Tag: wychowanie

  • Ania, Amelka czy Amanda

    W Stanach Zjednoczonych (tam wszystko jest możliwe) pewni rodzice stwierdzili, że ich córka powinna sama sobie wybrać imię, aby się jej podobało i się z nim identyfikowała. Kiedy dziewczynka zaczęła już mówić, rodzice zapytali jakie chciałaby mieć imię, a ona wybrała Peek-a-boo (A kuku).

    Każdy z nas je posiada. Jedni je lubią, inni woleliby je zmienić, jeszcze inni zaakceptowali swój los i już nie mają pretensji do rodziców. Otrzymujemy je zaraz po urodzeniu, a czasami nawet dużo wcześniej. Nie zależy od nas, a w naszym kraju możemy je zmienić dopiero w wieku 18 lat… IMIĘ… Jak na nas wpływa? I czy tak naprawdę ma znaczenia jakie jest?

    Kiedy na FB i Instagramie zapytałam o imiona dzieci i powody ich wyboru to pomimo różnych imion, powody wyboru powtarzały się:

    • tradycyjne imię w rodzinie

    • to imię podobało mi się od dawna

    • imię dla dziecka wybrało starsze rodzeństwo

    • szukaliśmy oryginalnego

    • wybraliśmy je, bo można je zdrabniać i pasuje zarówno do malucha jak i dla dorosłego

    • szukaliśmy twardego męskiego imienia

    • bo żaden z moich wychowanków/ uczniów nie miał takiego imienia

    • wszystkie osoby, jakie znam o tym imieniu to dobrzy i fajni ludzie

    • po prostu mi się spodobało.

    Tak naprawdę każdy z tych powodów jest ważny i dobry aby wybrać imię dla naszego dziecka. Należy jednak pamiętać również o tym, że to imię nasze dziecko będzie nosiło przez całe życie. Będzie się nim przedstawiało poznając inne osoby, czy to w przedszkolu czy kiedyś w pracy zawodowej.

    Czy zatem imię może być problematyczne? Oczywiście, że tak. Niezależnie czy będzie tradycyjne czy oryginale zawsze może się znaleźć czy dorosły czy dziecko, który będzie się z tego imienia naigrawał i sprawi przykrość naszemu dziecku. Ale to od nas zależy jak nasze dziecko na taką sytuację zareaguje. Czy będzie na tyle silne i pewne siebie, że nie obejdzie go to, czy wręcz przeciwnie podda się i stanie się ofiarą żartów.

    Ważne jest również nasze i naszego partnera nastawienie do tego imienia, a czasami nawet rodziny. Imię Sylwia nie jest super popularne i kiedy się urodziłam było rzadkością. Moja prababcia, która mieszkała na wsi kiedy ją pytano o to jak nazywa się najmłodsza prawnuczka przez dłuższy czas mówiła, że „jakoś tak nie po naszemu”. Z kolei kiedy rozmawialiśmy na początku ciąży o potencjalnych imionach dla chłopca lub dziewczynki ja bardzo chciałam nazwać syna Czesław – po moim ukochanym dziadku, mąż zaś kategorycznie się nie zgodził… nie chciała by dzieciom imię syna kojarzyło się z „Władcami much”, choć dzisiejsze dzieci już nie kojarzą tego serialu.

    Wybór imienia jest niezwykle ważny. Niesie za sobą duży nakład energetyczny. Często przypisujemy imionom znaczenie i zakładamy, że wszystkie osoby noszące te imię mają pewne cechy wspólne. Nauka tego nie potwierdza, ale jasne jest, że jeśli mamy takie przekonanie, wychowujemy dziecko w takim przekonaniu, utożsamiamy najmniejszy przejaw jakiejś cechy w imieniu… to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w jakiś sposób rozwiniemy te cechy u naszego dziecka. Nawet poprzez sugestie i programowanie. My wybraliśmy imię Marianna (jeszcze w trakcie ciąży), między innymi dlatego, że wszystkie kobiety, które w mojej rodzinie nosiły takie imię były bardzo silne i dobrze radziły sobie z przeciwnościami losu. Ale czy to nie czasy, w których żyły sprawiły, że musiały sobie poradzić… czy to nie pokrewieństwo sprawiło, że były do siebie podobne? Nie wiem? Ale kiedy Marianka urodziła się w 25 tc, chciałam bardzo mocno wierzyć, że tak jak Jej imienniczki poradzi sobie ze wszystkim.

    Tak naprawdę to nie samo imię ma znaczenie, ale to my nadajemy mu te znaczenie. Podświadomie staramy się przecież wybrać takie, które kojarzy nam się pozytywnie czy z ludźmi, którzy to imię nosili czy z postaciami fikcyjnymi, znanymi osobami.

    A krytykowanie kogoś za taki lub inny wybór nie ma sensu. Bo czy ktoś nazwie dziecko Ania czy Amanda to przecież nie sprawia, że jest dobrym lub złym rodzicem… bardziej lub mniej kocha swoje dziecko. Przecież mamy różne powody wyboru imienia… jedno jest wspólne… kochamy nasze dzieci niezależnie od tego jak je nazywamy, czy po imieniu czy „dziubku”, „kochanie”, „skarbie”, „myszko”. Dlatego nie warto oceniać innych… a nasze dzieci warto za to uczyć, że imię to nie wszystko… najważniejsze jakim jesteś człowiekiem.

