Tag: wychowanie

  • Każdy z nas jest tak samo ważny

    Każdy z nas jest tak samo ważny. Każdy człowiek ma prawo do zaspakajania swoich potrzeb nie krzywdząc innych. Dyskryminacja związana z pełnionymi rolami społecznymi jest niedopuszczalna. Nie ważne czy dziecko czy dorosły, każdy jest człowiekiem i ma swoje prawa… Ale czy na pewno?

    Ostatnio kilkakrotnie rozmawiałam z rodzicami dzieci, które mają zacząć lub zaczęły adaptację żłobkową i przedszkolną, właśnie na temat równości naszych praw. Okazuje się, że w większości rodzin prawa części osób są nierespektowane, co wpływa negatywnie na rozwój i wychowanie dzieci. I co ważne w całym tekście nie będą odnosiła się do rodzin, w których jest przemoc, tylko do takich „Zwyczajnych rodzin”, w których większość z nas żyje. Czy wiecie czyje prawa najczęściej są odsuwane na dalszy plan? Być może to Was nie zaskoczy ale najczęściej o swoich podstawowych prawach człowieka zapominają mamy, ale też często tatusiowie. Zapytacie się jak to możliwe? Zastanówcie się chwilę i przeczytajcie dalej.

    Kiedy rodzi się dziecko, zwłaszcza pierwsze, podporządkowujemy mu wszystko co się dzieje w rodzinie. I jest to oczywiście proces naturalny i logiczny. Maluch nie potrafi się sam o siebie zatroszczyć, zjeść, przewinąć, często ma problem z samoregulacją. To jest normalne. Takie jego prawo. Jednak w momencie porodu kobieta nie przestaje być człowiekiem i nie zbywa swoich posadowych praw do jedzenie, potrzeb fizjologicznych, poczucia bezpieczeństwa, odpoczynku. A jednak bardzo często się zdarza, że podczas opieki nad maluchem nie jest wstanie zapewnić sobie tych podstawowych praw. Co więcej w Jej głowie jest obraz, że powinna samo sobie ze wszystkim poradzić, a prośba o pomoc jest słabością. Dlaczego tak się dzieje? Na ten temat możnaby napisać nie artykuł a całą książkę. Dosyć tego, że nawet kiedy taką pomoc otrzymuje często z niej nie korzysta. Jest to wyczerpujące dla takiej kobiety, często powoduje utratę wiary w siebie i poczucia własnej wartości.

    Ale taka sytuacja wpływa nie tylko na kobietę. Bo często „poświęcanie” swoich potrzeb nie kończy się w momencie kiedy dziecko przestaje być noworodkiem. To się pogłębia zarówno u mamy jak i u taty. Chciałabym też abyście pamiętali, że cały czas mówię o potrzebach podstawowych typu jedzenie, potrzeby fizjologiczne, itp. Dziecko rośnie, a rodzice zapominając o tym, że potrzeby każdego są tak samo ważne, dają mu przekaz zgoła inny. Zaczyna się od prostych spraw, np. rodzic jest w toalecie a dziecko domaga się aby podać mu jakąś zabawkę. Co jest w danym momencie ważniejsze? Oczywiście, żeby rodzic zaspokoił swoją potrzebę fizjologiczną. Jeśli dziecku nie dzieje się nic złego naprawdę może poczekać. Podobnie się ma sytuacja z jedzeniem rodzica – jeśli dziecko ma zaspokojone podstawowe potrzeby, jest bezpieczne ro rodzic wręcz ma obowiązek powiedzenia „Poczekaj, zjem i się tym zajmę”. Jest to bardzo ważne aby dziecko nauczyło się czekać, ale też wiedziało, że każdy członek rodziny jest tak samo ważny. Moja córka przechodziła etap, w którym zawsze chciała być pierwsza. Zdarzało się, że wracaliśmy do domu, maż niósł ciężkie torby a ja pomagałam Jej wejść po schodach. Ponieważ nam wejście zajmowało sporo czasu przepuszczałam męża aby mógł z ciężarem wejść pierwszy. Córka zaczynała już na dole krzyczeć, żeby tata nie wychodził przez drzwi bo Ona chce być pierwsza. Szanuję chęci i wewnętrze motywy mego dziecka, ale w tym przypadku ważniejszy był kręgosłup męża. Tak też tłumaczyłam córce, że tata nie poczeka, bo ma ciężkie torby i potrzebuje je szybko odstawić już w domu.

    Takich przykładów można by mnożyć. Zwłaszcza kiedy w domu jest więcej niż jedno dziecko. Czasami to starsze musi we wszystkim ustępować młodszemu, a czasami młodsze słuchać bezkrytycznie starszego. Bycie rodziną to nauka kompromisów i uznawania prawa drugiego człowieka do jego potrzeb, pragnień i marzeń. Oczywiście nie namawiam do ignorowania potrzeb dziecka bo tu chodzi właśnie o równowagę.

    Wiem, że często jest nam bardzo trudno uczyć dzieci czekania, cierpliwości i tego, że nie jest pępkiem świata… bo dla nas jest. Ten problem jest często bardzo widoczny u rodziców dzieci, które miały trudny start. Chcą im niejako „wynagrodzić” to, że były w szpitalu, przechodziły różne zabiegi… czasami też jest to kwestia poczucia winy. Tacy rodzice starają się zaspokoić wszystkie potrzeby dziecka zanim Ono nawet o tym pomyśli i poczuje. Sama tak miałam tuż po tym jak wróciłam z Marianką do domu po czterech miesiącach, które po urodzeniu spędziła w szpitalu. I naprawdę rozumiem emocje, odczucia… ale to wszystko tak naprawdę robimy z myślą o sobie, a nie o przyszłości dziecka.

    Co się dzieje z dzieckiem, które w domu czuje, że jest najważniejsze, które nie zważa na to co czują i potrzebują inni? Co się dzieje z tym dzieckiem kiedy trafia do żłobka, przedszkola czy szkoły? Ważne jest poczucie, że jest się ważnym… ale świat nie jest skonstruowany tak, że inni będą zaspakajać potrzeby naszego dziecka przed swoimi lub przed potrzebami innych dzieci. I to niezależnie czy będzie to prywatna placówka czy państwowa. Nasze dziecko kiedyś stanie się dorosłym, będzie współistniało w społeczeństwie, które szybko mu pokaże, że nie zawsze będzie pierwszy, nie zawsze będzie mógł od razu wszystko dostać. I jak się wtedy poczuje? Jak będzie reagował na to co się dzieje wokół Niego?

    Bardzo ważne jest to, że nie ma takiego konkretnego momentu, w którym powinniśmy zacząć uczyć dziecka, że każdy z nas ma swoje prawa i każdy z nas jest bardzo ważny. To tak jak z szacunkiem uczymy go od momentu urodzenia się dziecka… bo najpierw musimy nauczyć się w swojej głowie i przygotować do tego.

    Za kilka miesięcy wiele dzieci zacznie swoją przygodę ze żłobkiem, przedszkolem czy szkołą. Wśród rzeczy nad którymi rodzice będą pracować w sobie i z dzieckiem powinno się naleźć nie tylko odpieluchowanie, samodzielność w czynnościach samoobsługowych czy umiejętność zasypiania bez rodzica ale też rozumienie, że każdy z nas jest tak samo ważny.

  • Pokaż mi jak mogę zrobić to sam czyli Montessori w domu

    Montessori to moda, która przeminie… usłyszałam ostatnio taką wypowiedź. Z pewnością jest w tym trochę prawdy, ale jeśli nawet to kwestia mody nie ujmuje to samej metodzie. Powstała wystarczająca dawno temu aby życie zweryfikowało jej przydatność i zastosowanie zarówno w edukacji jak i w życiu codziennym.

    Kim była Maria Montessori i jak powstała metodą przez nią opracowana możecie przeczytać we wpisie dotyczącym przedszkoli prowadzonych tą metodą. Dziś chciałabym Wam jednak opowiedzieć o „Montessori w domu”. W internecie można znaleźć kilka naprawdę interesujących blogów na ten temat. Ja nie chcę dziś opowiadać o aranżacji przestrzeni (tu polecam kurs Kukumag) czy pomocach/ materiałach bo choć są bardzo ważne to jednak w moim odczuci nie najważniejsze. Tak więc w czym tkwi tak naprawdę siła pedagogiki Montessori?

    Jak dla mnie jest kilka najważniejszych aspektów. Przede wszystkim spojrzenie na siebie z zupełnie innej perspektywy… nie jako nauczyciela świata i życia, ale jako przewodnika a może jeszcze bardziej towarzysza w poznawaniu świata. Montessori proponuje abyśmy obserwowali dziecko i starali się podążać za nim. Kluczowe są tu tz. „okresy wrażliwości” – na porządek, ruch, język, doznania zmysłowe, drobne przedmioty, życie społeczne. Uważność i otwarty umysł dorosłego, który odpowiada na potrzeby rozwojowe dziecka jest kluczem do jakichkolwiek działań.

    Bardzo ważne jest też zaufanie jakim obdarzamy dziecko, co jest przejawem najwyższego szacunku. Korczak, którego również bardzo cenię, mówił że dziecko to nie zapowiedź człowieka czy przyszły człowiek tylko już człowiek – dlatego należy mu się taki sam szacunek jak dorosłym (więcej na ten temat tu). Jeśli my będziemy szanować dziecko, Ono także będzie szanowało innych.

