku każą przyjemność

    Kiedy zbliżają się wyjątkowe dni w roku – urodziny, święta czy jakieś rocznice – rodzice zastanawiają się jak sprawić dziecku przyjemność, jaką zorganizować niespodziankę, jaki kupić prezent aby było miło i dzień był niezapomniany. Już wielokrotnie pisałam, że nie rzeczy są najważniejsze a przeżycia. O zabawkach czy rzeczach szybko się zapomina lub przestają być potrzebne/ użyteczne/ nowoczesne/ itp. A to co się przeżyje to pozostaje w nas. Oczywiście małe dzieci nie zapamiętają, że były np. w ZOO, ale emocje, które im towarzyszyły i sprawiały radość – pozytywnie wpłyną na ich samopoczucie, rozwój i więź z tym, z kim tam były. Nie zawsze przecież pamiętamy co dokładnie robiliśmy jako dzieci, ale wiemy, że było albo fajnie, albo smutno. Dzieciństwo kojarzy się nam jako radosne lub nie. To właśnie emocje i odczucia, których wtedy doświadczyliśmy kształtują nie tylko obraz naszego dzieciństwa ale również to co przeżywamy jako dorośli.

    Skoro to przeżycia są takie ważne cześć rodziców pragnie dostarczyć swoim dzieciom jak najwięcej doświadczeń i emocji. I niestety wpadają w pułapkę „za dużo”. Z pewnością wielu z Was odczuło na własnej skórze jak zachowuje się dziecko po zbyt dużej dawce emocji, np. wieczorem po pierwszych świętach. Dzieje się dużo, za dużo w porównaniu z dniem codziennym i choć dziecko jest szczęśliwe i zadowolone, wieczorem musi odreagować. Każde robi to trochę inaczej, ale musi wypuścić z siebie nadmiar emocji. Moja Marianka np. po wigilii nie mogła bardzo długo zasnąć, choć była już bardzo zmęczona i śpiąca. Sama nie wiedział czego chce, czy się położyć, czy siedzieć, czy stać, czy się bawić… skończyło się na płaczu. Bo tak najczęściej reagują maluchy jak nie wiedzą co się z nimi dzieje, albo dostaną za dużo emocji do „przetrawienia”. Ale podobnie zachowają się dzieci trochę starsze, które w dniu urodzin będą miały nadmiar atrakcji. Jak znaleźć złoty środek?

    Pamiętać trzeba, że atrakcje – to przeżycia i emocje, zwłaszcza jeśli się przeżywa je z bliskimi. Należy stopniować przyjemności, tak aby zakończyć w momencie kiedy emocje będą na wysokim poziomie, ale nie przytłoczą. Pamiętajmy, że dzieci z wiekiem uczą się panować nad odczuciami i emocjami. Maluchom wystarczą więc niewielkie przeżycia – coś nowego, nowe miejsce lub osoba. Z czasem mogą to być większe wyzwania i atrakcje. Najlepszy moment aby „zakończyć” w punt to taki kiedy dzieci bawią się bardzo dobrze, ale nie są jeszcze zmęczone. Tak aby już się „wybawiły” ale chciały jeszcze kiedyś tego spróbować, aby im się nie znudziło. To nie jest łatwe, ale gwarantuje, że dzieci będą miały super wspomnienia i nie zepsujemy im przyjemności. Czasami lepiej rozłożyć np. świętowanie urodzin na dwa dni – jeden z koleżankami/ kolegami a drugi na wspólne wyjście z rodziną. Niech te pozytywne doświadczenia trwają dłużnej, a mniej intensywnie. A wspomnienia naszych dzieci niech mają pozytywny bagaż emocjonalny.