  • Jak wychowuje mózg męski, a jak kobiecy

    Jak to szło? „Mężczyźni są z Marsa, kobietą są z Wenus”? Chyba każdy z nas słyszą to określenie i ma na ten temat własne zdanie. Dobrze wiemy, że kobiety i mężczyźni różnią się od siebie nie tylko pod względem fizycznym ale tez psychicznym. Naukowcy od dawna mówią o tym, że mózg mężczyzny i mózg kobiety różnią się od siebie. Jeśli tylko poszukacie, w internecie znajdziecie bardzo dużo artykułów, wpisów czy filmików na ten temat. Ale czy te różnice mają wpływ na wychowanie dzieci?

    Najbardziej obrazowo i w skrócie można powiedzieć, że mózg mężczyzny to wiele szuflad, z których otwarta jest przeważnie jedna, na której się skupia. Wśród nich znajdziecie: rodzinę, pracę, znajomych, zainteresowania, odpoczynek, itp. Mózg kobiety podobny jest do jej torebki – wszystko razem wymieszane, na wszelki wypadek bo może się przydać. Kilka rzeczy jest tak samo ważnych, kilka niepotrzebnych, wszystko razem stanowi wielki miszmasz. I właśnie to „zorganizowanie” mózgu wpływa na nasze działanie, a co za tym idzie wychowanie dzieci.

    Mężczyźni traktują wszystko bardzo zadaniowo, wielu z nich właśnie tak podchodzi do wychowania i codziennej opieki. Skupiają się często na efektach i one są ważne, a nie wszystko co jest po drodze. Ważne są rozwiązania danego problemu, a nie roztrząsanie się nad przyczynami i analizowanie wszystkiego dookoła. Mężczyźni działają. Z racji ich „szufladek” jak są skupieni na pracy to nie na rodzinie, jak na rodzinie to nie na pasji, itd. Kobiety często zarzucają mężczyznom, że one to w czasie opieki nad dzieckiem zrobią pranie, ugotują obiad i przygotują plany na wakacje, a oni… tylko dziecko. To właśnie wynika z „szufladek”. Mężczyźni angażują się w opiekę nad dzieckiem i na tym skupiają, a reszta w tym czasie jest „zamknięta”. Twierdzą, że aby zrobić coś dobrze trzeba się na tym skupić i temu poświecić.

    Mężczyźni częściej są opanowani, są w stanie zapanować nad swymi emocjami i odczuciami. Oczywiście ma to swoje dobre i złe strony. Wiadomo, że dzieci uczą się przez naśladownictwo, a kiedy widzą ukrywanie uczuć, im samy może być trudno nad nimi zapanować i poradzić sobie. Z drugiej strony, tatuś który prowadzi w pierwszych dniach dziecko do żłobka czy przedszkola bez widocznej paniki i łez w oczach to skarb.

    Kobiety zazwyczaj są bardziej emocjonalne. Analizują wszystko co dzieje wokoło. Ważne jest to w jaki sposób dochodzą do celu, potrafią godzinami rozważać różne warianty rozwiązań lub decyzje podejmować intuicyjne. Ich „bałagan w głowie” to z jednej strony multizadaniowość, która może prowadzić do pobieżnego wykonywania zadań lub najzwyczajniej w świecie do wypalenia. Wykonywanie kilku rzeczy naraz sprawia, że coś zawsze ucierpi, bo nie skupują się na konkretach. Wiele razy słyszałam „Jak to moje dziecko domaga się więcej uwagi? Przecież spędzam z nim cały dzień?” Pytanie ile z tego czasu naprawdę jest w 100% skupione na relacji i uwagę. Przysłowiowy „bałagan w głowie” sprawia, że kobiety czasami, pomimo swego perfekcyjnego zorganizowanie, są chaotyczne w komunikatach. Często wysyłają dzieciom za dużo komunikatach naraz, których one nie są w stanie od razu wykonać. To może powodować stres i konflikty.

    Emocjonalność kobiet ma również swoje plusy i minusy. Pokazują dzieciom emocje „na talerzu”, ich wszystkie odcienie. A jednocześnie mogą blokować rozwój dzieci i moment „odcięcia pępowiny”.

    Te różnice oczywiście wpływają na rodzaje kontaktów tata – dziecko i mama – dziecko. Ale właśnie o to chodzi. Najważniejsze jest aby rodzice mieli podobną wizję wychowania, a sam sposób jej realizowania nie musi być identyczny. Dobrze, aby dziecko miała różne – pozytywne relacje z rodzicami, bo to sprawia, że potrafi nawiązywać kontakty z różnymi ludźmi. Problem pojawia się kiedy rodzice nie rozumieją siebie wzajemnie, swego postrzegania świata i spojrzenia na wychowanie. Brak rozmów na temat naszych wątpliwości i odczuć zawsze będzie powodował niezrozumienie i wzajemne wyrzuty.