    Montessori zwraca też uwagę na pokazywanie dziecku rzeczywistości, która nas otacza. Naturalnym u dziecka jest chęć poznawania świata wszystkimi zmysłami, ciekawość otoczenia i jego eksplorowanie wpisuję się w naturę dzieciństwa. Umożliwianie właśnie takiego nieskrępowanego poznawania świata nie wiąże się z brakiem granic lecz takich ich wyznaczaniem aby w ich ramach dziecko miało swobodę, a jednocześnie czuło się bezpieczne. Jasno określone zasady zarówno przy nauce z użyciem materiału Montessori jak i w życiu codziennym nie ogranicza wolności tylko zapobiega frustracji lub niebezpieczeństwu. Bo choć dziecku należy się szacunek to jeszcze wszystkiego nie rozumie i nie jest w stanie przewidzieć, dlatego to dorosły musi zadbać o bezpieczeństwo jednocześnie tłumacząc dziecku zasady i przyczyny ich ustalenia.

    Dla mnie w tej metodzie jest bardzo ważne również to, że resekujemy etapy rozwoju dziecka, wspieramy Go w nich ale niczego nie przyśpieszamy na siłę. Podążanie za zainteresowaniami dziecka i wiedza o okresach wrażliwości daje możliwość ułatwiania dziecku nauki ale nie zmuszania Go do niej. Naturalność jest tu kluczowa.

    Z perspektywy mojego macierzyństwa bardzo ważna jest dla mnie samodzielność Marianki, z jednym z ważnych elementów pedagogiki Montessori jest tz. „życie codzienne”. Umożliwianie dziecku uczestnictwa w pracach domowych, zainteresowanie roślinami i zwierzętami, nauka samodzielności – a właściwie pozwalanie na samodzielność stanowią klu tej metody. Pozwolenie na decydowanie o sobie (w ramach możliwości rozwojowych dziecka) i swoim działaniu przy współudziale, a nie nadzorze dorosłego uczy dziecko odpowiedzialności za siebie i innych.

    Jednym z zarzutów w kierunku Montessori jest, że dzieci nie bawią się tylko pracują. A jak inaczej nazwać mozolne poznawanie świata kawałek po kawałku? Nie chodzi o to aby dzieci siedziały nad materiałem ale aby miały otwarty umysł i chłonęły świat całym sobą. Zabawa ma wydźwięk infantylny i mało poważny, a praca to wysiłek. Oczywiście biorą pod uwagę rozwój dziecka to praca w znaczeniu montesoriańskim będzie tak naprawdę zabawą bo daje dziecku ogromną satysfakcję i przyjemność, uczy i otwiera, rozwija kreatywność i wyobraźnię i sprawia, że dziecko jest szczęśliwe i dumne z siebie.

    Może i Montessori dla wielu to moda i szybko przeminie… dla mnie to nie tylko przestrzeń i materiał do pracy ale przede wszystkim zmiana spojrzenia na dziecko i rolę dorosłego w Jego rozwoju. Jeśli nie jesteś gotowy na zmianę tego spojrzenia to nawet najlepiej zaaranżowany pokój i wszystkie pomoce Montessori nie sprawią, że zrozumiesz jakie możliwości daje ta metoda. A jeśli chcesz spróbować inaczej… zacznij od pogłębienia wiedzy o metodzie, czytaj książki samej Marii ale też współczesnych autorów. Można je kupić nawet w sieciówkach i dyskontach tylko trzeba wiedzieć czego szukać. Na początek mogę Ci polecić np. „Metoda Montessori. Naucz mnie robić to samemu” Charlottr Poussin – której już tytuł daje dużo do myślenia 😉

  • Dzieciństwo naznaczone pracą

    Kiedy wspominam swoje dzieciństwo to poza przedszkolem czy szkołą większość czasu spędzałam na podwórku lub na wsi. Plac zabaw, boisko, trzepak… weekendy i wakacje u babci na wsi… Wolność, niezależność, zabawa… dzieciństwo. Kiedy byłam w ciąży z Marianką zdawałam sobie sprawę, że z pewnością nie będzie miała takiego dzieciństwa jak jak, ale bardzo chciałam aby korzystała z niego „pełną piersią”.

    Wiedzieliśmy z mężem, że oferta zajęć dodatkowych nawet dla maluchów jest ogromna, ale skłanialiśy się ku temu aby raczej z nich nie korzystać, ewentualnie z jakiś ruchowych w okresie jesienno – zimowym. Chcieliśmy pokazać Mariance przyrodę, jej bliskość i znaczenie… piaskownica, plac zabaw, rower, wspólne wycieczki… taki był nasz plan. Ale plany mają to do siebie, że nie zawsze dają się zrealizować. Kiedy Mania urodziła się 3,5 miesiąca za wcześnie (25tc) całe nasze życie stanęło na głowie… wiedzieliśmy, że dzieciństwo naszej córki zostanie naznaczone ogromną pracą, którą przyjdzie Jej wykonać.

    1

    O ile pierwszy rok, podczas którego głównie krążyliśmy pomiędzy specjalistami i rehabilitacją, a Marianka była dzieckiem lezącym nie był pod tym względem aż tak trudny, to potem zaczęły się schody. Półtora roczne dzieci przeważnie już biegają (bardziej lub mniej na chwiejnych nóżkach) po placu zabaw… a my w tym czasie jeździłyśmy na zajęcia terapeutyczne i rehabilitacje. Kiedy udawało nam się wyjść na plac zabaw nie było łatwo. Mania nie chodziła i nie była w stanie dotrzymać kroku rówieśnikom, a ciągłe pytania „Dlaczego jeszcze nie chodzi? Czy coś z Nią nie tak?” od dorosłych wcale nie pomagały. Na szczęście wtedy córeczka nie potrzebowała za bardzo jeszcze innych dzieci i mogłyśmy po prostu unikać największych skupisk „dzieciowo – rodzicielskich”.

    2

    Jednak w tym roku Marianka jest już bardzo świadoma – ma dwa i pół roku… chce się bawić z dziećmi i być jak One. To okres kiedy dziecięca aktywność skupia się na ruchu i tak poznają świat. Mania nadal ma problem z chodzeniem i bieganiem, ale za to komunikacyjnie bardzo jest do przodu – buduje zdania złożone i pomimo problemów z napięciem mięśniowym (buzia) i przodożuchwiem, jej głoski są zniekształcone lekko ale zrozumiałe. Chce bawić się z rówieśnikami i to bardzo, ale tu pojawiają się dwa podstawowe problemy 1) sporo zajęć terapeutycznych i rehabilitacyjnych 2) rozwój inny niż u rówieśników.

    3

    Kiedy większość dzieci wiosną i latem przebywa na podwórku my mamy jedno – dwa zajęcia dziennie i choć są one dostosowane do możliwości i wieku Marianki są bardzo męczące. Pomyślcie sobie, że nie radzicie sobie z czymś fizycznie i macie to przez 45 min ćwiczyć, a potem kolejną rzecz intelektualną też tyle samo. I choćby atmosfera była najfajniejsza i byście bardzo lubili osoby, z którymi to robicie to i tak będziecie wykończeni. Tak jest z Marianką. Bardzo lubi swoich terapeutów i zajęcia, które odbywają się naprawdę w atrakcyjnej dla maluchów formie… ćwiczą Jej mięśnie i mózg, wymagają skupienia. A potem wraca do domu i pod blokiem widzi dzieci bawiące się na placu zabaw. Bardzo chce do nich dołączyć pomimo zmęczenia. Jednak kiedy jest już na placu zabaw okazuje się, że Jej rówieśnicy biegają, wspinają się, skaczą… a Ona nie da rady, albo nie nadąża za nimi. W piaskownicy zaś siedzą maluchy i raczej sobie z nimi nie pogada. Oczywiście trochę generalizuje, bo są dzieci, które przez jakiś czas wspólnie się z Marianką pobawią. Starsze dziewczynki, które rozumieją że nie wszystko jeszcze potrafi też są dobrymi kompanami. Jednak czasami widzę, że Marianka obserwuje innych i zaczyna dostrzegać, że jest „inna”…

    4

    W tym roku bardzo odczuwam to, że chciałabym aby Marianka doświadczyła „normalnego” dzieciństwa i beztroski. Ale jak powiedziała jedna z mam „dla naszych dzieci, takie życie jest normalne”. Mo mimo wszystko ustaliłam sobie parę zasad, które powadziłam w nasze życie i na razie się sprawdzają. Wierzę, że mogą one pomóc nie tylko rodzicom dzieci niepełnosprawnych czy zaburzonych ale wszystkim.

