Tag: rodzice

  • Proszę nie róbcie tego swoim dzieciom

    Naprawdę bardzo dużo się o tym mówi. Jest wiele wpisów na forach, grupach „mamowych”, artykułów. Ale spacerując ostatnio z Marianką nadal widzę wielu rodziców, którzy robią krzywdę swoim dzieciom. Mam nadzieję, że są nieświadomi, a nie tylko wygodni. Mimo wszystko postanowiłam o tym napisać. Być może choć kila osób przejrzy na oczy i uchroni swoje dzieci przed tragedią.

    Pieluszka na budce wózka

    Nie powiem, że w zeszłym roku sama kilka razy nie użyłam pieluszki do ochrony Marianki przed słońcem. Po prostu nie wiedziałam, że robię Jej wilczą przysługę. Na szczęście nasz wózek nie chciał w tym względzie współpracować, pieluszka się osuwała (może dlatego, że zakrywałam tylko połowę budki?) i po 2 – 3 razach stwierdziłam, że wygodniej będzie kupić parasolkę. Na szczęście. Niedługo potem przeczytałam bardzo mądrą wypowiedź lekarza, który zadał proste pytania „Czy w budce zakrytej pieluszką jest czym oddychać? Czy jest tam chłodno i przewiewnie?”. Odpowiedź na te pytania brzmi oczywiście NIE. Pod pozorem ochrony przed słońcem fundujemy dzieciom przegrzanie – udar cieplny, brak powietrza – podduszenie. I jeśli to czytając myślicie, że przesadzam lub panikuję, to zapewniam Was, że tak nie jest. W sieci możecie przeczytać nie jedną i nie kilka historii maluchów, które trafiły do szpitala z udarem cieplnym lub problemami z oddychaniem po ochronie przed słońcem w upalny dzień. Jeśli myślisz, nas to nie spotka… to zastanów się czy chcesz eksperymentować na swoim dziecku i sprawdzić ile razy Wam się uda.

    Może to co pisze jest brutalne, ale to prawda. Czasem trzeba coś powiedzieć głośno tysiąc albo i więcej razy aby trafiło do zbiorowej wiedzy.

    A jak chronić dziecko w upalne dni przed słońcem? Ubierać odpowiednio do pogody, nie przegrzewać, używać kremu z dużym filtrem oraz zaopatrzyć się w dobrą parasolkę do wózka. A przede wszystkim zastanowić się czy w największy upał wychodzić z dzieckiem z domu.

    Nosidełko zamiast gondoli

    Bardzo modne są od jakiegoś czasu wózki 3w1. Moim osobistym zdaniem powinno się zabronić ich produkcji. Dlaczego? Bo nieświadomi (mam nadzieję, że nie leniwi) rodzice używają nosidełka zamiast gondoli. Z pewnością jest to wygodne, zwłaszcza na zakupach, czy gdzieś na wyjeździe. Nie trzeba targać ze sobą gondoli, wypinasz nosidełko z samochodu, wpinasz w stelaż i gotowe. Gotowe problemy dla naszego malucha.

    Znowu przesadzam? Znowu straszę? Znowu panikuję? NIE

    Bo to nieprawda, że inni tak robią i ich dzieci są zdrowe. Ta moda jest od kilku lat i większość dzieci tak wożonych jeszcze nie „pokazała” wszystkich swoich problemów. A jakie to mogą być problemy? Różne. Od wszelakich skrzywień kręgosłupa, problemem z napięciem mięśniowym, nauka PRAWIDŁOWEGO chodzenia, po wszelkiego rodzaju przykurcze. I większość z tych problemów pojawi się nie dziś nie jutro, a często nawet za kilka lub kilkanaście lat. I niestety nikt nie będzie pamiętał, że dziecko było wożone w nosidełku i to jest przyczyną.

    Zanim zabrałam Mariankę do domu ze szpitala, nasza rehabilitantka udzieliła nam wiele cennych rad. Jedną z nich było „Jak najmniej nosidełka”. Oczywiście, podczas przewożenia dziecka w samochodzie to jedyny sposób, ale potem… U nas nosidełko zostało wypięte z samochodu może kilka razy. Nawet jak szłam do lekarza, zostawiałam je, a Manię brałam na ręce. A dlaczego to wszystko?

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak czuje się dziecko w takim nosidełku? Z pewnością nie siedzi w pozycji dla siebie naturalnej. Zwłaszcza najmniejsze dzieciaczki, które tak naprawdę nie są gotowe jeszcze do pozycji siedzącej czy nawet półsiedzącej. Często główka chowa się pomiędzy ramionkami, a bioderka są częściowo zablokowane. Zresztą… nie możemy mówić o jakiejkolwiek swobodzie, która jest tak wskazana dla maluszków. A gondola jak najbardziej sprzyja swobodzie ruchów i naturalnej pozycji.

    Jeśli to wszystko Was nie przekonuje, to po prostu spróbujcie sami usiąść w podobnej pozycji i zastanowić się czy będzie Wam wygodnie. A później pomyślcie o bólach kręgosłupa, skurczach mięśni i godzinach rehabilitacji. Nie dziś to za kilka, kilkanaście lub więcej lat. To dopiero początek życia naszych dzieci… nie nadwyrężajmy ich małych ciałek i nie fundujmy im początków problemów, których możemy uniknąć.

    Mam ogromną prośbę, jeżeli nie jesteście wśród osób, które używają pieluszek do ochrony przed słońcem i nosidełek zamiast gondoli, ale ktoś z Waszej rodziny lub znajomych to robi… spróbujcie go przekonać aby tego nie robił. Może moim tekstem, a może innymi krążącymi w internecie. My z Manią rehabilitujemy się od ponad roku i jeszcze wiele przed nami… nie ma sensu fundować tego dzieciom na własne życzenie. Bardzo Was wszystkich o to proszę… dla tych wszystkich dzieci pod pieluszkami i w nosidełkach.

  • KOCHAM jak to trudno powiedzieć…

    Coś co powinno być dla rodzica najprostsze na świecie, naturalne i niewymuszone… „Kocham Cię” sprawia wielu z nas problem. Wydaje się takie proste, czasami banalne, rzucone od niechcenia albo przeznaczone na specjalne okazje, wyczekane. Coś co daje dziecku siłę i wiarę. Coś co che się czuć a jednocześnie słyszeć. „Kocham Cię” – coś tak trudnego w swej prostocie. Te dwa proste słowa mają ogromne znaczenie nie tylko dla dzieci. Ale dziś skupimy się właśnie na nich. Jak odbierają te słowa lub ich brak. Kiedy są im potrzebne, kiedy dają najwięcej, a kiedy krzywdzą.