    Warto dostrzec plusy w funkcjonowaniu mózgu i kobiety i mężczyzny i wykorzystać je na korzyść całej rodziny. A minusy… po prostu zrozumieć i przekuć w zalety. Bo choć czasami kiedy kobieta wraca do domu i widzi wszystkie zabawki na podłodze to może zamiast się denerwować i skupiać na tym, że znowu sprzątanie na jej głowie… ucieszyć się, że tata i dzieci cudownie spędzili czas, zbliżyli się do siebie… i zaproponować kolejne zadanie, otworzyć kolejną „szufladkę – sprzątanie” 😉

    PS: oczywiście zaraz usłyszę głosy, że nie wszyscy mężczyźni czy kobiety tak myślą i funkcjonują… i ja się z tym zgadzam. Pisze jak zawsze o tendencjach i skłonnościach. I jak zawsze mam nadzieję, że nie skupicie się na szczegółach, tylko na myśli przewodniej całego tekstu i podsumowaniu

  • Przedszkolanka – taki zawód nie istnieje

    Ogólnie jestem spokojnym człowiekiem, który z każdy stara się znaleźć wspólny język i dojść do jakiegoś kompromisu. Jednak koleżanki, z którymi pracowałam oraz studenci pedagogiki, z którymi prowadziłam zajęcia wiedzą, że jest jeden temat, który doprowadza mnie na skraj opanowania… a jest nim „przedszkolanka”

    Kiedyś byłyśmy z dziećmi z przedszkola na jakiś zajęciach w siedzibie osiedlowej jakiegoś banku. Dzieci robiły różne prace plastyczne, były jakieś zagadki, itp. W pewnym momencie podeszła do mnie młoda pracownica tej placówki i patrząc na nasze dzieci, pokręciła głową i powiedziała „Ja to bym nigdy nie mogła być przedszkolanką”, na co ja odpowiedziałam „Ja też, dobrze że nią nie jestem”. Kiedy zaś dziewczyny w trakcie studiów lub tuż po nich przynosiły CV i mówiły, że szukają pracy jako „przedszkolanki” stwierdzałam, że my takiego stanowiska nie mamy i pytałam po co studiowały.

    Byłam niegrzeczna? Z pewnością tak. Ale bardzo mnie boli to, że jeżeli ktoś pracuje w szkole to jest nauczycielem, a jak w przedszkolu… to już mało kto pomyśli o nas – nauczyciel. A kończymy te same studia, odbywamy te same praktyki i mamy takie same uprawnienia… moglibyśmy uczyć w klasach I – III. Więc dlaczego traktuj się nas jak osoby do przysłowiowego „wycierania nosa i tyłka”?

    Kiedy dyskutowano nad zmianami w Karcie Nauczyciela i rezygnacji z możliwości wcześniejszego przechodzenia na emeryturę, jeden z polityków (nie pamiętam jakiej opcji – to zresztą nie ważne) stwierdził, że jeżeli nauczyciel nie da rady uczyć w wieku 55 – 60 lat w liceum… to niech idzie do pracy do przedszkola. Zastanawiałyśmy się wtedy z koleżankami czy w przedszkolach będzie się wtedy zatrudniało pomoce do opieki nad dziećmi czy nauczycielami.

    Kim więc właściwie jest przysłowiowa „przedszkolanka” czyli nauczyciel wychowania przedszkolnego?

    To osoba, która ma pod swoją opieką najmłodszych, czasami nawet 2,5 – latki. W grupach często jest po ponad 20-cioro takich dzieci. I choć coraz częściej są zatrudniane pomoc do opieki nad dziećmi to i tak odpowiedzialność spoczywa na nauczycielu. To on odpowiada za adaptację maluchów, realizację podstawy programowej, prowadzenie dokumentacji (dziennik, plany tygodniowe/ miesięczne, obserwacje, diagnozy, programy autorskie, itp.), opiekę nad dziećmi, organizację uroczystości i imprez przedszkolnych, codzienny kontakt z rodzicami (przekazywanie informacji, wyjaśnianie wątpliwości, współpraca przy rozwiązywaniu problemów). A to tylko cześć z jego obowiązków, bo można wyliczać dalej, choćby realizację awansu zawodowego czy nieustanne szkolenia, kursy, itp.

    Na każde zajęcia do grupy przedszkolnej nauczyciel musi być przygotowany i wyposażony w ilustracje, pomoce i inne ciekawostki, które zainteresują dzieci. Przygotowuje dekorację sali na każdą porę roku. Musi zarówno być specjalistą od muzyki, logopedii, zajęć ruchowych, językowych, matematycznych, plastycznych.

    A podstawa programowa? Cóż to było nauczyć dzieci liczyć… Ale tak naprawdę czy ktoś z Was spróbował wytłumaczyć dziecku dlaczego dwa i dwa jest cztery? Albo kolejności pór roku, nie tak jak wyliczankę tylko z ich oznakami. A wierszyka lub piosenki, takiego z choreografią? A może ktoś miał okazję przekonać wstydliwego 4-latka do występu na Dzień Babci?

    Nie będę wspominała o codziennym przekonywaniu całej grupy do zjedzenia wszystkich posiłków i samodzielnego ubrania się na spacer. Bo przecież to wszystko jest łatwizna.

    Mało kto myśli, że te wszystkie „zabawy” przygotowują do nauki czytania, pisania i rozumienia matematyki. A przecież każde dziecko przed opuszczeniem przedszkola jest badane pod względem „gotowości szkolnej”.

    Właśnie tym się zajmują nauczyciele wychowania przedszkolnego. Kompetentne osoby, które skończyły studia pedagogiczne (już niewiele jest osób tylko po liceum lub studium pedagogicznym). Są przygotowane do pracy pod względem merytorycznym, psychologicznym, pedagogicznym i opiekuńczym.