    5

    Ważna jest zabawa

    Są zajęcia, z których nie możemy zrezygnować bo bardzo pomagają Mariance w rozwoju. Na każdym z nich dostajemy „zadanie do domu” – ćwiczenie jakiejś umiejętności. Staram się aby te zadania nie stanowiły podstawy w ciągu dnia. Zawsze tak planuję dzień aby Mania miała czas na zabawę swobodną czy to na placu zabaw czy w domu. Żeby była po porostu dzieckiem, zaś wszystkie „zadania” staram się zamieniać również na zabawę. Szukam takich sposobów aby Marianka nie czuła, że pracujemy nad czymś ale dobrze się bawiła. Ma dostęp do dużej ilości pomocy – zabawek, dzięki temu sama sobie dobiera ćwiczenia – zabawy, które chce zrobić. Dopiero w momencie kiedy nie ma pomysłu ja proponują Jej coś najbardziej potrzebnego do zrobienia. Nie mówię nigdy „choć poćwiczymy” tylko „choć pobawimy się”. Zawsze staram się Mani wygospodarować czas na zabawę swobodną bez mojego wsparcia.

    6

    Dobór zajęć

    O ile dzieci niepełnosprawne czy zaburzeniami rzeczywiście potrzebują dużego wsparcia to już pozostałe dzieci nie koniecznie. Warto zastanowić się czy i na jakie zajęcia maluchy powinny „chodzić”. Nawet przy terapiach i rehabilitacji zawsze radzę pomyśleć czy się nie dublują, albo jedna nie zawiera drugiej. W wielu przypadkach przestymulowane dziecko nie jest w stanie skorzystać z zajęć. Odczuliśmy to bardzo kiedy na koniec trzytygodniowego turnusu Marianka nawet na zajęciach grupowych (jak dla dzieci żłobkowych) płakała i nie była w stanie się bawić. Dlatego warto czasami coś przełożyć na inny termin – może późniejszy, albo w ogóle zrezygnować. Nie pomożemy naszym dzieciom przeładowując ich plan dnia.

    7

    Na wszystko jest czas i pora

    Dla mnie zawsze było jasne, że godzina zajęć ma znaczenie… ale również dzień tygodnia. Inaczej dzieci pracują w poniedziałek po weekendzie, inaczej w środę, a jeszcze inaczej w piątek. To samo tyczy się godzin w ciągu dnia. Oczywiście nalepie większość dzieci będzie w stanie się skupić w godzinach rannych ewentualnie po drzemce. Trzeba jednak pamiętać, że zmienia się to zarówno w ciągu pór roku jak i w toku rozwoju. Zajęcia angażujące intelektualnie warto zorganizować przed południem, a te ruchowe po południu. U dzieci szkolnych warto jednak zwrócić uwagę, że popołudniowych treningach będzie dla nich łatwiejsze na początku tygodnia niż na koniec. Na trudne zajęcia warto wybierać wtorek i środę kiedy jest najwięcej na nie sił.

    Oczywiście bez obserwacji własnego dziecka moje rady zdają się na nic.

    8

    Forma to podstawa

    Na szczęście w dzisiejszych czasach większość zarówno zajęć terapeutycznych jak i zwykłych dla dzieci prowadzonych jest w formie dostosowanej do ich potrzeb. Jednak nadal nie jest to standardem wszędzie. Dlatego warto sprawdzić czy terapeuta lub instruktor ma podejście do dzieci i stosuje formy pracy bazujące na zabawie. Tylko taka forma daje najlepsze rezultaty, dzieci chcą współpracować i korzystają z zajęć w pełni. Zajęcia nie powinny być też za długo. Skupienie u maluchów jest dość krótkie i trudno od nich wymagać aby przez godzinę w pełni były zaangażowane.

    9

    Dziecko wie lepiej

    Trzeba obserwować swoje dziecko, bo Ono wie najlepiej czy to wszystko ma sens. Nie mówię o „dniu lenia” czy buncie ale jeśli widzimy, że na terapii nie jest zaangażowane, nie nawiązuje kontaktu z terapeutą lub jest zmęczone to trzeba coś zmienić. Czasami pomaga zmiana dnia, godziny lub metody pracy. Jednak bywają sytuacje, że trzeba sprawdzić czy z inną osobą nie będzie się pracowało lepiej. Nie ma specjalisty który dotrze do każdego dziecka… i mówię to ja, która twierdzi, że nie ma dziecka, z którym nie nawiązałaby kontaktu 😉 – żarcik. A są też momenty kiedy trzeba po prostu zmniejszyć ilość zajęć w danym momencie.

    Inaczej trochę sprawa się ma z rehabilitacją… jest ona często nieprzyjemna i bolesna, a dla maluchów niezrozumiała. Tu płacz jest na porządku dziennym, może jednak pomóc metoda opisywania i szacunku, o której już kiedyś pisałam w odniesieniu m.in. do pielęgnacji. A rezygnacji z rehabilitacji nie polecam.

    10

    Rozwój naszego dziecka jest ważny i jeśli jest zaburzony to pierwsze lata życia są kluczowe. To wtedy najłatwiej „nadrobić”. Jednak nawet jeśli dzieciństwo naszych dzieci jest naznaczone ciągłą pracą, to nie możemy pozwolić aby przestały być po prostu dziećmi. Tego czasu nie da się cofnąć i trzeba koniecznie znaleźć równowagę między zajęciami a zabawą. Nie przeskoczymy pewnych rzeczy jeśli dziecko nie będzie miało możliwości pełnego rozwoju we wszystkich sferach. A swobodne poznawania świata, radość i bycie dzieckiem jest ważną częścią tego procesu.

    Życzę Wam i sobie abyśmy potrafili w dzisiejszym świecie i pomimo różnym przeciwnościom dać naszym dzieciom wspomnienia, emocje i wolność dzieciństwa, które ukształtują je na całe życie.

    11

    Dziękuję bardzo Niepublicznej Poradni Pedagogiczno – Psychologicznej ROZWIŃ SKRZYDŁA w Białymstoku za możliwość zrobienia zdjęć podczas zajęć terapeutycznych.

    Piękne zdjęcia do tego tekstu wykonała pani Kasia z Historie obrazkowe, która zaprasza na sesje zdjęciowe, a na hasło: Radość bycia rodzicem otrzymacie 20% zniżki

  • Mrówki, ślimaki i inne żuczki

    „Zostaw tego robaka! Coś ty znowu znalazł! Nie znoś mi tego paskudztwa!”. Zdarza mi się słyszeć takie wypowiedzi od mam lub innych osób zajmujących się maluchami. Kilkulatek z zapałem obserwuje mrówki czy próbuje pogłaskać żuka, a dorosły nie jest tym zachwycony…

    Wiosna w pełni, coraz więcej czasu spędzamy z dziećmi na świeżym powietrzu. Aura sprzyja spacerom, zabawom na placu zabaw czy dalszym wyprawom. To doskonały czas aby nasze dzieci nie tylko były na świeżym powietrzu ale też doświadczyły przyrody na „własnej skórze”.

    Kiedyś pisałam już o zbawiennym wpływie natury na dzieci wychowane w wirze cywilizacyjnym. Nie zawsze jednak możemy spędzić dwa tygodnie w lesie czy choćby weekend co kilka tygodni. Nasze dzieci często same odkrywają, że przyroda otacza nas z każdej strony nawet w dużym mieści. Mrówki, robaczki, żuczki… ale też ptaki, rośliny otaczają nas niezmiennie od lat. Jednak wielu z nas nie zwraca na nie uwagi. Bo niby po co? Łatwiej albo w ogóle nie zwracać na to wszystko uwagi lub skupić ją na bardzie „edukacyjnych” sprawach. A właśnie wiosna i lato sprzyjają praktycznej edukacji przyrodniczej oraz uwrażliwianiu naszych dzieci, nauki empatii i zainteresowanie środowiskiem, w którym żyjemy. Jak to zrobić?

    Po pierwsze nie przeszkadzać 🙂 Kiedy maluchy obserwują, pokazują nam lub dotykają tego wszystkiego co jest wokół nas warto czuwać nad bezpieczeństwem ale nie ingerować kiedy nic się nie dzieje. Przecież to, że dziecko weźmie dżdżownicę do ręki nie oznacza od razu konieczności dezynfekowania wszystkiego wokół. Ale już branie rzeczonej dżdżownicy do buzi nie jest dobrym pomysłem. Czemu nie pozwolić maluchowi pogłaskać trawy czy też położenia się na niej? Warto oczywiście zwrócić uwagę czy nie jest ona upstrzona kupami 😉 Wszechstronny i harmonijny rozwój naszego dziecka nie może obyć się bez tego typu doświadczeń. Nie wystarczy zawieść malucha raz na jakiś czad do zoo (choć oczywiście jest to fajne), przyrody trzeba doświadczyć.

    Kiedy dziecko „powinno” się zainteresować tego typu doświadczeniami? Oczywiście im wcześniej tym lepiej, ale nic na siłę. Odbędzie się to naturalnie jeśli od wczesnego dzieciństwa my również będziemy zwracali uwagę na to. Na spacerach warto zwracać uwagę dziecka „wózkowego” na drzewa, krzewy czy ptaki. Jeśli jest taka możliwość niech dotknie liści, gałązek… nie pędźmy, postójmy chwilę obserwując gołębie czy inne ptaki. Kiedy rano wychodzimy słychać śpiew ptaków zatrzymajmy się i posłuchajmy. Sami pokażmy, że pod naszymi nogami jest życie… obserwujmy pracowitą mrówkę, która niesie ziarenko większe od niej… pająka tkającego sieć, czy motyla który siada na kwiatek.