    Niestety nie każdy z nas w dzieciństwie słyszał „Kocham Cię” od rodziców, no może jeszcze od mam częściej ale już tatusiowie to raczej byli bardziej wstrzemięźliwi w tym temacie. Najzwyczajniej w świecie tak zostali wychowani, tak uważali, że jest najlepiej. Ważne aby dzieci czuły, że są kochane, zadbane i zaopiekowane. Nie musiały słyszeć od ojca, którzy trzymał emocje na wodzy „Kocham Cię”. A nawet jeśli już raz na jakiś czas to słyszały, to było to jakieś takie dziwne, krepujące i nie wiadomo było co z tym zrobić.

    Dziś jest całkiem inaczej. Nie boimy się swoich emocji, wiem jak są ważne i że trzeba umieć je nazwać. Uczymy dzieci jak sobie radzić z emocjami i uczuciami, jak je nazywać, jak uzewnętrzniać. A sami? Czy też to robimy. Czy wydaje nam się, że codziennie udowadniamy naszym dzieciom, że je kochamy. Przecież one wiedzą, czują, że tak jest. No i właśnie tu pojawia się problem. Dzieci, zwłaszcza małe nie są w stanie pojąć wszystkich intencji dorosłych, nawet rodziców. Często same nie wiedzą co czują, więc jak mają się domyślić co czują rodzice? Dlatego powinniśmy mówić naszym dzieciom, że je kochamy. I to nie raz na jakiś czas, ale często. Aby wiedziały, że to co od nas dostają to bezwarunkowa miłość, zupełnie niezależna od wszystkiego co się dzieje.

    I tu przechodzimy do kolejnej ważnej sprawy. Jak zadbać o to aby dzieci czuły, że nasza miłość jest bezwarunkowa? Bo niestety nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od tego kiedy mówimy „Kocham Cię”. Czy to stwierdzenie pada po tym jak dziecko zrobi coś dobrze, odniesie sukces czy też w innych okolicznościach. Jeśli mówimy dziecku, że je kochamy w chwilach kiedy tak naprawdę czujemy dumę i zadowolenie to niestety nasza pociecha może stwierdzić „Rodzice kochają mnie za moje osiągnięcia i sukcesy”. A przecież nie o to nam chodzi. W takich chwilach trzeba powiedzieć, że jesteśmy dumni, zachwyceni, zadowoleni, uradowani… Bo to właśnie tak naprawdę czujemy, w tej danej chwili. Jeżeli nasze dziecko wpadnie w pułapkę takich myśli, to po każdej awanturze czy gorszych chwilach będzie myślało, że nie jest kochane. Po każdym niepowodzeniu lub zbyt małym jego zdaniem sukcesie – również. A przecież nie o to nam chodzi, prawda?

    Bezwarunkowa miłość polega na tym, że kochamy w każdej chwili i dobrej i złej. I to nasze dzieci powinny wiedzieć. Słowa „Kocham Cię” powinny słyszeć w różnych sytuacjach, najlepiej w takich neutralnych. Ale również po jakiejś kłótni czy nieposłuszeństwie. „Bardzo mi się nie podobało twoje zachowanie, zasmuciło mnie i zdenerwowało. Ale pamiętaj nieważne jak będę na ciebie zła i tak Cię kocham”. To właśnie w takich sytuacjach dzieci najczęściej mają wątpliwości i strach, że rodzić już ich nie kocha. To w takich sytuacjach, kiedy emocje już opadną, czułe słowa i przytulenie dają poczucie bezpieczeństwa. Co oczywiście nie zwalnia z konsekwencji złego zachowania. Bo dla mnie konsekwencja jest oznaką miłości – miłość i konsekwencja to nierozerwalna para.

    Ważne jest więc to aby mówić swoim dzieciom, że je kochamy. Niezmiernie ważny jest moment kiedy to robimy, ale też sposób. Czy jest to rzucone od tak „ja też Cię kocham” czy słowa, które rzeczywiście mają znaczenie. Niezwykle ważny jest kontakt wzrokowy i pewien rodzaj intymności. Ja często mówię Mariance, że Ją kocham tuż przed drzemką, kiedy razem leżymy. Patrzymy sobie w oczy i na słowa „Kocham Cię” moja 16 miesięczna córeczka uśmiecha się, a Jej oczy błyszczą. Widzę w nich, że Ona też mnie kocha, choć może jeszcze nie wie co to do końca oznacza.

    Takie proste dwa słowa… a jednak takie trudne. Słowa, które powiedziane w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób mogą uskrzydlać i dodawać siły… lub wpędzić w ślepy zaułek. Życzę Wam i sobie aby te proste słowa były dla nas proste.

  • Dzień dobry i dobranoc

    Kiedy po kolejnej średnio przespanej nocy o 5:30 lub 6:00 słyszysz, że twój ukochany maluch właśnie rozpoczyna dzień to najczęściej masz ochotę schować się pod kołdrę i udawać, że Cię nie ma? Ja tak mam bardzo często. Jest jednak jedna rzecz, która codziennie od kilku miesięcy sprawia, że o tak niemiłosiernej porze chce mi się ruszyć z łóżka i chcąc nie chcąc rozpocząć nowy dzień… Zgadniesz co to takiego?

    To uśmiech mojej Marianki 🙂 Od dłuższego już czasu kiedy tylko się przebudzi, wstaje w łóżeczku i zagląda w stronę naszego łóżka. Kiedy tylko któreś z nas spojrzy w Jej stronę od razu na Jej buzi pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Ostatnio mój mąż stwierdził, że to jakby Mani dzień dobry. Jakby wiedziała, że fajnie jest zacząć ranek od pozytywnych emocji. I rzeczywiście ten uśmiech mnie rozbraja. Wieczorem zaś ma swoje „dobranoc”. Kiedy trzymamy Mariankę na rękach podczas rodzinnej modlitwy przed Jej spaniem przytula się raz do mnie raz do męża. To jest niesamowicie przyjemne. I bardzo mądre.

    Jak się tego nauczyła. Niechcąco 😉 Od początku jak wróciliśmy do szpitala, a może jeszcze wcześniej? Zdecydowanie – wcześniej. Odkąd Marianka była w szpitalu zawsze jak przychodziliśmy witaliśmy się z Nią czule, zwłaszcza uśmiechając. A kiedy wychodziliśmy – starliśmy się przytulić, jeśli się dało, ukochać i dać jak najwięcej czułości. Kiedy wróciliśmy do domu te rytuały przeniosły się na wieczór i ranek. Staraliśmy się aby przebudzając się widział uśmiech. Tak jakoś czuliśmy, że tak jest dobrze. I nie wiadomo kiedy Marianka nauczyła się tego od nas.