    Dlatego zawsze i wszędzie będę walczyła o to aby traktować nas z szacunkiem na jaki zasługujemy. Bo to co my wypracujemy z przedszkolakami to właśnie rodzice i dzieci zbierają tego owoce w szkole. To my jako pierwsi po rodzicach dostarczamy ustrukturyzowaną wiedzę i czuwamy nad rozwojem osobowości i społecznym. I choć jak w każdym zawodzie zdarzają się osoby bardziej lub mniej zaangażowane, to nie pozwolę nas sprowadzać do roli opiekunki. Bo nasza rola jest ogromna i mam nadzieję, że dzieci i rodzice to czują.

  • Robisz źle, a nie jesteś zły

    Na mojej liście tematów, ten zapisany był już bardzo dawno temu. Po części nawiązywałam do niego już w kilku tekstach. Ale dopiero teraz, kiedy ten problem pojawił się w mojej rodzinie trafił na pierwsze miejsce. Może dlatego, że tak wiele osób już o tym pisało – nawet całe książki, wydawało mi się, że już wszyscy o tym wiedzą i są w stanie stosować to w wychowaniu dzieci… ale jakże się myliłam.

    Kiedy dziecko zrobi coś źle lub nas nie słucha, co w pierwszej chwili nasuwa się nam na język? „Nie bądź niegrzeczny” lub „Ale jesteś niegrzeczny”. I tu pojawia się problem… i to taki, który łatwo przeoczyć. Bo tak naprawdę powinniśmy powiedzieć „Nierób tak”, „Nie postępuj niegrzecznie”. Inny przykład, który ostatnio pojawił się u nas w domu… „Kto jest łobuzem?”, a powinno być „Kto łobuzuje?”. Widzicie różnice? Dla wszystkiego już tłumaczę.

    Pierwsze zdania w przykładach są określeniami osoby, a te poprawne to określenia zachowania. Czym to się różni? Jeżeli w jakiś sposób, zwłaszcza negatywny, określamy dziecko – nadajemy mu etykietkę. Jeżeli słyszy to często, zaczyna w tę etykietkę wierzyć, samo się z nią identyfikuje. Jeżeli np. dziecko słyszy cały czas, że jest niegrzeczne, jest łobuzem, jest nieposłuszne, itp. zaczyna w to wierzyć… tak się zachowuje aby potwierdzić tę etykietkę. I tu pojawia się błędne koło. Jeżeli zaś określamy jego zachowanie, to nie musi ono być stałe, zachowanie zawsze można zmienić, zachowanie jest w danej chwili takie, a zaraz może być inne. Nadanej etykietki nie da się tak łatwo zmienić. To wszystko tkwi w głowie, nie tylko dziecka, ale też naszej.

    Kiedy ktoś dla nas ważny mówi coś o nas, określa nas to wierzymy w to. A przecież my – rodzice jesteśmy dla naszych dzieci najważniejsi na świecie. Dlatego tak ważne jest to jak je określamy. Jeżeli dziecko słyszy od rodziców, że jest głupie, bezmyślne i beznadziejne… to nawet jeśli za 10 minut zaproponujemy wspólne spędzenie czasu to w głowie dziecka pozostanie „Jestem głupi, bezmyślny i beznadziejny” i to niezależnie czy ma 3 czy 13 lat. Tak działa nasz umysł.

    Jak więc strofować dzieci? Po porostu określać ich zachowanie „robisz, postępujesz, zachowujesz się” i pokazać, ze można to zachowanie zmienić i jak. Nie nadawać etykietek, nie uzależniać dziecka od swoich oczekiwań prawdziwych czy wyimaginowanych przez dziecko.

    A jeżeli babcia, ciocia czy koleżanka nawet w żartach powiedzą do waszego dziecka „Kto jest łobuzem?” odpowiedzieć, że chyba babcia, ciocia lub koleżanka, bo wasze dziecko to ewentualnie „łobuzuje” 😉

  • Wrzuć na luz 😉

    Szybko, szybciej… Załatwić, zaprowadzić, odebrać… zakupy, pranie, sprzątanie, obiad… Zajęcia, spacer, plac zabaw… Teraz, zaraz, natychmiast… Biegiem, biegiem, biegiem… A gdyby tak wyluzować… odpuścić? Co by się stało? Czy wszystko by się rozleciało?

    Dzisiejszy świat nastawiony jest na efekt. Wszyscy gdzieś pędzimy. Ja też. Tydzień biegnie za tygodniem, nasze dzieci z niemowlaków stają się niemowlakami, przedszkolakami, uczniami, nastolatkami, dorosłymi… A przecież czasu nie można zawrócić. To co było już nie wrócić. W tym biegu i szaleństwie można zagubić siebie i rodzinę. Wiadomo, że trzeba jeść, w coś się ubrać, dać dzieciom jak najlepszy start w przyszłość. Nie kwestionuję tego. Ale warto też znaleźć chwilę na oddech nie tylko dla siebie ale i dla całej rodziny. A właśnie wakacje są najlepszym czasem na to. I cóż, że już ponad połowa za nami?