    To wszystko wymaga od nas tylko chwili zatrzymania się i uwagi. A jeżeli pokażemy dziecku ten piękny świat, to życie dziejące się między blokami, w parku czy na skwerze damy mu ogromny dar wrażliwości i uważności. Tego nie da się wypracować w zamkniętym domu, na najlepszym materiale edukacyjnym, choćby nie wiem jak był atrakcyjny i profesjonalny. Nie zmarnujmy tego letniego czasu. Zabawy domowe, prace plastyczne i inne aktywności możemy zostawić sobie na wieczory, gorszą pogodę czy przeziębienie. Zmieńmy nasze spacery czy zabawę na placu zabaw w wielką przygodę przyrodniczą. Nie zmuszajmy tylko pokażmy, że nie jesteś sami. Dzieciństwo przeminie… teraz jest najlepszy czas na mrówki, ślimaki i żuki… teraz bez martwienia się o czyjąkolwiek opinie jest czas na głaskanie kwiatków, przytulanie się do trawy czy całowanie drzewa… Bo kiedy nasze dzieci podrosną będzie im trudniej swobodnie być częścią przyrody jeśli nie poczują z nią więzi teraz.

    Bajka, laptop, komórka czy tablet nie uciekną i nigdy nie zastąpią żywego kontaktu z naturą… za to ona… jest w stanie dać nam dużo więcej niż nam się wydaje.

  • Jedzenie – to nie takie łatwe

    Jeśli szukasz w tym tekście informacji kiedy i w jakiej kolejności wprowadzać pokarmy to ich tu nie znajdziesz. Jest wiele publikacji mówiących o tym. Ale znajdziesz podpowiedzi na najczęściej pojawiające się pytania i wątpliwości rodzicielskie dotyczące jedzenia. Problemy, które mają kilkulatki z jedzeniem lub piciem bardzo często mają swój początek w pierwszym roku życia.

    Od razu chciałabym zastrzec, że jeśli zauważysz jakiekolwiek niepokojące sygnały dotyczące jedzenia swego dziecka, to zawsze najpierw zapytaj lekarza. Niektóre dzieci w związku ze swymi dolegliwościami, schorzeniami lub zaburzeniami będą potrzebowały wsparcia lekarza pierwszego kontaktu, gastrologa, endokrynologa lub psychologa. Jednak ze znakomitą większością problemów żywieniowych dzieci, rodzice powinni poradzić sobie sami.

    Moje dziecko je za mało

    Większość znanych mi mam, nie wyłączając mnie, choć raz w życiu zastanowiła się nad tym czy nie daje za mało jeść swemu dziecku. Trzeba pamiętać, że dzieci działają instynktownie, zwłaszcza w okresie niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa. Jeśli będą głodne z pewnością dadzą nam o tym znać, czy to płaczem, czy marudzeniem, apatią, rozdrażnieniem. Większe będą same sięgały po to co jest pod ręką, wołały „ama”, itp. Jeśli zaś będzie miało już dość jedzenia też nam o tym oznajmi. Warto obserwować dziecko i „wsłuchiwać” się w jego, czasami niewerbalne komunikaty.

    Zawsze warto podpytać się lekarza lub pielęgniarki co do ilości podawanego jedzenia. Jednak porównywania z innymi dziećmi w tym samym wieku już nie polecam. Każe z dzieci rozwija się inaczej, waży, mierzy i rusza się inaczej. Dlatego jeśli dziecko rozwija się prawidłowo, jego waga mieści się w centylach, to może jednak je tyle ile trzeba. Pamiętajmy, że żołądek dziecka jest wielkości jego piąstek… ile więc może się tam zmieścić. Czasami lepiej dać dziecku troszkę mniej, ale częściej.

    Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Jeżeli będziemy zmuszali dziecko do jedzenia, to w końcu jego żołądek się „rozciągnie” i po prostu będziemy je przekarmiać, co może prowadzić do otyłości. Z kolei jeśli dziecko domaga się jedzenia a nie dostaje tyle ile powinno, to działa to w druga stronę i możemy doprowadzić do anemii. Warto słuchać dzieci.

    Moje dziecko nie chce pić/ zwłaszcza wody/

    Trzeba pamiętać, że dzieci które piją mleko nie wymagają „dopajania”. Otrzymują odpowiednią ilość płynów aby utrzymać nawodnienie organizmu na odpowiednim poziomie. Jedynie w dwóch przypadkach mogą czasami potrzebować dodatkowej wody – kiedy są chore i odwodnione (ale tu mleko też powinno pomóc) lub przy dużych upałach (oczywiście mleko będzie spełniało tę samą funkcję).

    Ogólnie wiadomo (choć mam wrażenie, że jednak nie wszyscy to sobie jeszcze przyswoili), że woda i to źródlana jest najlepsza dla dzieci. Przede wszystkim najlepiej nawadnia (wow odkrycie), usprawnia pracę mózgu i mięśni oraz jest neutralna dla zębów. Wszelkiego rodzaju soki/ herbatki – nawet te dla kilku miesięcznych dzieci czy robione w domu nie spełniają tych funkcji. A jeszcze są często przyczynkiem do próchnicy tz. „butelkowej”

    Skąd więc tyle dzieci, które nie lubią wody lub żadnych napojów. Wiele z nich jeszcze nie potrzebuje „dopajania” lub została im woda podana za wcześnie. Dziecko dostało wodę, nie potrzebowało jej, więc nie piło. Rodzić się zmartwił, stwierdził, że nie smakuje, dodał soczku lub czegoś innego „do smaku”… Kończy się na tym, że dziecko pije albo tylko słodkie albo nic.

    Jeżeli nasze dziecko nie chce pić nic, zastanówmy się czy rzeczywiście jest mu to potrzebne, bo być może z innymi pokarmami dostają ono wodę. Jeśliś ma dobre wyniki i nie jest odwodnione (można to poznać choćby po jasnym kolorze moczu) to może nie warto zmuszać, a jedynie zachęcać.

    Problemem może tez być sposób podawania wody – kubek, słonka, szklanka. Warto wypróbować różne, bo dzieciom to też może sprawiać problem.

    Moje dziecko nie chce jeść moich potraw

    Często się zdarza, że mamy – zwłaszcza przy pierwszym dziecku, bardzo się starają aby te pierwsze posiłki były idealne – z ekologicznych warzyw, wolno biegającego drobiu, itp. A maluch nie chce tego jeść. Pomijam fakt, że może być nie gotowy. Ale bywa tak, że dzieci zajadają się słoiczkami (podanymi w akcie desperacji), a obiadków rodziców nie tkną. Przerabialiśmy to… u nas akurat przyczyną był silny odruch wymiotny, przy jakiejkolwiek grudce, spowodowany wielokrotnym i długotrwałym intubowaniem. Jednak najczęściej przyczyna tkwi gdzie indziej. Przyprawy… Często nie przyprawiamy potraw dla maluchów, a te słoiczkowe mają przyprawy. Nie zachęcam oczywiście do solenia czy pieprzenia obiadków dla dzieci, ale jest wiele przypraw naturalnych, których możemy używać. Jakich? Kiedy Marianka już była gotowa na nasze potrawy i „grudki” to zerkaliśmy na słoiczki jakie przyprawy są tam wymienione. Zresztą jak wpiszecie w wyszukiwarce „przyprawy dozwolone dla dzieci” to pewnie nie jeden artykuł znajdziecie.

    Warto zawsze sprawdzić smak podawanej dziecku potrawy i zastanowić się czy sami bylibyśmy w stanie to zjeść.

    Moje dziecko je wybiórczo

    Istnieją zaburzenia odżywiania związane z wybiórczością jedzenia. Wymagają one leczenia i konsultacji ze specjalistami. Jednak znakomita większość dzieci jedzących wybiórczo takich zaburzeń nie ma.

    Trzeba pamiętać, że dla dziecka każdy nowy smak jest… nowy. W większości przypadków nie wie czy smakuje mu czy nie, ma przy tym nieodgadniony wyraz twarzy lub się krzywi. Często nie wynika to z tego, ze mu nie smakuje tylko, że jest zaskoczone nowością. A rodzice błędnie to interpretują i notują sobie w głowie „moje dziecko tego nie lubi”. Czasami aby dobrze poznać smak i aby kubki smakowe go zaakceptowały trzeba czegoś spróbować 5 – 10 czy 15 razy. Spróbować to nie znaczy zjeść wszystko. Kiedy wprowadzamy nowy smak i dziecko od razu nie zjada go chętnie nie należy zmuszać do zjedzenia całości. Do danego smaku trzeba wrócić za kilka dni i powtarzać to kilkanaście razy po trochę. Oczywiście dziecko jest człowiekiem i tak jak każdy z nas może czegoś nie lubić. Ale może to dotyczyć kilku smaków, a nie kilkunastu. Nasza córka nie lubi smaku jajka. O ile jeszcze żółtko toleruje to już białko odpada. Zaakceptowaliśmy, że jajko gotowane będziemy jeść sami. A przetworzone Jej nie przeszkadza.

    Waśnie przez takie odpuszczanie po zdawałoby się nieudanej próbie lub zmuszanie do zjadania całości od razu powoduje, że w późniejszych latach dziecko może jeść bardzo wybiórczo.