    No właśnie dobrych manier i czułości uczymy prze przykład i tak niechcąco. Dzieci obserwują nas i jeśli dostają czułość i dobro to starają się odwdzięczyć tym samym. To nie nasze słowa, a czyny sprawiają, że dzieci przyswajają te zachowania. Jeżeli chcemy aby były „dobrze wychowane” to sami musimy na co dzień postępować zgodnie z tymi zasadami. Nie da się wymagać czegoś czego sami nie stosujemy. Nie oczekujmy, że dzieci będą się witać z sąsiadami jeśli my tego nie robimy. Po prostu róbmy to. Sami możemy być zaskoczeni kiedy nasze dzieci zaczną mówić dzień dobry sąsiadom, czy przepraszać kiedy chcą przejść. Tego nie musimy im mówić. Same to zaobserwują i powtórzą. To naturalne jak oddychanie… tylko muszą mieć odpowiedni „tlen”.

    Tak samo jest z okazywaniem uczyć w rodzinie. To jak będziemy się odnosić do współmałżonka/ partnera i do dzieci – to samo otrzymamy od nich. Jeśli dziecko zaczyna na nas krzyczeć lub wyzywać – zastanówmy się najpierw gdzie to usłyszało. Może jednak w domu? Zanim zaczniemy szukać winy w przedszkolu czy piaskownicy – popatrzmy na siebie. Na to jak rozmawiamy przez telefon, czy ze znajomymi. Dzieci to wszystko słyszą i naśladują. PO mimo że nam się wydaje, że tak nie jest.

    Często trudno jest dostrzec swoje postępowanie, bo przecież chcemy dla dzieci jak najlepiej. Ale wystarczy trochę obiektywizmu i rzeczywistego spojrzenia na siebie. Bo dzieci, zwłaszcza te małe, to nasze odbicia. Czasami przerysowane, ale jednak nasze. A czasami mała zmiana w nas powoduje ogromną zmianę w nich.

    Tak więc życzę Wam i sobie wiele takich „niechcących” perełek w zachowaniu naszych dzieci. Które sprawiają zarówno nam i im wielką przyjemność.

  • Wielkie sukcesy małych ludzi

    Czekamy i czekamy na te raczkowanie… Wszystkie dzieci wokół raczkują… zaczynają chodzić. Trzynaście miesięcy rehabilitacji (z 15 i pół miesiąca życia), wiele z nich przepłakanych, wymęczonych… I nadal czekamy. Nie żeby w ogóle nic się nie działo. Tu dwa „raczki” tam trzy… Idą same ręce, nogi jeszcze nie pracują. Ale to ciągle mało. A przecież tak bardzo chcemy aby się rozwijała, aby Jej trud nie poszedł na marne. Bo przecież tak ciężko pracuje, tyle daje z siebie. A sukcesu nadal brak.

    Ale czy na pewno? Czy dla tej małej istotki te parę „raczków” to rzeczywiście nic? Czy to, że za pomocą rączek i w pozycji do raczkowania przemierzyła pół pokoju to nie sukces? A, że jeszcze nóżki nie są w stanie wspomóc rąk? No właśnie jeszcze nie są w stanie. Ale kiedyś będą. Te godziny, tygodnie i miesiące rehabilitacji nie idą na marne. Te łzy i pot wylewane na zajęciach przez Mariankę przynoszą efekty. Może jeszcze nie taki jakie byśmy chcieli, może nie tak szybko, ale przynoszą. To, że taki szkrabik, pomimo trudności i wysiłku chce iść do przodu, ma w sobie nadal ogromną siłę walki… to jest sukces. I z tego właśnie się cieszymy.

    Jak trudno czasami dostrzec malutkie sukcesy naszych dzieci. Może dlatego, że często to co my uważamy za sukces nie zawsze też jest nim z ich punktu widzenia. Bywa tak, że my stawiamy dzieciom jakieś cele, a ich możliwości, chęci, zainteresowania i upodobania są zupełnie inne. I dotyczy to już maluszków. Chcemy aby mówiły, raczkowały, chodziły, same się bawiły, wcześnie zaczęły czytać, były aktywne w sporcie… A one potrzebują zupełnie czegoś innego. I teraz mamy dwa wyjścia. Albo zaakceptujemy, że nasze oczekiwania nie spełnią się w takim aspekcie jakbyśmy chcieli… albo zostaniemy przy swoim.

    W pierwszym przypadku ważne jest aby zrozumieć, że to nie jest nasza porażka. Po prostu cały czas poznajemy nasze dzieci i sukcesem jest, że dostrzegliśmy ich potrzeby i możemy je wspierać. Nawet jeśli postępy są malutkie z naszego punktu widzenia, dla dzieci mogą być ogromne. Bo to one wkładają wysiłek w opanowanie nowych umiejętności i to one są z tego rozliczane. A tylko osoba ucząca się czegoś jest w stanie określić jak coś jest dla niej trudne. Dostrzegajmy te chwile kiedy dziecko jest z siebie zadowolone i te kiedy nawet nie wie, że powinno być zadowolone bo osiągnęło coś co wymagało wysiłku. Takie nasze postępowanie z pewnością może być rudne, bo często wymaga rezygnacji z naszych pragnień i ambicji. Ale za to bardzo pozytywnie wpływa na relacje i więzi z dzieckiem.

    Kiedy jednak nie chcemy rezygnować ze swoich celów może wydarzyć się kilka rzeczy. Dziecko rzeczywiście stanie na wysokości zadania i osiągnie sukces (tyko czy to będzie jego sukces?). Może też się poddać i stwierdzić, że to dla niego za trudne lub jest beznadziejne bo tego nie potrafi (co oczywiście wpływa na negatywną samoocenę). Może zaprotestować i nie chcieć realizować naszych celów (to może z kolei powodować konflikt). Tak czy inaczej taka sytuacja raczej niekorzystnie wpływa na relacje i więź z dzieckiem.

    To od nas zależy jak sukces będą postrzegały nasze dzieci. Czy będzie to dla nich osiągnięcie czegoś poprzez pracę i zaangażowanie czy zadowalanie innych. To my nauczymy je cieszyć się nawet małymi sukcesami aby budować poczucie własnej wartości i próbować swoich sił w trudniejszych dziedzinach. To wszystko od nas zależy. Ale musimy pamiętać, że to mają być sukcesy naszych dzieci, a nie nasze.

    Kiedy Marianka zacznie raczkować? Za tydzień, miesiąc… a może za trzy? Nie wiem. Wiem za to, że nie przyśpieszymy tego procesu tylko dlatego, że już byśmy chcieli aby raczkowała. Tak jak każda z dotychczasowych umiejętności pojawi się wtedy kiedy będzie wystarczająco wyćwiczona… Więc wspólnie będziemy ćwiczyć. Trzymajcie kciuki.

  • Mówić czy rozmawiać?