    Ale jak sprawić, żeby urlop był rzeczywiście czasem odpoczynku i bycia razem, a nie kolejnym odhaczonym punktem w planie? Po pierwsze trzeba zastanowić się nad tym jak lubicie odpoczywać. Jedni wolą lenistwo na plaży, inni wędrówki w górach, zwiedzanie czy zaszycie się w leśnej chacie. Pamiętajcie jednak o wszystkich członkach rodziny. Znajdźcie taki kompromis, aby każdy znalazł coś dla siebie. Jeśli macie małe dzieci to niestety całodzienne wylegiwanie się jest raczej mało realne. Ale na to tez się znajdzie sposób… można się wymieniać. Raz odpoczywa tata, a raz mama. Zabierzcie ulubione zabawki czy pomyślcie od atrakcjach, które Wam i dzieciom sprawią przyjemność. Przygotujcie kilka propozycji już w domu, aby na miejscu się nie denerwować.

    Jeśli macie starsze dzieci, to zastanówcie się też nad ich samodzielnym wyjazdem na kolonie, obóz, odwiedziny u babci czy krewnych. W ten sposób możecie wygospodarować też kilka dni tylko dla siebie. Ale nawet jeśli macie maluchy, planujcie tak czas abyście mogli choć odrobinę spędzić go razem. Może wieczory, kiedy dzieci już śpią… Jakieś romantyczne oglądanie gwiazd czy posiadówka przy ognisku… To już od Was zależy. Wykorzystajcie ten czas aby wzmocnić swój związek, a tym samym całą rodzinę.

    Niezależnie czy urlop spędzacie podczas długiego lub krótkiego wyjazdu czy w domu to od Was zależy czy nadal będziecie pędzić czy nabierzecie wiatru w żagle. Czasami warto wrzucić na luz, aby potem można było znowu przyspieszyć. Na to nigdy nie jest za późno. I co? Wrzucamy na luz 😉

  • Po co i jak zadbać o dziecięce MY

    Od dawna dużo się mówi, że w życiu jest ważne poczucie własnej wartości. Pomaga realizować cele, tworzyć związki, rozwijać się i żyć w zgodzie z sobą. Coraz częściej jednak okazuje się, że tym czego brakuje osobom wchodzącym w dorosłość wcale nie jest niska samoocena. Dziś liczy się coś jeszcze, a z dnia na dzień będzie to coraz cenniejsze. Dziś młody człowiek nie tylko powinien dostrzegać JA ale i MY. Dlaczego? I Jaki ma to związek z naszymi dziećmi?

    Obecnie większość zawodów związana jest w pracą z zespole lub z klientem. Nawet informatycy muszą liczyć się ze współpracą z innymi. Dziś w firmach cenione są nie tylko wykształcenie, inteligencja, doświadczenie ale przede wszystkim umiejętność pracy w zespole. Dziś geniusz, który nie jest wstanie być częścią MY, ma bardzo trudno. Okazuje się, że młodzi ludzie trafiając do pierwszej pracy mają zbudowane poczucie własnej wartości (przecież się mówi o tym od tylu lat), ale trudno im się odnaleźć w pracy na rzecz całości, zespołu. Nie zdają sobie sprawy, że sukcesu zespołu to sukces pojedynczych osób i odwrotnie – pojedyncze osoby nie odniosą sukcesu bez sukcesu zespołu.

    Tak bardzo skupiliśmy się, na rozwoju indywidualnych cech dzieci, zajęciach dodatkowych, budowaniu wysokiej samooceny, że zapomnieliśmy o tym, że nie żyjemy i nie pracujemy w próżni. I chociaż coraz więcej rodziców dostrzega potrzebę rozwoju społecznego, to jednak nadal za mało.

    Bycie częścią społeczeństwa jest dla nas tak naturalne jak oddychanie. Od wieków tworzymy mniejsze i większe grupy. Dziecko powinno potrafić odnaleźć się w rożnych strukturach – rodzinnych, rówieśniczych, związanych z zainteresowaniami, czy nawet przypadkowymi. Ale aby mogły swobodnie w nich funkcjonować, to my rodzice musimy zadbać aby miały możliwość ich poznania, działania w nich i obcowania z innymi. Ważne jest tu nauka szacunku, kompromisu, współpracy, komunikacji oraz innych umiejętności. Tego wszystkiego nie da się nauczyć z książek, w biegu czy na dystans. Dzieci muszą mieć możliwość rozwoju społecznego w grupach formalnych, ale przede wszystkim tych nieformalnych.

    Dziś kiedy nasze życie jest w pełnym biegu czasami nie ma czasu na takie zwykłe zatrzymanie się i bycie. Nasze dzieci nie nauczą się żyć w społeczeństwie samotnie spacerując w wózku, wychodząc z placu zabaw kiedy pojawiają się inne dzieci, uczestnicząc w tysiącu zajęć dodatkowych. Nie możemy czekać aż pójdą do przedszkola czy szkoły. Pomóżmy im już dziś być częścią społecznego MY.

    Jeśli dziś pokażemy naszym dzieciom co to znaczy być częścią MY, pamiętając o wyjątkowym JA, z pewnością będą miały łatwiejszy start nie tylko w dalekiej przyszłości. Przedszkole czy szkoła to też MY – a przecież chcemy aby dzieci się tam dobrze czuły.