    A co jeśli już tak jest i nasz kilkulatek je tylko kilka potraw? O ile nie jest to związane z zaburzeniami lub chorobą to można sobie z tym poradzić, tylko jak zawsze trzeba wytrwałości i zasad. Warto wprowadzić zasadę, że wszystkiego co jest na talerzu należy spróbować. Jeśli dziecko to zrobi należy pochwalić, ale nie zmuszać do jedzenia całości. Warto zapytać czy smakowało. Nawet jeśli nie, to może za 15 razem posmakuje. Inną zasadą jest, że jeśli na talerzu są trzy potrawy to tylko jedna można zostawić (ale trzeba jej spróbować). W tym przypadku pamiętajmy, żeby nie podawać od razu wszystkich trzech rzeczy których dziecko nie je. Niech będzie jedna, którą lubi, jedna do której się przekonuje i jedna nowa. Zawsze po skończonym posiłku warto zapytać o wrażenia i pochwalić (ale nie wpadać w przesadę).

    Miałam w przedszkolu kiedyś dziewczynkę, której mama w pierwszych dniach przynosiła na kartce co mała zje na pewno z tego co jest zaplanowane. Dzięki zasadom, pozytywnemu wsparciu i zachętom dziewczynka po pół roku jadła już prawie wszystko. Udało nam się ustalić czego naprawdę nie lubi i dać Jej wybór. Nie lubiła pomarańczy więc zawsze były w zanadrzu jabłka (których też na początku nie jadła). Taki wybór pokazał, że taktujemy ją poważnie i wspólnie podejmujemy decyzje.

    Oczywiście w domu możemy też dziecko zaangażować do wspólnych zakupów i gotowania, które działają bardzo korzystanie na „niejadki”

    Moje dziecko za mało przybiera na wadze

    Rodzice maluchów, które w pierwszych miesiącach szybko przybierają na wadze zaczynają się martwić kiedy nagle waga staje (zwłaszcza dzieci z niską masą urodzeniową). O ile zatrzymanie przybierania na wadze nie łączy się z nagłym spadkiem apetytu, chorobą, słabymi wynikami oraz zatrzymaniem wzrostu… to z reguły mnie ma się czym przejmować. Dzieci w pewnym momencie zaczynają intensywnie poznawać świat czy to przemieszczają się czy dotykając go. Do tego dochodzi ząbkowanie i szybki rozwój intelektualny. Do tego potrzeba jest naprawdę dużo energii. Dlatego przyrost masy ciała zwalnia, a całą energia jest kierowana na inny rodzaj rozwoju.

    Oczywiście należy obserwować czy nie dzieje się nic złego z dzieckiem, ale jeśli lekarz potwierdzi, że od strony zdrowotnej jest dobrze… to nie należy raptownie zwiększać ilości posiłków czy na siłę karmić dziecko. Warto dostarczyć mu odpowiednie ilości kalorii do rozwoju i cieszyć się, że poznaje świat.

    Moje dziecko jest niejadkiem

    Podczas 9 lat pracy w przedszkolu, a potem w żłobku, słyszałam to tysiące razy. A potem okazywało się, że 99% dzieci je normalnie. Z czego wynika taki pogląd rodziców?

    Zapominamy, że dziecko ma żołądek wielkości swoich pieści (o czym już pisałam) a często nie wiemy ile tak naprawdę je nasze dziecko. Dla zdrowia dziecka lepsze jest aby jadło mniejsze ilości ale częściej – czyli talerz obiadu nałożony tak jak dla dorosłego raczej nie jest odpowiedni. Zapominamy też, ze wszelkiego rodzaju przekąski są posiłkami i jeśli dziecko ma do nich dostęp, to sumaryczna ilość kalorii w ciągu całego dnia wcale nie jest taka mała.

    Jeżeli nasze dziecko dobrze się rozwija, zjada chętnie ale mało (naszym zdaniem), ma dobre wyniki, jest energiczne i radosne… To nie jest niejadkiem.

    Czasami dziecko nie chce jeść naszych posiłków, a u babci czy w przedszkolu zjada. Może to wynikać albo ze smaku naszych potraw, albo z presji jaką wywieramy na dziecko lub atmosfery przy stole.

    Moje dziecko raptownie przestało lubić to jeść

    Nasze upodobania smakowe zmieniają się przez całe życie. Jeżeli nasze dziecko przestało coś lubić (jedną lub dwie rzeczy) to nie warto się martwić, ma do tego prawo. Warto wówczas spróbować wprowadzić nowe potrawy lub wrócić do tych, które kiedyś nie posmakowały.

    Oczywiście to nie wszystkie problemy żywieniowe jakie mają nasze dzieci. Moje sposoby nie nie zadziałają na wszystkie dzieci, ale warto spróbować. A w razie wątpliwości po prosu zapytać lekarza.

  • Trudne, magiczne słowa

    Kiedyś jeden z tatusiów w przedszkolu zapytał mnie jak nauczyłam jego dziecko mówić dzień dobry, bo on nie potrafił tego zrobić. Odpowiedziałam, że dzieci w przedszkolu, wśród rówieśników szybciej się uczą… ale była to tylko cześć prawdy…

    Jest cześć rodziców, która ma problem z nauczeniem dzieci „magicznych słów”. Maluchy za nic w świecie nie chcą powiedzieć „proszę, dziękuję i przeprasza” ale często też mają problem ze zwykłym „dzień dobry” lub „do widzenia”. Czasami wynika to z nieśmiałości, innym razem z przekory, ale w większości przypadków nie mówią tych słów, ponieważ nie zostały tego nauczone. Zaraz odezwą się osoby, które powiedzą „przecież uczę swoje dziecko – zawsze każę mu mówić dzień dobry”. Często zapominamy jednak, że dzieci najszybciej uczą się przez naśladownictwo, a zasad współżycia z innymi (w tym słów grzecznościowych) najłatwiej nauczyć maluszki.

    Kiedy wymagamy od dziecka aby mówiło „dzień dobry” czy „do widzenia” zastanówmy się czy sami tak robimy? Ważne jest też kiedy zaczynamy wymagać od dziecka by witało się i żegnało. Nie raz widziałam rodziców, którzy chcieli aby ich dziecko powiedziało „dzień dobry” ale sami tego nie robili. Skoro mama lub tata nie mówią tego na powitanie dlaczego ja mam to robić. Bywa też, że kiedy dziecko idzie do przedszkola z dnia na dzień chcemy aby się witało czy żegnało. A to tak nie działa. A jak to zrobić w miarę łatwo i naturalnie? Przede wszystkim wymagać od siebie, witać się z sąsiadami czy w miejscach publicznych i to od samego początku kiedy dziecko nam towarzyszy. Kiedy jest ono na tyle świadome aby panować nas swoimi gestami lub zaczyna mówić warto zachęcać i wprowadzać „pa pa” na pożegnanie a zamiast powitania jakiś gest, np. podanie ręki czy jej uniesienie. Z czasem kiedy dziecko będzie potrafiło samo powiedzieć „dzień dobry/ do widzenia” zacznie to robić naturalnie i bez przymuszania.

    Tak samo sprawa się ma jeśli chodzi o „przepraszam, dziękuję, proszę”. Tu bardzo ważne jest aby od początku w towarzystwie dziecka, ale także w stosunku do niego używać tych słów. Są one nie tylko grzecznościowe ale świadczą też o szacunku do drugiej osoby. A to, że dziecko jest noworodkiem lub niemowlakiem wcale nie oznacza, że mamy nie traktować Go z szacunkiem. Jeśli teraz tego nie zrobimy, to kiedy? To musi wynikać z nas. Jeżeli my będziemy szanować dziecko, zwracać się do niego grzecznie… jeśli dziecko będzie widziało, że tak sama traktujemy innych ludzi… takie zachowanie będzie dla niego naturalne.

    Oczywiście w momencie kiedy dziecko uczy się mówić lub już to potrafi warto mu pomóc w określeniu sytuacji kiedy trzeba użyć słów „magicznych”. Wytłumaczyć w trakcie sytuacji „podziękuj tacie”, „przeproś babcię”, „poproś o klocki”. Kiedy dziecko jeszcze nie mówi można zastosować gesty lub określenia tymczasowe. Przecież babcię można przytulić czy pogłaskać. Należy jednak pamiętać aby ten okres „zastępczy – przejściowy” zamknął się w momencie kiedy dziecko sprawnie opanuje mowę. Maluchy chętnie unikają słów kiedy mogą, bo tak jest łatwiej.

    Pamiętajmy, że zawsze najpierw musimy wymagać od siebie, a potem od dzieci. A szacunek należy się maluchom od chwili urodzenia. Jeżeli tak będziemy postępować nie będziemy najprawdopodobniej mieli problemów z określeniami grzecznościowymi u naszych dzieci.

  • Jak wybrać przedszkole

    Nowy rok… nowe wyzwania… Jak zwykle o tej porze roku na grupach „mamowych” zaczynają się pytania dotyczące przedszkoli? Jaki są polecane? Gdzie najlepiej? Gdzie najtaniej? Gdzie najbliżej? Oczywiście nie jestem w stanie odpowiedzieć na te wszystkie pytania konkretnymi placówkami (bo jest ich co niemiara)… ale spróbuję trochę Wam podpowiedzieć. Przez 7 lat pracy jako dyrektor przedszkola zebrałam doświadczenie dotyczące rekrutacji, pytań rodziców i ich oczekiwań.