    Dużo się o tym mówi, że aby dzieci zaczęły wcześnie wypowiadać pierwsze wyrazy, proste zdania i miały bogaty zasób słownictwa trzeba do nich dużo mówić. A najlepiej zacząć jak najwcześniej. Istnieją teorie, że należy rozpocząć już wtedy kiedy dzieci są w brzuchu. Jest coraz więcej świadomych rodziców, którzy chcą dla swoich dzieci i ich rozwoju jak najlepiej. Jednak pomimo wielu starań i mówienia do maluchów, te nie chcą przemówić. Często pytają mnie czy coś jest nie tak, bo przecież się starają. I tu pojawia się pytanie czy rzeczywiście wystarczy mówić?

    Oczywiście samo mówienie jest bardzo ważne, ponieważ dostarcza wiedzy o świecie, wzbogaca słownictwo i opisuje otaczającą rzeczywistość. Jednak to nie wystarczy aby zachęcić dzieci do mówienia. Dlaczego? Oczywiście nie mówię tu o dzieciach, które z różnych przyczyn mają zaburzony i opóźniony rozwój mowy – one wymagają terapii i intensywnego wspomagania. Mówimy o dzieciach, które rozwijają się w miarę równomiernie i nie mają innych utrudnień rozwojowych.

    Takim dzieciom mówienie do nich po prostu nie wystarcza. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na spacerze z koleżanką/ kolegą i ta osoba przez cały czas opowiada coś, co się jej przytrafiło. Nie bierze nawet wdechu, podczas którego moglibyśmy się „wciąć”. Nie pyta nas, nie podejmuje z nami rozmowy lecza prowadzi monolog. Czy po 10 – 15 minutach będzie się nam chciało coś mówić? A może stwierdzimy, niech się wygada? W takiej sytuacji chęć do rozmowy często nam przechodzi. Tak samo jest z dzieckiem. Już kilkumiesięczne zaczyna się z nami komunikować – próbuje podejmować z nami rozmowę. Oczywiście nie są to wyrazy – raczej odgłosy, dźwięki, pojedyncze głoski. Do tego kieruje gdzieś wzrok, wskazuje. To jest właśnie początek rozmowy. Jeśli jednak my tego nie zauważymy, nie wykorzystamy i nie włączymy się do rozmowy, dziecko szybko zaprzestanie. Będzie nadal słuchało tego co mówimy, będzie z pewnością dużo rozumiało, ale może nie wykazywać wcale chęci do mówienia. Oczywiście będą takie maluchy, które się tym nie przejmą i będą parły do przodu aby się komunikować, ale mówimy tu o dzieciach o silnej osobowości.

    W takim razie jak zacząć z dzieckiem rozmawiać, aby nie tylko do niego mówić. Uruchomić trochę wyobraźnię. Kiedy jesteśmy np. na spacerze i opowiadamy dziecku co widzimy, zadawajmy pytania. Dajmy czas na odpowiedź – dźwięk, głos. Wyobraźmy sobie co mogło dziecko odpowiedzieć, potwierdźmy lub zaprzeczmy. Nazwijmy to co dziecko mogło powiedzieć. Dajmy też mu czas na to aby to ono zaczęło komunikację, bądźmy czujni. Może zobaczyło ptaszka lub przejeżdżający samochód. Potwierdźmy co widzi, nazwijmy i opowiedzmy coś więcej. Bądźmy otwarci na kontakt. Z czasem dziecko będzie wypowiadało dźwięki coraz bardziej podobne do wyrazów lub takie, które będziemy w stanie zidentyfikować jako nazwa konkretnej rzeczy. Rozmawiajmy jak najczęściej to buduje relacje i więź ale też przygotowuje do przyszłych „prawdziwych” rozmów. Pokazuje dziecku, że najpierw jedna osoba mówi – potem druga. Już od małego możemy nauczyć szacunku i zasad kulturalnej rozmowy. To od nas zależy.

    Wiem, że dla niektórych rodziców taka rozmowa z maluszkiem, który jeszcze nic nie mówi może być krepująca lub trudna. Zwłaszcza w miejscach publicznych, na spacerze. Ale warto się przełamać, aby nasze dziecko nie tylko zaczęło mówić ale też z nami rozmawiać. Bo czego dziś się nauczy to wykorzysta później. Zwłaszcza kiedy będziemy rozmawiali o trudnych tematach np. z nastolatkiem.

    Zachęcam Was też do przeczytania mojego wpisu „Dlaczego jedne dzieci mówią wcześniej, a inne później”

  • Książkowy TOP mojej córeczki

    Wielokrotnie już pisałam na blogu o książkach. Kiedy watro je zacząć czytać dzieciom i jakie. Przychodzi jednak taki czas kiedy maluchy same zaczynają decydować co się im podoba. Chcą aktywnie uczestniczyć w czytaniu. Dziś chciałabym Wam przedstawić książki, które wybrała jako ulubione Marianka. Po mimo swoich ponad15 miesięcy (skorygowany niecały roczek) jest już dość zdecydowana co się Jej podoba a co nie. Dzięki temu też wspólnie zdecydowałyśmy niedawno na Targach Książki jakimi pozycjami uzupełnić Mani biblioteczkę. Na pierwszy rzut oka było widać co się Jej podoba.

    Poniżej przedstawię Wam książki, które już od kilku miesięcy codziennie goszczą w życiu Marianki oraz „świeżynki” sprzed kilku dni. Tak naprawdę wszystkie są Jej ulubionymi. Właściwie sięga po nie równie często, jedynie pierwsza jest obecnie na etapie „nie mogę bez niej żyć, czytajmy ją na okrągło”. Zaczynamy 🙂

    Wszyscy ziewają” Anity Bijstrerboch to książka z okienkami, która opowiada o zwierzątkach i maluszku, które chcą spać i ziewają. Ilość tekstu jest minimalna, co podoba się młodszym dzieciom. A odgłosy ziewania i poruszanie buziami bohaterów sprawia, że nie mogą się od niej oderwać.

    wszyscy-ziewaja-1wszyscy-ziewaja-2

    Kartki są utwardzane, przez co nieco trudniej je zgiąć. Każdy z dziesięciu bohaterów ma ruszającą się buzię. Im bardziej rodzic wczuje się w rolę tym chętniej maluchy włączą się do ziewania 😉

    Marianka średnio 15 razy w ciągu dnia krzyczy „Aaaaaa” wskazując na półkę z książkami abyśmy wspólnie poziewały.

    Wydawcą książki „Wszyscy ziewają” jest Wydawnictwo „AdaMada”.