  • Rodzinka peel

    W poprzednim stuleciu (wiem jak to strasznie brzmi, bo byłam już wtedy dorosła) mówiąc o polskiej rodzinie, z pewnością wiele osób użyłoby takich określeń jak wielopokoleniowa, duża, utrzymująca kontakty, spotykająca się na święta/ wesela/ imieniny i inne uroczystości. Ostatnio na moim profilu na Instagramie zapytałam właśnie o rodzinę. Kim jest dla Was bliska rodzina? Z kim utrzymujecie kontakty? Jak duże są Wasze rodziny. I muszę przyznać, że odpowiedzi raczej mnie nie zaskoczyły. A obraz „Rodzinki peel” nie jest taki oczywisty, a co za tym idzie i wychowanie do życia w rodzinie (nie mylić z przedmiotem nauczania) jest różne. A jakie?

    Nadal jest wiele rodzin, które przy wigilijnym stole czy innych uroczystościach zasiadają w 20 – 30 czy więcej osób. Zdaje się jednak, że w są to rodziny, które od dłuższego czasu – może kilku pokoleń mieszkają w jednej okolicy. Są to duże rodziny, w których jest po kilkoro dzieci lub jako bliską rodzinę traktuje się też kuzynów. W takich rodzinach nawet jeśli ktoś wyjeżdża za pracą czy na studia gdzieś dalej, stara się w ważnych chwilach życia rodziny wracać. Dla takich osób czymś normalnym jest, że każde święta spędzają w rodzinnym domu, nawet jak jest on oddalony o kilka tysięcy kilometrów. Jak taka rozległa rodzina wpływa na wychowanie dziecka? Z pewnością może ono wiele skorzystać. Kontakty z dużą ilością zaufanych, bliskich osób wpływają na otwartość, naukę nawiązywania relacji i bycia w środowisku osób w różnym wieku/ wykształceniu/ poglądach/ itp. Oczywiście mogą wystąpić też minusy. U osób wychowanych w takich rodzinach może występować przeświadczenie, że nie łatwo się przebić, czasami trudno zostać dostrzeżonym w dużej grupie lub czuć się przytłoczonym. W dużych rodzinach w dzisiejszych czasach można też poczuć smutek w powodu braku czasu na codzienny kontakt ze wszystkimi najbliższymi.

    Coraz więcej jest też rodzin, które za najbliższą rodzinę uznają oprócz swoich dzieci, rodziców i rodzeństwo. A nawet z nimi czasami nie mają kontaktu codziennego. Często jest to spowodowane rozrzuceniem rodziny po różnych zakątkach Polski i nie tylko. Ale też wydarzeniami z przeszłości. Oczywiście wychowanie w takiej rodzinie ma również swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych możemy zaliczyć skupienie się na relacjach z mniejsza liczbą osób, poczucie że jest się dostrzeganym i ważnym. Co może być jednocześnie minusem – bo czasami chcielibyśmy się gdzieś schować. Minusem może być również zamknięcie się na bliższe kontakty z większą ilością osób, mała ilość kontaktów interpersonalnych niezależnych od pokolenia czy poglądów.

    W którym rodzaju rodziny łatwiej, lepiej wychować dziecko? Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Sama pochodzę z rodziny gdzie dzieci ciotecznego rodzeństwa moich rodziców to bardzo bliska rodzina. U nas zawsze było tłoczno, radośnie i głośno. I choć teraz może nie spotykamy się tak często to relacje nasze nadal są bardzo bliskie. Ale dostrzegam też wartość mniejszych rodzin. Z takiej wywodzi się mój mąż. I tu czasami może pojawić się problem. Bo zazwyczaj rodzina kojarzy się nam z naszą i jeśli spotyka się dwójka ludzi wychowanych w innych typach rodzin, to może być trudno. Bo to w czym się wychowaliśmy jest dla nas naturalne i tak chcemy aby wyglądała nasza rodzina. Ważne aby te różnice nie wpłynęły na dzieci. Musimy pewne rzeczy ustalić zanim one przyjdą na świat lub kiedy są bardzo małe. Aby nie miały sprzecznych komunikatów. Bo najlepsza rodzina to jest taka, którą my stworzymy. I nie ważne czy jest obok nas 30 najbliższych jej członków czy tylko 5. Najważniejsze jest abyśmy się kochali i cieszyli z bycia razem, a zwłaszcza z bycia rodzicami swoich dzieci.

  • O jedno słowo za dużo

    Z pewnością nie raz przez rodzicielski umysł przewijają się pytania „Co on/ ona sobie ubzdurał?”, „Skąd mu/ jej się to wzięło?”, „Cóż to znowu za głupoty siedzą w tej głowie?”. Kiedy się pojawiają? Wtedy gdy się okazuje, że w głowie dziecka jest jakieś przeświadczenie, które nie ma racjonalnych podstaw. Na przykład, że jest głupie, grube, zbyt wolne, nierozważne, itp. Lub kiedy dziecko myśli, że coś się wydarzy lub wydarzyło – a tak nie jest. Na przykład, że po kąpieli i założeniu piżamki pępek znika. No więc skąd to się bierze? Przeważnie z naszego „jednego, nieświadomego słowa za dużo”.

    Chcemy czy nie jesteśmy dla naszych dzieci pierwszą wyrocznią. Nawet kiedy dorastają, to nasza opinia jest jedną z najważniejszych w ich życiu. Nawet jeśli się do tego nie przyznają, nasze zdanie o nich, jest dla dzieci bardzo ważne. A ponieważ wielu z nas na co dzień w prost nie mówi dzieciom co o nich myśli, albo nasze opinie są tak formułowane, że dla dzieci są wiarygodne. To słowa rzucone często mimochodem, przy okazji, od niechcenia, w trakcie zdenerwowania trafiają do dziecięcej świadomości bardzo szybko. Nawet jeśli nie są prawdą, a my tak naprawdę nie myślimy w ten sposób.