    Oto kilka ważnych spraw, o których powinniście pomyśleć przy wyborze przedszkola.

    Państwowe czy prywatne

    Tak naprawdę to jest pierwsze pytanie jakie powinniśmy sobie zdać myśląc o przedszkolu dla naszego malucha. Odpowiedź na nie będzie determinowała sporą część naszych dalszych pytań. W każdym z tych rodzajów przedszkoli rekrutacja, wymogi, opłaty i terminy są inne. O ile do państwowych placówek rekrutacja odbywa się w większości (zwłaszcza w większych miastach) poprzez systemy elektroniczne, w wyznaczonym terminie (mniej więcej marze – kwiecień) to już w przedszkolach prywatnych rekrutacja jest ciągła i zależy od ilości miejsc. W przedszkolach państwowych dziecko 2,5 letnie przeważnie się nie dostanie (choć wszystko zależy od ilości dzieci), to jeśli chodzi o prywatne placówki to spora część przyjmie nawet dzieci którym brakuje miesiąca lub dwóch do 2,5 roku. Opłaty w palcówkach państwowych określa ustawa (5 godzin dziennie bezpłatnie, każda następna godzina płatna, opłata z wyżywienie) to już w prywatnych opłaty są różne (często zależą od miejscowości oraz ilości zajęć dodatkowych).

    Pierwszym weryfikatorem z pewnością dla niektórych będą koszty. I nie należy się tu ani wstydzić ani krygować. Nie oznacza to, że do państwowych placówek chodzą dzieci tylko tych rodziców, których nie stać na prywatne. Ale niektórzy z nas, nawet nie będą rozpatrywali prywatnych. I to jest normalne. Skoro państwo oferuje nam wychowanie przedszkolne to czemu z tego nie skorzystać.

    Jakie przedszkole państwowe? Czy dla każdego?

    Jeśli w Waszej miejscowości jest więcej niż jedno przedszkole państwowe to zawsze możecie wybrać, które z nich będzie dla Was przedszkolem pierwszego wyboru. Które wybrać? Warto przemyśleć kilak rzeczy. Czy chcę aby przedszkole było blisko miejsca zamieszkania, może blisko pracy lub dziadków? Czy moje dziecko ma jakieś specjalne potrzeby, które przedszkole powinno zaspokoić (np. edukacyjne, wychowawcze, żywieniowe)? Jaką ofertę edukacyjna ma każda z placówek? Czy dzieci mają jakieś zajęcia dodatkowe (obowiązująca ustawa wcale tego nie zakazuje)? Czy są jakieś koła zainteresowań? Czy dzieci wychodzą do placówek kulturalnych, na wycieczki? Tego wszystkiego dowiecie się ze strony internetowej, z rozmowy z dyrekcją ale przede wszystkim z opinii innych rodziców.

    Warto zasięgnąć zwłaszcza tej ostatniej od więcej niż jednej czy dwóch osób. Jeżeli słyszymy, ze jakaś pani wychowawczyni nie ma najlepszej opinii warto dopytać się u dyrekcji kto będzie prowadził grupę, do której ma trafić nasze dziecko. Jeśli dziecko ma specjalne potrzeby warto od razu zapytać czy przedszkole ma możliwość ich zaspokojenia. Pamiętajmy, co dla jednych jest niemożliwe do przejścia dla innej dyrekcji może nie stanowić problemu. Nie zatajajmy tez trudności naszych dzieci. Jeżeli zostaną przyjęte do przedszkola i tak „wyjdą”… wtedy powstanie prawdziwy problem, bo wychowawczynie będą zaskoczone.

    Pamiętajmy, że to iż jest mało przedszkoli państwowych nie oznacza, że możemy się na wszystko godzić. A przepisy mówią o tym, że każde dziecko od 3 roku życia wzwyż (o ile rodzic wyrazi taką chęć) powinno mieć zapewnioną możliwość realizacji wychowania przedszkolnego w placówkach państwowych najdalej do 3 km od miejsca zamieszkania. Co to oznacza? Że dziecko może się nie dostać do przedszkola, które wybraliśmy ale gmina powinna wskazać placówkę która jest blisko naszego zamieszkania. Co nie zawsze nam odpowiada. W związku z tym obowiązkiem, gminy powołały oddziały przedszkolne przy szkołach, albo podpisały umowy z niektórymi przedszkolami prywatnymi, które rekrutują tak jak państwowe i opłaty tez są takie jak tam.

    Przedszkole prywatne

    Na co zwrócić uwagę wybierając przedszkole prywatne? Z pewnością tak jak przy placówce państwowej – umiejscowienie, oferta edukacyjna, potrzeby naszego dziecka, opinie rodziców oraz oczywiście opłaty (co obejmują). Ważna tez będzie dostępność miejsc i wpisowe. Dla mie równie ważne jest też wizja wychowani jaką ma dana placówka – a te coraz częściej bywają bardziej odważne i urozmaicone. Ale to każdy z Was musi zastanowić się co dla Was będzie priorytetem.

    Kiedy zatem szukać miejsca w przedszkolach prywatnych? Dla mnie najlepszym momentem jest właśnie przełom stycznia i lutego. W przedszkolach po malutku zaczyna się klarować ilość miejsc, które zostaną zwolnione (ile dzieci pójdzie do pierwszej klasy, ile do zerówki szkolnej – kto zostanie w przedszkolu). Oczywiście są takie placówki, gdzie powiedzą Wam, że to już za późno… ale jak dla mnie takie trochę sztuczne tworzenie elitarności. Zapis dziecka na dwa czy trzy lata wcześniej do przedszkola, kiedy wcześniej nie jesteśmy wstanie przewidzieć ile miejsc będziemy mieli wolnych w danym roku przedszkolnym… No nic, każdy niech sam decyduje. Czy jesteśmy wstanie przewidzieć co będziemy robić za rok czy dwa? Czy nadal będziemy mogli/ chcieli aby nasze dziecko chodziło do tego przedszkola? A wpisowe już nas przywiązuje. Ja trzymałam się tego, że rekrutację zaczynaliśmy pod koniec stycznia (choć jeśli rodzic, który miał już u nas starsze dziecko deklarował wcześniej, że chce puścić młodsze to oczywiście nie odmawialiśmy). Jak dla mnie było to uczciwe względem rodziców i organizacyjnie dla nas łatwiejsze.

    Ap ropo wpisowego – z założenia jest bezzwrotne. Warto się jednak zapytać czy pokrywa ono np. wyprawkę plastyczną czy higieniczną dziecka lub zakup kart pracy.

    W przedszkolach prywatnych warto zwrócić uwagę nie tylko na ilość dzieci w grupie, ale też na ilość zatrudnionych nauczycieli i jak często się zmieniają. Obecnie już nie powinno się zdarzać, że opiekę nad dziećmi sprawują osoby z niepełnym lub nie kierunkowym wykształceniem… ale na to też warto zwrócić uwagę.

    Zajęcia dodatkowe to ważne dla rodziców informację. Pamiętajmy jednak, aby nie było ich przesadnie dużo. Dzieci oprócz nich realizują podstawę programową wychowania przedszkolnego (nawet maluchy), a jeśli zajęć jest za dużo to braknie im czas na zabawę swobodna, która w tym wieku jest niezwykle ważna. Warto od razu zapytać które z zajęć są w interesującej nas grupie wiekowej i czy wszystkie są w ramach wpisowego czy któreś wymaga dodatkowej opłaty.

    Mówiąc o opłatach warto pamiętać, że w wielu przedszkolach prywatnych opłata miesięczna nie zawiera wyżywienia. Na stronie internetowej łatwo to przeoczyć. Może się okazać, że czesne jest atrakcyjne ale po doliczeniu stawki dziennej za wyżywienie już traci. Z kolei w innym przedszkolu może wydawać się 100 czy 150 zł wyższe, ale zawierające już wyżywienie. Przedszkola prywatne to firmy, które też używają chwytów marketingowych aby pozyskać klientów.

    Inną ważną rzeczą jest też plac zabaw i wyjścia na spacery. W obecnych czasach kiedy wiele placówek powstaje w blokach lub innych miejscach nie od razu przeznaczonych na przedszkola – samodzielny plac zabaw to prawdziwy rarytas. Jeśli jednak przedszkole nie ma własnego placu, nie oznacza to od razu dyskwalifikacji. Być może korzystają z osiedlowego lub mają inne rozwiązania. Warto o to zapytać. Obowiązująca podstawa programowa zakłada codzienne wyjścia na spacer lub plac zabaw, o ile pogoda na to pozwoli. Warto na to zwrócić uwagę.

    Wizja czy filozofia wychowania też może powiedzieć nam dużo o przedszkolu. Teraz coraz częściej pojawiają się przedszkola Montessori, demokratyczne, artystyczne, językowe ale również leśne. Warto zapoznać się z różnymi możliwościami (kilka z nich postaram się Wam w najbliższym czasie przedstawić).