    Pucio uczy się mówić” Marty Galewskiej – Kustra jest książką bardzo znaną. Jej podtytuł „Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” mówi najwięcej. Na każdej ze stron znajdziemy inną sytuację dnia codziennego, w której znalazł się Pucio i jego rodzina.

    pucio

    Krótki tekst jest napisany w taki sposób jakby to rodzic opowiadał „co dzieje się na rysunku”. Pojawia się wiele dźwięków – pierwszych wyrazów, które mówią dzieci. Maluchy, które jeszcze nie rozpoczęły mówić, dzięki przygodom Pucia chętniej rozpoczną naśladowanie rodziców.

    Marianka od pierwszego czytania została oczarowana przez tą książeczkę. Zaśmiewała się przy co drugiej kartce. Obecnie każdego dnia inny dźwięk powoduje salwy śmiechu. Chętnie też wskazuje te rzeczy, których dźwięki ja wydaję.

    Książka ma kartonowe kartki, które bardzo ułatwiają wspólne oglądanie. Wydawcą jest „Nasza księgarnia”. Dla dzieci, które już zaczęły mówić więcej autorka proponuje „Pucio mówi pierwsze słowa”. Za jakiś czas z pewnością też po nią sięgniemy 🙂

    Księga dźwięków”, której autorem Soledad Bravi to kolejna pozycja dźwiękonaśladowcza. Zawiera kilkadziesiąt obrazków przedmiotów, zwierząt i osób wydających dźwięki.

    ksiega-dzwiekow-0

    Każdy obrazek jest na innej stronie co pozwala dzieciom skupić się tylko na nim. Rodzic ma za zadanie jak najwierniej przekazać opisany dźwięk. Co oczywiście nie jest trudne 🙂

    ksiega-dzwiekow-1ksiega-dzwiekow-2

    Wiem od rodziców, że każde dziecko ma swoje ulubione obrazki i do nich najczęściej wraca. U Marianki radosny i nieokiełznany śmiech powodują wilk i pistolet, chętnie powtarza dźwięk węża i początek tego „jak robi” katar – czyli „aaa”.

    Kartonowe kartki nadają się do dziecięcych rączek. Sama książka jednak jest ciężka z powodu ilości stron. Wydawcą tego hitu jest Wydawnictwo „Dwie Siostry”.

    A co to?” napisał Hektor Dexet. Marianka wybrała ją spośród kilku innych na Targach Książki i od razu przypadła Jej do gustu. Ile razy dziennie można ją oglądać? Pięć – dziesięć 🙂

    a-co-to-1a-co-to-2

    Zabawna i kolorowa książeczka, która na swoich kartonowych stronach kryje jakąś zagadkę. Dziurki w stronach pomagają rozwiązać zadania i angażują dziecko do wspólnej zabawy. Nie tylko dowiecie się kto się schował za serem, czy gdzie ma swoją kryjówkę królik, ale również kto nie śpi w nocy lub gdzie jest dzidziuś.

    To kreatywna i skłaniająca do działania propozycja Wydawnictwa Mamania. Kartki nie są z grubego kartonu, ale są wystarczająco sztywne dla maluchów.

    Naciśnij mnie”, której autorem jest Herve Tullet, to książka którą odkryłyśmy przez przypadek kilka miesięcy temu. Prosta, wręcz banalna – tak pewnie określiłby ją prawie każdy dorosły. Bo cóż może być zajmującego w kropkach? Trzeba zapytać dzieci, które uwielbiają tę pozycję.

    nacisnij-0

    Książka angażuje dzieci, które muszą naciskać, pocierać, przewracać, potrząsać, dmuchać i klaskać. Dzięki ich zaangażowaniu kropki się zmieniają i sprawiają radość.

     nacisnij-1nacisnij-2nacisnij-3nacisnij-4

    Marianka miała problemy z opanowaniem klaskania. Po parunastu dniach zabawy z „Naciśnij mnie” zaczęła klaskać i to po każdej czynności. Mam nadzieję, że za jakiś czas książeczka pomoże również Jej w opanowaniu dmuchania.

    Dla starszych dzieci autor przygotował podobną propozycję „Kolory”. W jego dorobku znajdziecie też inne ciekawe propozycje, które z pewnością zaskoczą nie tylko dzieci. Wydawcą tej kreatywnej i angażującej książki jest BABARYBA. Jedynym minusem dla maluchów jest to, że książka ma miękkie kartki i maluchy oglądające ją samodzielnie mogą szybką ją zniszczyć.

    Bardzo głodna gąsienica” Erica Carle to książka, którą poznałam pracując jeszcze w żłobku. Prosta historią o gąsienicy, która wyszła z jajeczka i jest bardzo głodna nie tylko angażuje dzieci poprzez dziurki, które przegryza bohaterka w poszczególnych produktach. Dzięki te pozycji dzieci poznają również cykl życia motyla.

    bardzo-glodna-gasienica-miks

    Kolorowe ilustracje, na grubych kartonowych kartkach, zachęcają do oglądania, a dziurki do aktywnego uczestniczenia w historii. Marianka lubi również samodzielnie oglądać tę książeczkę… oczywiście przez dziurki. Zabieramy ją ze sobą kiedy musimy np. czekać u lekarza. Zajmuje na bardzo długi czas.

    Wydawcą jest Wydawnictwo Tatarak, w którego ofercie znajdziecie kilka podobnych pozycji.

    Byłem taki grzeczny” Jen`a Portera to jedna a czterech książeczek z serii „Byłem taki”. Grube, kartonowe kartki sprawiają, że maluchy z łatwością mogą je oglądać samodzielnie.

    bylem-taki-grzeczny-1bylem-taki-grzeczny-2

    Byłem taki grzeczny” przedstawia krótkie opowiadania o dniu bohatera, który pomaga mamie i wykonuje obowiązki domowe. Co mnie najbardziej zdziwiło, Marianka od razu zauważyła, że na jednym obrazku np. mama jest smutna, a na drugim wesoła bo chłopiec jej pomógł. Szybko „wyłapała”, co zrobił aby na koniec dnia czuć się dobrze.

    W serii Wydawnictwo Olesiejuk proponuje również „Byłem taki…” – dzielny, dobry i grzeczny.

    Jest tam kto?” to szwedzki bestseler autorki Anna – Clara Tidholm. W serii kartonowych książeczek znajdziecie również „Gdzie idziemy?”, „A dlaczego?” oraz „Wymyśl coś”.

    jest-tam-kto-1jest-tam-kto-2

    Jest tam kto?” jest tak skonstruowane, że historyjka mówi o wchodzeniu do domku. Należy zapukać w drzwi, na następnej stronie zobaczymy co jest w pokoju oraz kolejne drzwi w innym kolorze, w które trzeba… zapukać. Mała ilość tekstu jest atutem. Dziecko skupia się na pukaniu i kolorach drzwi.

    Wydawnictwo Zakamarki zawsze proponuje nam coś ciekawego. W planach mamy zakup kolejnych części serii.