    Czasami wystarczy choćby raz użyć jakiegoś sformułowania aby wyryć w dziecięcej głowie coś czego nie chcieliśmy. Już klasycznym przykładem są dziewczynki, które nawet stajać się kobietami mają fiksację na temat własnej figury bo usłyszały kiedyś od taty, że wyglądają jak kluseczka czy określane były mianem „pączuszka”. Już nie mówię o bezpośrednim powiedzeniu „wyglądasz grubo”. I dotyczy to dziewczyn, które wcale nie są przy sobie. Kiedy byłyśmy jeszcze z Marianką na reanimacji, jeden z tatusiów zapytał położnej „ile moja córka przytyła” (urodziła się z wagą 680g). Pani powiedziała, że córka to przybrała na wadze i zapytała czy jak będzie starsza tata też będzie mówił, że przytyła.

    Ale takie „słowo za dużo” mówimy w różnych sytuacjach. Kiedy dziecko coś zrobi niechcącą „czy ty głupi jesteś?”. Kiedy chwalimy inne dziecko „Zobacz Tomek to dopiero jest super sportowcem”. Kiedy dziecko nie chce wracać z placu zabaw „To zostań, ja sobie pójdę i nie wrócę po Ciebie”. Kiedy żartujemy „O zaraz pępek zniknie” (sytuacja autentyczna, Marianka od kilku dni płacze zakładając po kąpieli piżamkę, bo tata zażartował, że pępek zniknie).

    Czasami jesteśmy już zmęczeni, zdenerwowani, rozkojarzeni i rzucamy coś od tak. Ale nasze słowa mają moc. Te słowa wpadają do dziecięcych główek i zakorzeniają się w nich na stałe. Niestety często podcinają skrzydła. Dlatego tak ważne jest aby myśleć co i kiedy mówimy do naszych dzieci, o naszych dzieciach i w obecności naszych dzieci. Bo łatwo jest je wpędzić w kompleksy. Na pocieszenie dodam, że również łatwo jest dodać im skrzydeł. Kiedy nasze słowa mają moc pozytywnych emocji i mają osadzenie w realiach życia naszych dzieci. Ale chwalić też trzeba potrafić. Bo nie każda nasza pochwała jest przez dziecko odbierana pozytywnie.

    Warto więc zastanowić się czasami i ugryźć się w język. Bo nasze słowa mają moc, a powiedziane jedno za dużo mogą wyrządzić wiele złego.

  • Cud przekupstwa

    Tata przychodzi po córeczkę do przedszkola. Ona wychodzi do niego obrażona, bo przecież to mama miała ją odebrać. W szatni zaczynają się posiskiwanie, marudzenia, a na końcu płacz. Dziecko kategorycznie odmawia założenia ubrań i wyjścia z szatni. Zmęczony, trochę zawstydzony, a na pewno bardzo zdenerwowany tata szepce dziewczynce do ucha „Ubieraj się i nie marudź to pójdziemy na lody”. Koniec sceny… a właściwie scen na dziś… A co z dużym prawdopodobieństwem wydarzy się następnym razem i dlaczego?

    Nie tylko w takich sytuacjach zdarza się każdemu z nas próbować przekupić dziecko. Czasami bo nam się spieszy, innym razem bo robi sceny, a jeszcze kiedy indziej aby dodać mu otuchy (naszym zdaniem). Jak dobrze wiemy często kończy się to tym, że w podobnej sytuacji dziecko już samo oczekuje „nagrody”. Dlaczego tak się dzieje? Czy to złośliwość dziecka? A może chęć pozyskania korzyści? Co sprawia, że nawet najmniejsze dzieci szybko uczą się, że w danych sytuacjach mogą konkretnym zachowaniem zyskać.

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Odpowiadają za to neurony, a właściwie połączenia między nimi. Nasz mózg ciągle się zmienia. Ogromna ilość neuronów tworzy, umacnia lub „zrywa” połączenia między sobą. Każda nowa sytuacja jest porównywana do naszych dotychczasowych doświadczeń i jeśli nie zostaną odnaleziona znaczne podobieństwo tworzone jest nowe połączenie pomiędzy neuronami. Jeżeli zaś podobna sytuacja miała już miejsce połączenie te zostaje jakby umocnione. Co w najprostszych słowach można wytłumaczyć tak:

    1) dziecko zachowuje się w jakiś sposób – robi awanturę bo przyszedł tata, a nie mama

    2) rodzic stosuje przekupstwo – nowa sytuacja – powstaje nowe połączenie po między neuronami

    3) dziecko ponownie znajduje się w takiej samej sytuacji – przyszedł tata

    4) połączenie między neuronami się „uaktywania” – dziecko oczekuje „nagrody” inaczej robi jeszcze większą awanturę

    Oczywiście mamy kilka rozwiązań takiej sytuacji. Najłatwiejsze starać się nie wspierać tworzenia nowych połączeń nerwowych, które będą związane z przekupstwem. Ale jak wiemy czasami przez stras, zmęczenie i zabieganie możemy po prostu o tym nie pomyśleć. Jeżeli jednak już tak się stało ważne abyśmy nie utrwalali tego połączenia. Jeżeli tata znowu przyjdzie po córkę, a ona będzie nie zadowolona, niech przetrwa awanturę. Może wziąć dziecko „pod pachę” i zabrać do domu. Może przeczekać. Może wytłumaczyć… Ważne aby znowu nie zabrał na lody czy inną atrakcję. Bo każde utrwalenie zachowania będzie powodowało coraz to większe oczekiwania.