    Niezależnie czy przedszkole jest państwowe czy prywatne warto przed podjęciem decyzji zabrać tam nasze dziecko i… zobaczyć jak się będzie tam czuło. To z pewnością powinien być podstawowy czynnik, który uwzględnimy przy wyborze.

    Mam nadzieję, że moje wskazówki pozwolą Wam wybrać przedszkole do którego Wasze dziecko będzie chętnie chodziło, Wy będziecie zadowoleni z opieki, a to wszystko złoży się na wsparcie w prawidłowym rozwoju dzieci.

  • Goście wieczorem, a dziecko w domu

    Czas świąt to często czas kiedy odwiedza nas rodzina i znajomi. Nie zawsze te wizyty odbywają się w środku dnia, zdarza się że zapraszamy gości na wieczór… tak jak wtedy kiedy w naszym domu nie było dzieci. Czy to dobry pomysł? Czy w ogóle jest sens organizowania takich spotkań? A może warto zrezygnować na jakiś czas z wieczornych imprez?

    Oczywiście każdy z nas będzie miał swoje zdanie na ten temat, ja jednak uważam, że o ile nie mamy noworodka, który się aklimatyzuje w naszym domu, dziecko nie jest chore i zachowamy pewne zasady nie ma sensu rezygnować z wieczornych spotkań z rodziną czy przyjaciółmi. Oczywiście jeśli jest możliwość, żeby np. babcia zajęła się maluchem na piętrze domu, kiedy my przyjmujemy gości to byłoby super. Ale często mieszkamy w bloku lub nie mamy pod ręką babci czy dziadka i co wtedy? Aby spotkanie było udane, a nasze dziecko nie ucierpiało na tym należy pamiętać o kilku ważnych sprawach.

    Jeden z rodziców zawsze musi być trzeźwy

    To jest podstawowa sprawa. Trzeźwy nie oznacza po kilku piwach czy kieliszkach wina. Zawsze w domu powinien być ktoś kto nie ma w sobie ani promila alkoholu, a już zwłaszcza na takich spotkaniach. Wynika to z przyczyn bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Jeżeli niedajboże coś by się zaczęło dziać z naszym dzieckiem, każdy wypity alkohol spowalnia naszą reakcję.

    To, że jedno z rodziców powinno być trzeźwe nie oznacza, że drugie może sobie pozwolić na wszystko. Warto też zadbać o to aby nasi goście, jeżeli będą spożywali alkohol zachowywali się w taki sposób aby nie wystraszyć naszego malucha lub jeśli będzie on już spał to Go nie obudzili. Alkohol jest dla ludzi, ale zdrowy rozsądek jest tu najważniejszy.

    Wieczorne rytuały

    Jestem wielka orędowniczką wieczornych rytuałów od pierwszych dni pobytu dziecka w domu. Dają one poczucie bezpieczeństwa zarówno dziecku jak i nam. O ile w przypadku wizyty gości starszemu dziecku możemy „odpuścić” pewne z nich, to u maluch warto zadbać aby wizyta gości nie zaburzyła jego poczucia bezpieczeństwa. Obecność nowych osób, często większej ilości, może i tak sprawić, że dziecko będzie się czuło niepewnie. Zmiana codziennych rytuałów tylko może to spotęgować.

    Ja kiedy Marianka była młodsza po prostu przepraszałam gości, zostawiałam ich z mężem i szłam Ją kąpać i szykować do snu. Ten ostatni może być oczywiście lekko przesunięty, ale musimy wiedzieć, że może to rozregulować nam malucha. A powrót do „normalności” może zająć kilka dni.

    Dużo bodźców

    Nowe osoby, hałas, emocje… to wszystko może sprawić, że nasz maluch będzie przebodźcowany. Często zdarza się tak nie tylko po wizytach gości ale też po nowych doświadczeniach czy naszych odwiedzinach u rodziny i przyjaciół. Dziecko jest wtedy nadwrażliwe, marudne i „samo nie wie czego chce”. Trzeba się z tym liczyć i „dawkować” bodźce.

    Jeżeli już taka sytuacja wystąpi, potrzeba wyciszenia, utulenia i… przetrzymania, po kilku dniach wszystko powinno wrócić do normy.

    Menu

    Kiedy przychodzą goście szykujemy wiele smakołyków. Warto zawczasu pomyśleć, co na stole może być odpowiednie do zjedzenia dla naszego malca. Bo nawet jeśli dostanie posiłki według codziennego planu, to i tak większość dzieci będzie chciała choć odrobinę po biesiadować z gośćmi.

    Zabawki

    Jeżeli nasze dziecko nie jest na tyle duże aby pobawić się samodzielnie to warto zadbać o to, aby w pobliżu stołu były ulubione zabawki. Część dzieci po początkowym zainteresowaniem gośćmi z chęcią sięgnie po nie, niezależnie czy będą się nimi bawiły na rękach rodziców czy też tuż obok ich nóg.

    U nas goście są przyzwyczajeni, że jedno z nas czasami przysiada się do Marianki na podłogę aby czuła nasza obecność. Nie musimy się nawet z Nią bawić, ale wystarczy, że jesteśmy blisko.

    Sprzątanie

    Po całym spotkaniu, nawet jeśli skończyło się dość późno warto od razu posprzątać nie tylko jedzenie, które została ale również pozostałe rzeczy. Zwłaszcza jeżeli nasze dziecko się już przemiesza i wstaje przy meblach. Jeżeli przyjęcie gości wymagało od nas chwilowego „przemeblowania” w pokoju gdzie dziecko spędza sporo czasu to warto też zadbać aby rano wszystko było na swoim miejscu. Niech maluch po emocjonującym wieczorze w spokoju znajdzie się na „starych kątach”.

    To, że jesteśmy rodzicami nie może oznaczać rezygnacji ze spotkań z przyjaciółmi, tradycyjnych uroczystości czy „imprez”. Rodzicami małego dziecka jesteśmy przez kilka lat, ono z czasem jest coraz starsze i dorośleje, a my nie możemy zapomnieć o naszym dotychczasowym życiu. Jednak aby być dobrym i odpowiedzialnym rodzicem, wystarczy tylko pamiętać o potrzebach dziecka i jego bezpieczeństwie aby nie stracić kontaktu z dotychczasowymi znajomymi i swoim życiem.

    Życzę Wam udanych spotkań i umiejętności ich pogodzenia z byciem rodzicem.

  • Dlaczego dzieci bywają agresywne?

    Oczywiście na temat agresji u dzieci powstało wiele książek, artykułów i wpisów. Jest wiele teorii, które opierają się na badaniach naukowych z całego świata. Ja jednak chciałabym Wam opowiedzieć o tym dlaczego dzieci bywają agresywne na podstawie nie tylko wiedzy teoretycznej, ale przede wszystkim praktyki – 9 lat pracy w przedszkolu i 19 lat pracy z dziećmi i młodzieżą jako instruktor harcerski.

    Trzeba zaznaczyć, że dzieci nie rodzą się agresywne. Wszystkie instynkty, w które są wyposażone po przyjściu na świat są nastawione bardziej na ochronę siebie niż atak. Co nie znaczy, że już maluchy nie potrafią być agresywne w stosunku do innych lub siebie (autoagresja).

    Pierwszą grupę przyczyn nazwałabym „chorobowe/ zaburzeniowe” – ogólnie neurologiczne i są one w większości związane z większymi lub mniejszymi (a nawet mikro) uszkodzeniami mózgu. Mogą to być powikłania po niedotlenieniu okołoporodowym, wylewach dokomorowych, urazach. Często nie da się ich przewidzieć i może być trudno poradzić sobie z agresją wywołaną właśnie nimi. Na pewno pomogą tu różnego rodzaje terapie, rehabilitacje, zajęcia z integracji sensorycznej. Starsze dzieci mogą korzystać z różnych technik wyciszania się i relaksowania.

    Jeżeli nasze dziecko ma problem z agresją – zwłaszcza autoagresją, warto jest się zastanowić czy nie wchodzą tu w grę przyczyny neurologiczne. Zawsze w chwilach wątpliwości warto jest się udać do specjalisty, nawet tylko po to aby wykluczył nasze podejrzenia. My wiedząc, że Marianka miała wylewy dokomorowe, po rozmowie z neurologiem dziecięcym specjalizującym się we wcześniakach potrafiliśmy zareagować na jej autoagresję. Właśnie zajęcia z integracji sensorycznej, ćwiczenia w raczkowaniu i kołderka obciążeniowa, pomogły nam na tę chwilę zapanować na tym.

    Inną przyczyną tego, że dzieci bywają agresywne jest ich nieumiejętność radzenia sobie z emocjami. Niektórym przychodzi to łatwiej innym trudniej. Może to wynikać z braku wiedzy na ten temat. Nikt nigdy im nie pokazał jak to się robi, nie były w stanie zaobserwować w swoim najbliższym otoczeniu tego. U małych dzieci wynika to również z tego, że ich mózg jeszcze nie jest na tyle zintegrowany, że trudno im pojąć tę naukę. Z tą przyczyną agresji też nie jest aż tak łatwo sobie poradzić, jednak zdeterminowani rodzice są w stanie to zrobić. Oczywiście pomoc psychologa jest wskazana, ale praca w domu, nad sobą też przynosi bardzo duże efekty. Jeżeli to my pokażemy dzieciom jak radzić sobie z emocjami, dodamy do tego umiejętność wyciszania się i techniki relaksacyjne… to wspólnie możemy sobie z tym poradzić. Polecam również lekturę książki „Zintegrowany mózg – zintegrowane dziecko”, która dokładnie tłumaczy tę sferę.