    Popatrz w niebo” Joanny Gębali i Moniki Zborowskiej to propozycja trzech kartonowych książeczek dostosowanych do wieku dzieci. Wszystkie dotyczą tego co jest nad nami. Ich grafika uwzględnia wiek czytelników i ich możliwości.

    patrz-w-niebo-1-1patrz-w-niebo-1-2

    Pierwsza część przeznaczona jest dla dzieci do pierwszego roku i jest bardzo symboliczna. Nie znajdziecie tam tekstu a jedynie ilustracje, które dorosłym mogą kojarzyć się z kosmosem. Jednak nie szukajcie tam odniesień do konkretnych planet. To raczej swobodna interpretacja przestrzeni kosmicznej. Marianka od pierwszego wejrzenia zauroczyła się tą częścią parę miesięcy temu. Tak Ją zainteresowała, że w trudnych momentach rehabilitacji książeczka pozwoliła odwrócić Jej uwagę od ciężkich ćwiczeń.

    patrz-w-niebo-2-1patrz-w-niebo-2-2

    Druga część zawiera już proste opisy i bardziej konkretne obiekty występujące na niebie. Jest przeznaczona dla dzieci w wieku 1 – 2 lata. Wesołe ilustracje zachęcają do oglądania i dalszego opowiadania. Mariance również się podoba. Chętnie uśmiecha się do planet i pokazuje ich noski 🙂 Nie możemy doczekać trzeciej części, która jest dla dzieci 2 – 3-letnich.

    Wydawcą serii jest Muchomor

    Obracanki”

    To również seria trzech kartonowych książeczek. Każda kartka jest ruchoma i wymaga dopasowania.

    kolory-1kolory-2

    W skład serii wchodzą: Kolory, Liczby, Porównania. Wszystkie są kolorowe i wykonane z twardego kartonu. Z pewnością dla najmłodszych najbardziej odpowiedni będą „Kolory”, ale samo obracanie jest tak zajmujące, że do pozostałych tytułów dzieci szybko dorosną.

    liczby-1liczby-2

    Tę uroczą serię wydała Grupa Wydawnicza Foksal

    Książki dźwiękowe

    My znalazłyśmy akurat takie, ale na rynku można dostać wiele różnych książeczek wydających dźwięki. Marianka miała problem w naciskaniem. A ponieważ lubiła książeczki stwierdziliśmy, że może właśnie one zmotywują ją do zdobycia nowej umiejętności. I tak się stało. Nadal bardzo je lubi. Teraz już samodzielnie ogląda i stara się naciskać w odpowiednich momentach.

    Niestety większość propozycji zawiera bajki i dźwięki z nich pochodzące. Nam zależało najbardziej na tych z dźwiękami naturalnymi. Marianka uwielbia tę z ptaszkami i zwierzętami wiejskimi.

    ksiazeczki-dzwiekowe-miks

    Każda z tych książek jest niesamowita, kreatywna. Wykorzystuje je do terapii i uczenia Mariankę nowych umiejętności. Ale ich największą zaletą jest to, że uwielbia je Mania. Czasami nie do końca wiem dlaczego… Ale tak jest. Wasze dzieci też z pewnością mogą je pokochać.

  • Poczucie winy

    To moja wina… Z pewnością… bo czyja? Dlaczego musiało to spotkać akurat moje dziecko i mnie? Może gdybym inaczej postępowała… była inna… żyła inaczej… A teraz płacimy za to wszyscy… A najbardziej moje dziecko… Czym ja zawiniłam? Co mogłam zrobić inaczej? Dlaczego ja? To moja wina…

    Dziś mogę powiedzieć o tym głośno… Tak właśnie myślałam kiedy Marianka urodziła się za wcześnie, w 25 tygodniu ciąży. I nie tylko tuż po porodzie, nie tylko przez ponad 4 miesiące Jej pobytu w szpitalu, ale jeszcze długo później po powrocie do domu. Chyba czasami nadal mam takie myśli. Zdaję sobie sprawę, że podobnie ma większość mam wcześniaków. I to niezależnie od przyczyn przedwczesnego porodu. Bo co możesz myśleć siedząc przy inkubatorze i widząc swoje dziecko podłączone milionem kabelków do urządzeń? Co innego możesz myśleć widząc jak twoje dziecko cierpi? A do tego masz w głowie, że wszyscy też myślą tak samo. Myślą, że to twoja wina. Kiedy w dobrej wierze rodzina czy znajomi pytają „dlaczego?” a ty nie wiesz co odpowiedzieć. Zwłaszcza kiedy tak jak u mnie do końca nie zdiagnozowano przyczyny. I próbują znaleźć rozwiązanie: może się przedźwignęłaś, może coś zjadłaś i się przytrułaś, a może lekarz był beznadziejny i czegoś nie dopilnował, może nie dbałaś o siebie, może się przeziębiłaś albo brałaś jakieś leki, może… A ty wszystko to i jeszcze więcej bierzesz za pewnik. To moja wina.

    Długo ukrywałam nawet przed mężem, że tak czują. Bałam się powiedzieć tego na głos, aby On nie potwierdził, że też myśli – to twoja wina. Tego chyba bym nie przeżyła. Na szczęście mam cudownego męża, który nie pozwolił mi tak myśleć i mnie wspierał. A ja długo… bardzo długo żyłam z tyłu głowy z myślą – to moja wina.

    Kiedy poczuła się lepiej i przestałam się obwiniać… Nie wiem. Po protu w pewnym momencie przestałam o tym myśleć. Córka i walka o jej zdrowie, rehabilitacja, wizyty u lekarz i codzienna praca z Manią sprawiały, że przestałam się na tym skupiać. A teraz staram się do tego nie wracać. Kiedy to piszę ściska mnie w gardle i łzy same podchodzą do oczu, bo nadal czuję, że to mogła być moja wina. Może kiedyś przestanę tak czuć w ogóle.

    Wydaję mi się, że podobne myśli mogą mieć nie tylko mamy wcześniaków, ale wszyscy rodzice, z których dziećmi coś się dzieje. Czy to mają problemy zdrowotne, z zachowaniem czy innego rodzaju. A przecież nie zawsze wszystko od nas zależy. I choć czasami nieświadomie przyczyniamy się do takich czy innych problemów naszych dzieci nigdy nie chcemy dla nich źle. Prędzej sami byśmy się z nimi zamienili niż pozwolili im cierpieć. I właśnie często przez tę miłość i poświęcenie obwiniamy siebie.