    Nie wińmy więc dzieci, że oczekują od nas „nagrody”, ponieważ najczęściej to my sami oddziałujemy na ich mózg, a dokładniej neurony, które działają tak jak zostały do tego stworzone. Ale jeśli już wiemy jak działają, to możemy tę wiedzę wykorzystać. Dzięki wiedzy możemy sprawić, że nasze rodzicielstwo będzie łatwiejsze a relacja z dzieckiem bliższa.

  • Mówić czy rozmawiać?

    Dużo się o tym mówi, że aby dzieci zaczęły wcześnie wypowiadać pierwsze wyrazy, proste zdania i miały bogaty zasób słownictwa trzeba do nich dużo mówić. A najlepiej zacząć jak najwcześniej. Istnieją teorie, że należy rozpocząć już wtedy kiedy dzieci są w brzuchu. Jest coraz więcej świadomych rodziców, którzy chcą dla swoich dzieci i ich rozwoju jak najlepiej. Jednak pomimo wielu starań i mówienia do maluchów, te nie chcą przemówić. Często pytają mnie czy coś jest nie tak, bo przecież się starają. I tu pojawia się pytanie czy rzeczywiście wystarczy mówić?

    Oczywiście samo mówienie jest bardzo ważne, ponieważ dostarcza wiedzy o świecie, wzbogaca słownictwo i opisuje otaczającą rzeczywistość. Jednak to nie wystarczy aby zachęcić dzieci do mówienia. Dlaczego? Oczywiście nie mówię tu o dzieciach, które z różnych przyczyn mają zaburzony i opóźniony rozwój mowy – one wymagają terapii i intensywnego wspomagania. Mówimy o dzieciach, które rozwijają się w miarę równomiernie i nie mają innych utrudnień rozwojowych.

    Takim dzieciom mówienie do nich po prostu nie wystarcza. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na spacerze z koleżanką/ kolegą i ta osoba przez cały czas opowiada coś, co się jej przytrafiło. Nie bierze nawet wdechu, podczas którego moglibyśmy się „wciąć”. Nie pyta nas, nie podejmuje z nami rozmowy lecza prowadzi monolog. Czy po 10 – 15 minutach będzie się nam chciało coś mówić? A może stwierdzimy, niech się wygada? W takiej sytuacji chęć do rozmowy często nam przechodzi. Tak samo jest z dzieckiem. Już kilkumiesięczne zaczyna się z nami komunikować – próbuje podejmować z nami rozmowę. Oczywiście nie są to wyrazy – raczej odgłosy, dźwięki, pojedyncze głoski. Do tego kieruje gdzieś wzrok, wskazuje. To jest właśnie początek rozmowy. Jeśli jednak my tego nie zauważymy, nie wykorzystamy i nie włączymy się do rozmowy, dziecko szybko zaprzestanie. Będzie nadal słuchało tego co mówimy, będzie z pewnością dużo rozumiało, ale może nie wykazywać wcale chęci do mówienia. Oczywiście będą takie maluchy, które się tym nie przejmą i będą parły do przodu aby się komunikować, ale mówimy tu o dzieciach o silnej osobowości.

    W takim razie jak zacząć z dzieckiem rozmawiać, aby nie tylko do niego mówić. Uruchomić trochę wyobraźnię. Kiedy jesteśmy np. na spacerze i opowiadamy dziecku co widzimy, zadawajmy pytania. Dajmy czas na odpowiedź – dźwięk, głos. Wyobraźmy sobie co mogło dziecko odpowiedzieć, potwierdźmy lub zaprzeczmy. Nazwijmy to co dziecko mogło powiedzieć. Dajmy też mu czas na to aby to ono zaczęło komunikację, bądźmy czujni. Może zobaczyło ptaszka lub przejeżdżający samochód. Potwierdźmy co widzi, nazwijmy i opowiedzmy coś więcej. Bądźmy otwarci na kontakt. Z czasem dziecko będzie wypowiadało dźwięki coraz bardziej podobne do wyrazów lub takie, które będziemy w stanie zidentyfikować jako nazwa konkretnej rzeczy. Rozmawiajmy jak najczęściej to buduje relacje i więź ale też przygotowuje do przyszłych „prawdziwych” rozmów. Pokazuje dziecku, że najpierw jedna osoba mówi – potem druga. Już od małego możemy nauczyć szacunku i zasad kulturalnej rozmowy. To od nas zależy.

    Wiem, że dla niektórych rodziców taka rozmowa z maluszkiem, który jeszcze nic nie mówi może być krepująca lub trudna. Zwłaszcza w miejscach publicznych, na spacerze. Ale warto się przełamać, aby nasze dziecko nie tylko zaczęło mówić ale też z nami rozmawiać. Bo czego dziś się nauczy to wykorzysta później. Zwłaszcza kiedy będziemy rozmawiali o trudnych tematach np. z nastolatkiem.

    Zachęcam Was też do przeczytania mojego wpisu „Dlaczego jedne dzieci mówią wcześniej, a inne później”