    Najbardziej jednak popularną przyczyną agresywności dzieci jest to…, że nauczyły się tego od nas dorosłych (czasami również od rówieśników). Dziecko, które doświadczyło agresji najprawdopodobniej samo też będzie jej w przyszłości używało. Ktoś może powiedzieć „ale moja rodzina nie jest patologiczna, to sąd agresja u mego dziecka”. Pamiętajmy, że agresja to nie tylko podniesienie ręki czy klaps, to też wszystko co ma związek z agresją słowną czy emocjonalną. Dzieci rodząc się nie wiedzą, że można kogoś uderzyć, zwyzywać czy poniżyć. Tego uczą się. Gdzie? Wszędzie… w domu, u dziadków, opiekunki, w żłobku, przedszkolu, w piaskownicy, szkole. Bardzo pomaga im w tym telewizja, internet, media społecznościowe… To, że powiemy na dziecko „głupi jesteś czy jak?” to też agresja. Jeżeli dziecko znajduje się w trudnej dla siebie sytuacji reaguje na nią tak jak zostało „nauczone”. A, że uczy się przez obserwację. To, że nigdy rodzic nie podniósł ręki na dziecko, ale już na partnera tak… to też modelowanie zachowania.

    Aby poradzić sobie z tą przyczyną agresji należy zidentyfikować osobę/ miejsce gdzie się takiego sposobu reakcji na problem dziecko nauczyło. Warto się tu zastanowić zawsze nad samym sobą. A potem pokazać prawidłowe wzorce zachowania. Nie tylko wytłumaczyć jak sobie poradzić z tym , ze ktoś Ci zabrał zabawkę, ale też na co dzień, w działaniu i swoim postępowaniu utwierdzać, że można inaczej. Z pewnością nie „wypędzimy” z dziecka agresji naszą złością i agresją. Bo agresja zawsze rodzi agresję. Ktoś kto dziś jest zastraszony, w przyszłości może znaleźć kogoś słabszego i również stosować agresję lub mieć bardzo niskie poczucie własnej wartości i stosować autoagresję.

    Kiedy zauważamy lub ktoś nam mówi, że nasze dziecko bywa agresywne zawsze należy z nim porozmawiać i wspólnie znaleźć przyczynę takiego zachowania. Pamiętajmy, że to nie dziecko jest agresywne, tylko jego zachowania są takie. Zachowanie dużo prościej zmienić niż człowieka. A jeżeli dziecko uwierzy, że jest agresywne będzie mu trudniej sobie z tym poradzić (czytaj tu).

    Należy tu wspomnieć też o agresji, która pojawia się przy testowaniu granic rodzicielskich. Maluchy około 2 – 3 roku życia często sprawdzają czy mogą kogoś uderzyć, jak ktoś zareaguje. Może to się wydawać na początku urocze lub śmieszne, ale od razu trzeba to ukrócić. To tylko test. Nie należy oddawać, czy uderzać po rączkach. Warto z dzieckiem porozmawiać, wytłumaczyć i za każdym razem stanowczo mówić, że tak nie wolno i my się na to nie godzimy. Dziecko musi wiedzieć dlaczego nie wolno, ale odstępstw nie może być.

    Zachęcam do szukania prawdziwych przyczyn dziecięcej agresji. Nie bójmy się spojrzeć także na siebie, nasze relacje w domu, z rodziną i znajomymi. Na to wszystko co widzi (choć często sobie z tego nie zdajemy sprawy) dziecko. Ono się uczy… I zawsze i wszędzie pamiętajmy, że klaps to tuż agresja… a agresja zawsze rodzi jakiś rodzaj innej agresji.

  • Czy istnieją nieśmiałe dzieci?

    Kiedy słyszę „moje dziecko jest nieśmiałe” od razu zapala się we mnie czerwona lampka i zastanawiam się skąd się bierze u tak wielu rodziców przekonanie, że ich dziecko jest nieśmiałe. Bo jak się okazuje wśród „nieśmiałych” dzieci tych, które można by tak nazwać w 100% jest naprawdę mało. Większość z nich ma nieśmiałość, która nazwałabym „nabytą”. Dlaczego tak się dzieje?

    To całkowicie normalne, że kiedy znajdujemy się w nowym miejscu czujemy się onieśmieleni, niepewni czy wręcz zagubieni. Niewielu z nas w takiej sytuacji od razu „błyszczy”. A przecież my jesteśmy dorośli i potrafimy sobie racjonalnie wytłumaczyć wiele rzeczy, wiemy lub domyślamy się co nas może czekać. A co dopiero dzieci, zwłaszcza te mniejsze.

    Kiedy dziecko się rozwija, następuje moment kiedy uświadamia sobie, że jest… i jest wiele rzeczy, które chciałoby poznać. Czuje jednak, że świat nie jest do końca taki przyjazny. Najczęściej więc chciałoby poznawać ten świat z rąk mamy czy taty lub w bliskim ich towarzystwie. To całkowicie normalne, bo rodzice dają poczucie bezpieczeństwa. A jak czegoś nie znamy to mamy prawo się obawiać „jakie to jest”. I kiedy pojawia się ktoś nowy, dzieci często szukają wsparcia u rodziców. I choć do tej pory było „cygańskim dzieckiem” teraz to się zmienia. Właśnie wtedy najczęściej rodzice zaczynają określać swoje dziecko mianem „nieśmiałe”. A przecież one nie jest nieśmiałe tylko ostrożne w nowych sytuacjach, co wynika z natury i rozsądku.

    Tak jak z każdą etykietką, jeżeli określamy nią dziecko, nawet nie werbalnie ale mentalnie – ona przylega. Kiedy myślimy o naszym dziecku „nieśmiałe” to tak je traktujemy, a ono często przyjmuje taką rolę. A ponieważ to rodzice w pierwszej kolejności „określają” dziecko – ono przyjmuje to jako coś naturalnego. Dzieje się to tak jak z określeniem „jesteś niegrzeczny” czy jakimkolwiek innym. Skoro rodzice tak mówią, to na pewno tak jest.

    Wiadomo, że nie jest naszym zamiarem nadawanie jakichkolwiek etykiet naszym dzieciom. Dzieje się to często pozna naszą świadomością i wynika z dotychczasowych doświadczeń.

    Są jednak dzieci, które można nazwać nieśmiałymi z natury. Nie jest ich bardzo dużo, ale się zdarzają. Trudno jednoznacznie stwierdzić przyczyny, a może nawet nie trzeba. Z pewnością jedną z nich jest osłabiona integracja mózgu. Nie oznacza to żadnej choroby czy zaburzenia. Raczej tylko tyle, że dziecko nie potrafi zintegrować „pięter” swego mózgu (więcej na ten temat przeczytasz w „Zintegrowany mózg – zintegrowane dziecko” Daniel J. Siegel, Tina Payne Bryson). Dobrą wiadomością jest to, że takim dzieciom można pomóc. Wymaga to delikatności, wyczucia i znajomości kilku sposobów, które wynikają z funkcjonowania naszego mózgu. Bo to normalne, że dzieciom na początku trudno jest zapanować nad swoim najważniejszym rozwojowo organem. Jednym jest łatwiej, innym trudniej, ważne, ze z nasza pomocą wiele mogą osiągnąć.

    Często mówi się, że aby pokonać nieśmiałość trzeba „przełamywać się”. O ile mówimy o nieśmiałości „nabytej” ten sposób może być skuteczny, choć z pewnością może okazać się dla niektórych nie łatwy. Przy nieśmiałości „wrodzonej” jest to o wiele trudniejsze. Popychanie dziecka do „przełamywania się” może sprawić, że dziecko zamknie się w sobie, a zamiast do przodu – pójdzie do tyłu. Tu trzeba działać drobnymi kroczkami, wspierać, zachęcać, wspólnie próbować, nie zmuszać i nie naciskać. Wymaga to wielkiego taktu i cierpliwości.

    Jeżeli wydaje Ci się, że masz nieśmiała dziecko zastanów się czy przypadkiem to nie jest tylko ostrożność w nowych miejscach lub etykietka. To naprawdę nieśmiałe często paraliżuje strach jeszcze zanim pojawi się nowość, występują nawet symptomy somatyczne…

    Nie bądźmy jak pewna mama, która przyszła z niespełna 3-letnią córeczką pierwszy raz do przedszkola. Dziewczynka widząc jakieś panie, kilkanaścioro dzieci, nowe miejsce pełne kolorów, energii i hałasu… najzwyczajniej w świecie cofnęła się za mamę, która od razu głośno zapowiedziała „Ona jest nieśmiała”… Lub jak rodzice 2,5 – letniego chłopca, który zanim podszedł do wykonania jakiegokolwiek zadania, sepleniąc zapowiadała „ale ja jeśtem nieśmialy”, nie wiedząc co to właściwie oznacza.