    Jaka jest moja rada. Nie siedzieć i nie rozmyślać. Bo to nic nie da. Działać, próbować pomóc, szukać wsparcia. Nawet jeśli jedynym co możemy zrobić jest ściąganie co 3 godziny mleka, trzymanie ręki w inkubatorze czy śpiewanie kołysanek. Ja podczas tych niemiłosiernie długich dni, tygodni i miesięcy aby nie zwariować dużo z Marianką „rozmawiałam”, o wszystkim Jej opowiadałam, czytałam książki, śpiewałam, modliłam się… Wszystko aby nie płakać przy inkubatorze i nie myśleć, że to moja wina…

    I może kiedyś uwierzę lekarzom, że to nie była moja wina… Tego i Wam życzę

  • Nie zawsze byliśmy rodzicami

    Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy nie spędzaliście nocy na trybie czuwania? Pamiętacie szalone wypady ze znajomymi, takie tu i teraz? Pamiętacie jak wyjście z domu nie wiązało się z zabraniem ze sobą tysiąca i jednej rzeczy, które na pewno się przydadzą? Pamiętacie czasy kiedy nikt Wam nie przerywał „przytulanek”? Pamiętacie czasy kiedy mogliście spokojnie po ciemku przemieszczać się po mieszkaniu bez obawy nadepnięcia zabawki? A pamiętacie, że… kiedyś nie byliście rodzicami? Może to i głupie pytanie. Ale na serio… pamiętacie?

    Dla jednych czasy sprzed rodzicielstwa to czas sielski i anielski. Dla innych sposobność na wyszalenia się, poczucie „że się żyje”. Jedni do nich tęsknią częściej, a inni czasami. A jeszcze inni nie przyznają się do tego wcale. Bo to, że się tęskni czy wspomina życie bez dzieci nie znaczy, że ich nie kochamy. Albo, że wolelibyśmy ich nie mieć. To wspomnienia, często wyidealizowane naszym obecnym zmęczeniem czy problemami. Czasami wyrzucamy sobie, że nie powinniśmy tęsknić do tych czasów.

    Są osoby, które twierdzą, że rodzicielstwo wcale nie zmieniło ich życia. Ale to chyba nie tak. To, że nadal pracujesz, masz pasje i przyjaciół wcale nie znaczy, że twoje życie się nie zmieniło. Bo czy nadal masz takie same priorytety? Czy nadal masz tyle samo czasu co kiedyś? Może ktoś tak ma. Ja nie.

    Przed ciążą byłam bardzo aktywna zawodowo, społecznie i towarzysko. Wiedziałam, że pojawienie się dziecka wiele zmieni, lecz pragnęłam nadal być aktywna i włączać malucha w to co robię. Bo to jest realne i da się to zrobić. Ja nie miałam takiej szansy, aby od razu moje rodzicielstwo wyglądało tak jak sobie wymarzyłam. Przedwczesny poród i walka ze skutkami wcześniactwa na ponad rok oderwały mnie od poprzedniego życia. Miałam wybór. Albo pożegnać się na zawsze ze starym życie, z tym co było dla mnie ważne. Albo… poczekać. Dać Mariance i sobie szansę na wspólne poznawanie świata, mego świata.

    Często rodzice kiedy poczują, że życie po narodzinach dziecka się zmienia zapominają o dawnych osobach, jakimi byli. Poświęcają się dziecku, rodzinie i pracy. To nie jest złe. Jednak jeśli w 100% zapomnimy o tym co kiedyś było dla nas ważne, przestaniemy być tak naprawdę sobą. Może nie od razu jesteśmy w stanie znaleźć czas na swoje pasje, zainteresowania i przyjaciół. Ale róbmy to stopniowo. Z każdym miesiącem dziecko jest starsze i na więcej możemy sobie pozwolić. Może zamiast spotykać się ze znajomymi na mieście warto ich zaprosić do siebie. Zanim znów wyruszymy na górski szlak zacznijmy spacery po bliższej i dalszej okolicy. Uwielbialiśmy czytać książki? Niech to najpierw będzie 10 min dziennie.

    Takie świadome wybieranie siebie, w ramach możliwości rodziny, jest bardzo ważne. Pokazujemy dziecku, że każdy jest ważny. Pasja i realizacja siebie każdego członka rodziny jest doceniana i wspierane. Pokazujemy dzieciom, że warto mieć zainteresowania i coś co pozwala zachować równowagę. Uczymy przez własny przykład.

    A co z rodzicami, którzy aż nadto realizują siebie. Jeśli to nie przeszkadza tworzeniu relacji z dzieckiem, nie wpływa negatywnie na więzi… To czemu nie. Wszystko jest dla ludzi. Tak jak nie możemy zapominać, że kiedyś nie byliśmy rodzicami – tak też nie możemy zapominać, że nimi jesteś. To my jesteśmy odpowiedzialni za nasze dzieci, ich bezpieczeństwo, wychowanie i opiekę. Nasze pasje, zainteresowania i przyjaciele mają mieć miejsce w naszym życiu, ale nie mogą odbierać go naszym dzieciom. Potrzebny tu jest złoty środek.

    Pamiętajmy też, że kiedyś nasze dzieci dorosną, a my będziemy mieli zdecydowanie więcej czasu. Wtedy może nam być już trudno wrócić do pasji i zainteresowań. Można wprawdzie odkryć nowe. Ale niestety często bywa tak, że jeśli ktoś poświęcił siebie dla wychowania dzieci – często siebie już nie może odnaleźć.

    Wam i sobie życzę znalezienia złotego środka pomiędzy byciem rodzicem, a sobą. Bo przecież to właśnie te dwa elementy sprawiają, że jesteśmy jedyni w swoim rodzaju. A nasi najbliżsi nas kochają 🙂

  • Nie będę siedziała i płakała

    Wiele osób dziwi się, że tak dobrze poradziłam sobie z przedwczesnym porodem, pierwszymi ponad 4 miesiącami życia Marianki spędzonymi w szpitalu, wizytami u nastu specjalistów, ciągłymi rehabilitacjami czy codziennymi ćwiczeniami terapeutycznymi w domu. A ja im odpowiadam „A jak mam się zachowywać ?” Mam siedzieć i płakać? To by nie było dziwne? Wtedy byłabym normalna?

    W życiu spotykają nas najróżniejsze trudności i przeciwności losu. To jak sobie z nimi radzimy wynika z wielu rzeczy. Choćby naszego charakteru, ale też w dużej mierze z tego jak nauczyliśmy sobie z trudnościami radzić w dzieciństwie. Są sytuacje, które będą dla nas ważne mniej lub bardziej. O jedne z nich będziemy walczyć, a inne sobie odpuścimy. Czasami przecież nie warto się kopać z koniem. Ale to wszystko przychodzi z czasem, doświadczeniem i mądrością. A do tego wszystkiego jeszcze trzeba dorzucić nasze emocje i jak potrafimy sobie z nimi poradzić. Czy jesteśmy je w stanie opanować czy też biorą nad nami górę. To wszystko nie jest łatwe. A może właśnie jest?

    Istnieje wiele sposobów na radzenie sobie z trudnymi życiowymi sytuacjami. I każdy ma jakiś sposób. Nawet jeśli nie jest tego świadomy. I ten właśnie sposób radzenia sobie z trudnymi sytuacjami jest pierwszym jaki widzą nasze dzieci. Czy one też będą tak postępowały? Nie koniecznie i nie wszystkie. Jest jednak szansa, że jeżeli nie poznają innych sposobów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami – zachowają się tak jak my. A jeśli nawet nie pójdą w nasze ślady – to wpłynie to na ich spojrzenie na nas.

    Warto jest się więc zastanowić nad sobą i swoim postępowaniem. Co robimy kiedy spotyka nas coś niemiłego, trudnego bądź przygnębiającego? Załamujemy się, walczymy, potrzebujemy czasu, jesteśmy zdezorientowani, rozczulamy się nad sobą… Myśleliście kiedyś o tym? Jak nas wtedy widzą nasze dzieci? Jak nas oceniają? Czy dajemy im poczucie bezpieczeństwa? Co pokazujemy swoim zachowaniem?

    Ja miałam to szczęście, że odkąd pamiętam zawsze w sytuacjach kryzysowych działałam. To działanie dawało mi poczucie, że nie stoją bezczynnie z założonymi rękami. Dawało mi poczucie sprawstwa. Pozwalało zająć głowę i robić coś aby sytuacja była lepsza. Zadanie, zadanie… działanie… To mój sposób na trudne sytuacje. Czy jest najlepszy? Z pewnością nie. Ale dla mnie dobry. Muszę tylko pamiętać, aby w tych zadaniach nie zgubić swoich emocji i uczuć. Pamiętać, że one też mają swój czas i miejsce… aby nie zwariować. Mam nadzieję, że Marianka będzie zawsze widziała mamę zwartą i gotową do mierzenie się ze wszystkimi trudnościami. Mamę, która pokaże, że warto walczyć o siebie, bliskich i to co dla nas ważne. Chciałabym w Jej oczach być osobą, która się nie załamuje tylko próbuje zmieniać świat. Czy mi się to uda? Nie wiem. Ważne, że jestem świadoma swoich wad i zalet. Czy nie mam chwil załamania? Oczywiście, że tak, ale wiem, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. A reszta zależy od Mani.

    Mam nadzieję, że każdy z Was jest zadowolony z tego jak radzi sobie z trudnymi sytuacjami oraz tym w jaki sposób postrzegają go wtedy dzieci. Jeżeli nie… to zawsze można to zmienić. Nie jest to łatwe, ale warto. Bo to miłe uczucie czuć się dobrze z samym sobą i tym jak nas postrzegają dzieci.

  • Reklamy… zmora rodziców

    Piękne obrazki… coś się rusza… coś gra… wspaniale, kolorowo… i wszystko takie cudowne… i wszystko musisz mieć… i wszystko takie prawdziwe… Tak właśnie dzieci, do pewnego wieku, postrzegają reklamy. Widząc coś, co jest w telewizji i w to wierzą. Nie odróżniają świata realnego od fikcji. Dla nich wszystko co zobaczą i usłyszą jest prawdziwe, a zwłaszcza w telewizji. Dla nich słowo reklama nic nie znaczy, a raczej tyle samo co informacje.

    I tu pojawia się problem wielu rodziców. Skoro dzieci wierzą, że to co jest w reklamie to prawda, przyjmują za sprawdzoną informację, to wszystko chcą mieć. A jak wiadomo rodzice raczej nie są zainteresowani kupnem wszystkich zabawek na świecie. Idzie to jeszcze dalej. W sklepie dzieci potrafią namawiać do zakupy żywności lub chemii danej firmy, bo „pani w telewizji mówiła, że jest najlepszy”. A co za tym idzie, jeżeli rodzic myśli inaczej, co bardziej krnąbrne maluchy potrafią urządzić awanturę o płatki lub proszek do prania. Nie wspominam tu o zabawkach, bo chyba każdy rodzic, którego dziecko obejrzało najnowszą reklamę lalki, samochodu, klocków czy pluszaków z filmu myśląc o wizycie w sklepie z działem zabawkowym zaczyna się pocić. Czy zatem my jako rodzice mamy możliwość się bronić? Oczywiście! Trzeba tylko pamiętać o kilku ważnych sprawach.

    Reklamy przyciągają

    Są nagrane w taki sposób aby były interesujące, kolorowe i angażujące. Czasami dziecko nawet nie spojrzy w telewizor kiedy „leci” jakiś serial lub film, a już na reklamy tak. W końcu przygotowują je specjaliści. Starajmy się aby dzieci, zwłaszcza te najmniejsze, jak najmniej miały styczność z reklamami. Aby nie przyciągały ich uwagi, zawsze można zmienić kanał, choć często reklamy są w podobnym czasie 🙁 Można wybrać program bez reklam lub na chwilę wyciszyć lub wyłączyć telewizor. Oczywiście nalepie odciągnąć uwagę dziecka poprzez wejście z nim w interakcję.

    Dla dzieci wszystko jest realne

    Do momentu, w którym dziecko nie zacznie myśleć krytycznie, wszystko jest dla niego prawdą. To oczywiście w dużej mierze zależy od rodziców i ogólnego rozwoju dziecka, kiedy to nastąpi. Jak możemy pomóc zrozumieć dziecku co jest prawdą a co fikcją? Tłumacząc i rozmawiając. Nie tylko o reklamach i telewizji, ale o wszystkim co nas otacza. O książkach, które czytam. O bajkach, które ogląda. Czasami kontrolnie można zadać dziecku pytanie „Jak myślisz, to jest naprawdę czy na niby?”. Jesteśmy w stanie sprawdzić wówczas czy rozumie o czym mówimy.

    Zasady i umowy

    Jeżeli jednak dziecko jeszcze nie rozróżnia fikcji od rzeczywistości to zostaje nam jedno. Przed każdymi zakupami ustalić co kupujemy oraz, że to rodzice podejmują decyzje. Można powiedzieć „Rozumiem, że pani w telewizji powiedziała, że ten proszek jest najlepszy. Jednak ja kupuję ten, bo go sprawdziłam i uważam, że jest dla mnie najlepszy.”. Jeśli zaś chodzi o zabawki… Możemy się umówić, że pójdziemy obejrzeć, ale dziś nic nie kupimy. Niech to będą oględziny przed świętami, urodzinami czy inną okazją. Albo jeśli mamy zamiar coś kupić to już w domu ustalmy co, ilość rzeczy lub kwotę do jakiej możemy wydać. I tego się trzymamy. Bo jak raz ulegniemy… Zresztą sami wiecie 😉

    Nie sprawimy raptem, że reklamy zniknąć i nasze dzieci nie będą pod ich wpływem. Ale możemy im pomóc zrozumieć świat.